Afryka. Królestwo Suazi
09.05.2011
, aktualizacja: 09.05.2011 12:23
Manzini, Sibebe i Święto Incwala. Wciskają mnie do szeregu półnagich wojowników z bambusowymi dzidami. Ja zamiast dzidy mam statyw aparatu.
ZOBACZ TAKŻE
- Wybrzeże Kości Słoniowej - kwintesencja Afryki (04-11-11, 15:12)
- Afryka podróżnika. Swoją Afrykę wspomina Szymon Kowalczyk (27-06-11, 06:00)
- Tanzania. Kilimandżaro - najwyższy afrykański poziom (28-03-11, 11:00)
- Kenia. Kamienne miasto Lamu (13-12-10, 06:00)
- Afryka, jeep i my (07-07-10, 15:56)
- Kenia. Zwierzęta i ludzie (28-06-10, 06:00)
GALERIA ZDJĘĆ
- Kapsztad. Inna Afryka (15-02-11, 10:00)
Pod granicą zainteresował się mną pogranicznik z Suazi: - Dokąd jedziesz? - Do Mbabane. - O tej porze będziesz miał kłopot. Pomogę ci - machnął w stronę nadjeżdżającego pojazdu, który karnie się zatrzymał. - Zabierzesz tego gościa - rozkazał kierowcy i wrzucił moje plecaki na tylne siedzenie. W tym momencie nadjechał rozpadający się wehikuł nieokreślonej marki. Wyskoczyła z niego czarnoskóra kobieta z niebywale rozwichrzoną fryzurą. Zasypała celnika lawiną słów, śmiejąc się głośno i rzucając bystre spojrzenia na wszystkie strony. Podszedł do mnie: - Zmiana planów. Pojedziesz z nią, będzie ci lepiej.
Moje toboły wylądowały w nieopisanym bałaganie panującym w pojeździe niezwykłej damy: części samochodowe, butelki po sokach, sterty paczek z gazetami przeznaczonymi do kolportażu. Z dyndającego głośnika głośno rozbrzmiewało reggae. Dama ściszyła radio, zapaliła nielegalnie pachnącego skręta i przedstawiła się: - Jestem Gillian, dziennikarka propagująca turystykę w Suazi. Piszę artykuły, robię film dla BBC, wydaję gazetę, najnowszy projekt związany jest z Sibebe Rock. - Nie wiesz, co to jest?! Największy po Ayers Rock głaz na świecie! Muszę ci go pokazać!
Manzini
W środku nocy dojeżdżamy do Manzini, drugiego co do ważności miasta Suazi. Schludny budynek Swaziland Backpackers przylega do podświetlonego basenu, na zewnątrz barek - oczom nie wierzę! Po załatwieniu formalności kąpiel w basenie. Czy Suazi to koniec świata, czy najbogatsze państwo Afryki? Ranek pokazał, że ani jedno, ani drugie. Gillian oddaje mnie w ręce Joshuy, młodego przewodnika, który pokaże mi Mbabane, stolicę kraju. Na przedmieściach ogromne targowisko lokalnych wyrobów, gdzie pod szyldem Suazi sprzedaje się rękodzieło z Afryki Wschodniej i Południowej. W centrum nieciekawa architektura z pogranicza kolonializmu i współczesności. W starszej, biednej części życie toczy się na ulicy. Stragany, warsztaty stolarskie i samochodowe, budki telefoniczne obsługiwane przez dzieci i fast foody z kukurydzą z grilla na żeliwnym ruszcie. Wszystko zasypuje kurz z boiska piłkarskiego na klepisku, gdzie trwa międzyszkolny mecz. W małej sali obok kilkudziesięciu karateków ćwiczy azjatyckie sztuki walki, wydając groźne okrzyki. Na murach napisy: „Prawdziwy mężczyzna nie gwałci”, „Używaj prezerwatyw, AIDS zabija”. Jemy chudego kurczaka z rożna, zagryzamy kukurydzą i popijamy wszechobecną fantą. Umawiamy się na jutro na wyprawę na Sibebe.
Joshua i Gillian wpadają po mnie do Grifters Lodge, gdzie spędzam kolejną noc. Tyle że spóźnieni prawie o godzinę ("African time"). Gillian, paląc skręta za skrętem, podrzuca nas na dworzec autobusowy, zasypując informacjami: jak dojechać, gdzie iść, co zobaczyć, czym jest Sibebe, kto nas odbierze, gdzie zaprowadzi, jak wrócić...
