Z pasją o podróżach, wycieczkach i wyjazdach

Bułgaria. Rodopy - najpiękniejsze góry

  • Pin It
Beata Kardaszewicz