Wsiadamy we wskazany autobus i malowniczą Pine Valley (Sosnowa Dolina) nad rzeką Mbuluzi docieramy do podnóża Sibebe Rock, najwyższej granitowej góry w Afryce - 1488 m n.p.m. (nazwa od nazwiska pierwszego jej zdobywcy). Jest to ogromna jednolita skała powstała zapewne z zastygłej magmy wulkanicznej, jej wystająca nad ziemię kopuła jest największa na świecie. Wiek Sibebe szacuje się na trzy biliony lat, czyli jest trzykrotnie starsza od Ayers Rock. O ile jednak australijski cud natury rocznie odwiedza 500 tys. turystów, na Sibebe jest cisza i spokój.
Sibebe
U bram do Parku Narodowego wita nas przewodnik Jimi i już w trójkę zaczynamy wspinaczkę. Idziemy najpierw gęstym lasem. Po chwili otwiera się przed nami niezwykła panorama - góra labirynt. Ścieżka wije się pomiędzy potężnymi głazami o fantazyjnych kształtach, drzewa przechodzą w krzewy i trawy. A nad tym wszystkim króluje granitowa czasza Sibebe. W kamienno-zielonym krajobrazie stoi kilka chat, pomiędzy którymi tubylcy wypasają krowy. Skały mienią się trudną do opisania paletą barw - nasuwa mi się skojarzenie z obrazami Claude'a Moneta.
Przewodnicy pokazują, jak pozyskać pitną wodę z roślin porastających zbocze góry. Nachylają liście wielkiej agawy, z których strumykiem spływa czysta, chłodna deszczówka. Pochylają się nad inną rośliną, by zademonstrować, że może być pożywieniem, nieco cierpkim, ale orzeźwiającym. Co pewien czas natykamy się na czaszki większych i mniejszych gryzoni. Stadko pięknych, dzikich koni ze źrebakami skupiło się u wejścia do sporej, stromej szczeliny. Przewodnicy zagonili je w skalną pułapkę, żebym mógł zrobić zdjęcia. Udało się, choć chwila, gdy zwierzęta zwietrzyły szansę ucieczki i rzuciły się do ujścia wąwozu, była bardzo niebezpieczna. Przegalopowały tuż koło nas, nie bacząc na żadne przeszkody.
Kolejną atrakcją Sibebe są labirynty grot i jaskiń. Zagłębiamy się w czarną otchłań pieczary, przeciskamy wąskimi korytarzami, wspinamy skalnymi kominami, pomagając sobie wzajemnie, by wyjść innym otworem. Chłopcy popisują się kilkumetrowymi skokami z jednego granitowego zwieńczenia góry na drugie, przeciętych głębokimi parowami.
Ale trzeba z Sibebe zejść, co nie jest proste. Chłopcy dość lekkomyślnie wybrali zejście granitową czaszą opadającą stromo setkami gładkich metrów do podnóża góry. Zejście, samo w sobie niebezpieczne, jest śmiertelnie groźne przy opadach deszczu, kiedy granitowa powierzchnia zamienia się w szklaną taflę. Zginęło tu kilku chojraków, którzy próbowali w deszczu ekstremalnych podejść. Chłopcy, nie bacząc na zbliżające się w szybkim tempie czarne chmury i groźnie porykujące grzmoty, spuszczają się krok po kroku coraz niżej. Gdy dopadają nas pierwsze krople deszczu, nie mamy odwrotu. Jesteśmy w takim punkcie góry, że wspinaczka może być bardziej zdradliwa od schodzenia. Trochę w kucki, trochę na czterech literach opuszczamy się ostrożnie w dół. Deszcz przechodzi w ulewę. Robi mi się gorąco, choć temperatura wyraźnie spadła. Dotarłszy do granicy krzewów i drzew, oddychamy z ulgą.
Święto Incwala
Rano próbujemy zdobyć przepustkę (dla mnie) na próbę przed świętem Incwala - Nowego Roku, która odbywa się na terenie wojskowym. To jedna z największych i najbardziej fascynujących uroczystości w Afryce, znana jako Święto Świeżych Owoców. Odbywa się corocznie w grudniu lub styczniu, w zależności od położenia księżyca względem słońca. Incwala to tańce, śpiewy i modły o błogosławieństwo przodków, uświęcenie królestwa, dobre zbiory. Aktorami są tradycyjnie ubrani tancerze, a wśród nich najważniejsze osoby w państwie: wszyscy ministrowie, żony i Królowa Matka panującego króla Mswatiego III. Możliwość robienia zdjęć jest ograniczona, filmować może jedynie ekipa królewska.
Po południu podjeżdżamy z Gillian pod bramę, której strzegą uzbrojeni po zęby komandosi. My uzbrojeni jesteśmy jedynie w ustne oświadczenie urzędnika wysokiej rangi, że mogę uczestniczyć w ceremonii i fotografować. Zanim zbliżyliśmy się do bramy, Gillian na spodnie i bluzkę zarzuciła tradycyjny strój kobiet Suazi. Noszą kolorowe chusty we wzory (głównie drobne geometryczne) - na biodrach jako spódnice lub na całe ciało jako sukienki. W czasie świąt Incwala, a szczególnie Umhlanga (lipcowo-sierpniowy Taniec Trzciny) młode kobiety zakładają je na biodra, piersi przesłaniając kolorowymi szalami.
Wjeżdżamy na teren siedziby królewskiej. Po przejściu przez kolejne bramy stajemy na placu między pałacem królewskim a tymczasową wioską Królowej Matki. Nad wysokim ogrodzeniem wioski powiewa flaga ze słoniem, co oznacza, że Królowa Matka jest u siebie (jeśli nad pałacem powiewa flaga z lwem, król jest w pałacu). Flag nie wolno fotografować, nie mówiąc o pałacu czy wiosce, o czym natychmiast informuje ochroniarz w cywilu. Mogę robić zdjęcia jedynie podczas próby, uczestnicząc w tańcu!
Wciskają mnie do szeregu półnagich wojowników z bambusowymi dzidami. Ja zamiast dzidy mam statyw aparatu. W pierwszym rzędzie brzuchaci wojownicy w cętkowanych tunikach ze skóry pantery to ministrowie, wodzowie, naczelnicy poszczególnych regionów Suazi. Jest nawet następca tronu książę Lindani, którego wyróżniają jedynie czerwone piórka w kędzierzawych włosach. Po chwili pojawia się Królowa Matka otoczona żeńską świtą. Jest ubrana na biało w długi, szeroki, sztywny płaszcz z czarnym "kapturem", pierwsza (najstarsza) żona występuje w czarnej sukni i obszernej narzucie w czerwono-czarną szachownicę, podobnie ubrane są pozostałe żony. Tancerki królewskiej świty występują w tradycyjnych chustach, które owijają je od szyi po łydki.
Rytm tańcowi nadają bębny i śpiewy, a uzbrojony w potężną trąbę dowódca regimentu daje sygnały do zmiany szyku czy wymarszu. Tworząc szpaler, kobiety tańczą, kołysząc rytmicznie biodrami. Pomiędzy nas wchodzi jedyna ekipa, która ma prawo kręcić film - półnadzy oficerowie. Tańcząc i wymachując statywem, wyciągam z plecaka małą kamerę i udaję, że dalej robię zdjęcia. Po chwili coś szarpie mnie za ramię i wyciąga z szeregu. Okazuje się, że to wielka łapa ochroniarza - spoglądam w jego oczy i wiem, że mam problem. Każe mi odtworzyć nagrany materiał - jakimś cudem nie ma na nim ani księcia, ani królowej, ani pałacu. Ulżyło nam obu. Ale do końca występów jestem już grzeczny.
Gillian, jak zwykle bardzo zajęta, ulatnia się wcześniej, zostawiając mnie na pastwę żołnierzy. A ci propują mi auto jednego z urzędników. Wsiadam do wielkiego, błyszczącego landcruisera w towarzystwie pana ministra w stroju wojownika Suazi! Półnagi, brzuchaty urzędnik tylko szczerzy białe zęby w uśmiechu, widząc moje zdziwienie.
Spotkanie z Gillian kończy się obiadem w pięknej knajpce eDladleni koło Mbabane serwującej narodowe dania Suazi. Jemy m.in. sishwalę (kasza owsiana z mięsem i warzywami), umncwebe (suszone surowe mięso), umbidvo wetintsangę (gotowana dynia z orzeszkami ziemnymi), popijając lokalne piwo tjwala.
Dzięki Gillian poznałem Suazi jak żaden z krajów w Afryce. Bywając u niej i w domach jej przyjaciół, miałem okazję przyjrzeć się codziennemu życiu, poznać mentalność i zwyczaje ludzi. Pozdrawiam cię, Gillian, szalona afrykańska kobieto...
Sprawdzone noclegi: Manzini - Swaziland Backpackers, www.swazilandbackpackers.com, Mbabane - Grifters, www.grifterslodge.com. Informacja turystyczna: Swazi National Trust - www.sntc.org.sz
Moje toboły wylądowały w nieopisanym bałaganie panującym w pojeździe niezwykłej damy: części samochodowe, butelki po sokach, sterty paczek z gazetami przeznaczonymi do kolportażu. Z dyndającego głośnika głośno rozbrzmiewało reggae. Dama ściszyła radio, zapaliła nielegalnie pachnącego skręta i przedstawiła się: - Jestem Gillian, dziennikarka propagująca turystykę w Suazi. Piszę artykuły, robię film dla BBC, wydaję gazetę, najnowszy projekt związany jest z Sibebe Rock. - Nie wiesz, co to jest?! Największy po Ayers Rock głaz na świecie! Muszę ci go pokazać!
Manzini
W środku nocy dojeżdżamy do Manzini, drugiego co do ważności miasta Suazi. Schludny budynek Swaziland Backpackers przylega do podświetlonego basenu, na zewnątrz barek - oczom nie wierzę! Po załatwieniu formalności kąpiel w basenie. Czy Suazi to koniec świata, czy najbogatsze państwo Afryki? Ranek pokazał, że ani jedno, ani drugie. Gillian oddaje mnie w ręce Joshuy, młodego przewodnika, który pokaże mi Mbabane, stolicę kraju. Na przedmieściach ogromne targowisko lokalnych wyrobów, gdzie pod szyldem Suazi sprzedaje się rękodzieło z Afryki Wschodniej i Południowej. W centrum nieciekawa architektura z pogranicza kolonializmu i współczesności. W starszej, biednej części życie toczy się na ulicy. Stragany, warsztaty stolarskie i samochodowe, budki telefoniczne obsługiwane przez dzieci i fast foody z kukurydzą z grilla na żeliwnym ruszcie. Wszystko zasypuje kurz z boiska piłkarskiego na klepisku, gdzie trwa międzyszkolny mecz. W małej sali obok kilkudziesięciu karateków ćwiczy azjatyckie sztuki walki, wydając groźne okrzyki. Na murach napisy: „Prawdziwy mężczyzna nie gwałci”, „Używaj prezerwatyw, AIDS zabija”. Jemy chudego kurczaka z rożna, zagryzamy kukurydzą i popijamy wszechobecną fantą. Umawiamy się na jutro na wyprawę na Sibebe.
Joshua i Gillian wpadają po mnie do Grifters Lodge, gdzie spędzam kolejną noc. Tyle że spóźnieni prawie o godzinę ("African time"). Gillian, paląc skręta za skrętem, podrzuca nas na dworzec autobusowy, zasypując informacjami: jak dojechać, gdzie iść, co zobaczyć, czym jest Sibebe, kto nas odbierze, gdzie zaprowadzi, jak wrócić...
Wsiadamy we wskazany autobus i malowniczą Pine Valley (Sosnowa Dolina) nad rzeką Mbuluzi docieramy do podnóża Sibebe Rock, najwyższej granitowej góry w Afryce - 1488 m n.p.m. (nazwa od nazwiska pierwszego jej zdobywcy). Jest to ogromna jednolita skała powstała zapewne z zastygłej magmy wulkanicznej, jej wystająca nad ziemię kopuła jest największa na świecie. Wiek Sibebe szacuje się na trzy biliony lat, czyli jest trzykrotnie starsza od Ayers Rock. O ile jednak australijski cud natury rocznie odwiedza 500 tys. turystów, na Sibebe jest cisza i spokój.
Sibebe
U bram do Parku Narodowego wita nas przewodnik Jimi i już w trójkę zaczynamy wspinaczkę. Idziemy najpierw gęstym lasem. Po chwili otwiera się przed nami niezwykła panorama - góra labirynt. Ścieżka wije się pomiędzy potężnymi głazami o fantazyjnych kształtach, drzewa przechodzą w krzewy i trawy. A nad tym wszystkim króluje granitowa czasza Sibebe. W kamienno-zielonym krajobrazie stoi kilka chat, pomiędzy którymi tubylcy wypasają krowy. Skały mienią się trudną do opisania paletą barw - nasuwa mi się skojarzenie z obrazami Claude'a Moneta.
Przewodnicy pokazują, jak pozyskać pitną wodę z roślin porastających zbocze góry. Nachylają liście wielkiej agawy, z których strumykiem spływa czysta, chłodna deszczówka. Pochylają się nad inną rośliną, by zademonstrować, że może być pożywieniem, nieco cierpkim, ale orzeźwiającym. Co pewien czas natykamy się na czaszki większych i mniejszych gryzoni. Stadko pięknych, dzikich koni ze źrebakami skupiło się u wejścia do sporej, stromej szczeliny. Przewodnicy zagonili je w skalną pułapkę, żebym mógł zrobić zdjęcia. Udało się, choć chwila, gdy zwierzęta zwietrzyły szansę ucieczki i rzuciły się do ujścia wąwozu, była bardzo niebezpieczna. Przegalopowały tuż koło nas, nie bacząc na żadne przeszkody.
Kolejną atrakcją Sibebe są labirynty grot i jaskiń. Zagłębiamy się w czarną otchłań pieczary, przeciskamy wąskimi korytarzami, wspinamy skalnymi kominami, pomagając sobie wzajemnie, by wyjść innym otworem. Chłopcy popisują się kilkumetrowymi skokami z jednego granitowego zwieńczenia góry na drugie, przeciętych głębokimi parowami.
Ale trzeba z Sibebe zejść, co nie jest proste. Chłopcy dość lekkomyślnie wybrali zejście granitową czaszą opadającą stromo setkami gładkich metrów do podnóża góry. Zejście, samo w sobie niebezpieczne, jest śmiertelnie groźne przy opadach deszczu, kiedy granitowa powierzchnia zamienia się w szklaną taflę. Zginęło tu kilku chojraków, którzy próbowali w deszczu ekstremalnych podejść. Chłopcy, nie bacząc na zbliżające się w szybkim tempie czarne chmury i groźnie porykujące grzmoty, spuszczają się krok po kroku coraz niżej. Gdy dopadają nas pierwsze krople deszczu, nie mamy odwrotu. Jesteśmy w takim punkcie góry, że wspinaczka może być bardziej zdradliwa od schodzenia. Trochę w kucki, trochę na czterech literach opuszczamy się ostrożnie w dół. Deszcz przechodzi w ulewę. Robi mi się gorąco, choć temperatura wyraźnie spadła. Dotarłszy do granicy krzewów i drzew, oddychamy z ulgą.
Święto Incwala
Rano próbujemy zdobyć przepustkę (dla mnie) na próbę przed świętem Incwala - Nowego Roku, która odbywa się na terenie wojskowym. To jedna z największych i najbardziej fascynujących uroczystości w Afryce, znana jako Święto Świeżych Owoców. Odbywa się corocznie w grudniu lub styczniu, w zależności od położenia księżyca względem słońca. Incwala to tańce, śpiewy i modły o błogosławieństwo przodków, uświęcenie królestwa, dobre zbiory. Aktorami są tradycyjnie ubrani tancerze, a wśród nich najważniejsze osoby w państwie: wszyscy ministrowie, żony i Królowa Matka panującego króla Mswatiego III. Możliwość robienia zdjęć jest ograniczona, filmować może jedynie ekipa królewska.
Po południu podjeżdżamy z Gillian pod bramę, której strzegą uzbrojeni po zęby komandosi. My uzbrojeni jesteśmy jedynie w ustne oświadczenie urzędnika wysokiej rangi, że mogę uczestniczyć w ceremonii i fotografować. Zanim zbliżyliśmy się do bramy, Gillian na spodnie i bluzkę zarzuciła tradycyjny strój kobiet Suazi. Noszą kolorowe chusty we wzory (głównie drobne geometryczne) - na biodrach jako spódnice lub na całe ciało jako sukienki. W czasie świąt Incwala, a szczególnie Umhlanga (lipcowo-sierpniowy Taniec Trzciny) młode kobiety zakładają je na biodra, piersi przesłaniając kolorowymi szalami.
Wjeżdżamy na teren siedziby królewskiej. Po przejściu przez kolejne bramy stajemy na placu między pałacem królewskim a tymczasową wioską Królowej Matki. Nad wysokim ogrodzeniem wioski powiewa flaga ze słoniem, co oznacza, że Królowa Matka jest u siebie (jeśli nad pałacem powiewa flaga z lwem, król jest w pałacu). Flag nie wolno fotografować, nie mówiąc o pałacu czy wiosce, o czym natychmiast informuje ochroniarz w cywilu. Mogę robić zdjęcia jedynie podczas próby, uczestnicząc w tańcu!
Wciskają mnie do szeregu półnagich wojowników z bambusowymi dzidami. Ja zamiast dzidy mam statyw aparatu. W pierwszym rzędzie brzuchaci wojownicy w cętkowanych tunikach ze skóry pantery to ministrowie, wodzowie, naczelnicy poszczególnych regionów Suazi. Jest nawet następca tronu książę Lindani, którego wyróżniają jedynie czerwone piórka w kędzierzawych włosach. Po chwili pojawia się Królowa Matka otoczona żeńską świtą. Jest ubrana na biało w długi, szeroki, sztywny płaszcz z czarnym "kapturem", pierwsza (najstarsza) żona występuje w czarnej sukni i obszernej narzucie w czerwono-czarną szachownicę, podobnie ubrane są pozostałe żony. Tancerki królewskiej świty występują w tradycyjnych chustach, które owijają je od szyi po łydki.
Rytm tańcowi nadają bębny i śpiewy, a uzbrojony w potężną trąbę dowódca regimentu daje sygnały do zmiany szyku czy wymarszu. Tworząc szpaler, kobiety tańczą, kołysząc rytmicznie biodrami. Pomiędzy nas wchodzi jedyna ekipa, która ma prawo kręcić film - półnadzy oficerowie. Tańcząc i wymachując statywem, wyciągam z plecaka małą kamerę i udaję, że dalej robię zdjęcia. Po chwili coś szarpie mnie za ramię i wyciąga z szeregu. Okazuje się, że to wielka łapa ochroniarza - spoglądam w jego oczy i wiem, że mam problem. Każe mi odtworzyć nagrany materiał - jakimś cudem nie ma na nim ani księcia, ani królowej, ani pałacu. Ulżyło nam obu. Ale do końca występów jestem już grzeczny.
Gillian, jak zwykle bardzo zajęta, ulatnia się wcześniej, zostawiając mnie na pastwę żołnierzy. A ci propują mi auto jednego z urzędników. Wsiadam do wielkiego, błyszczącego landcruisera w towarzystwie pana ministra w stroju wojownika Suazi! Półnagi, brzuchaty urzędnik tylko szczerzy białe zęby w uśmiechu, widząc moje zdziwienie.
Spotkanie z Gillian kończy się obiadem w pięknej knajpce eDladleni koło Mbabane serwującej narodowe dania Suazi. Jemy m.in. sishwalę (kasza owsiana z mięsem i warzywami), umncwebe (suszone surowe mięso), umbidvo wetintsangę (gotowana dynia z orzeszkami ziemnymi), popijając lokalne piwo tjwala.
Dzięki Gillian poznałem Suazi jak żaden z krajów w Afryce. Bywając u niej i w domach jej przyjaciół, miałem okazję przyjrzeć się codziennemu życiu, poznać mentalność i zwyczaje ludzi. Pozdrawiam cię, Gillian, szalona afrykańska kobieto...
Sprawdzone noclegi: Manzini - Swaziland Backpackers, www.swazilandbackpackers.com, Mbabane - Grifters, www.grifterslodge.com. Informacja turystyczna: Swazi National Trust - www.sntc.org.sz
- hotele
- loty
- Oferty Booking.com
- Oferty FRU.PL
Podróże.gazeta.pl na Facebooku
Aktualna oferta

Podróżuj z nami co tydzień.
Przykładowy newsletterZaplanuj wakacje
Polska na weekend
Kontakt z redakcją
- ul. Czerska 8/10
- 00-732 Warszawa
- redakcja.podroze@gazeta.pl






więcej zdjęć









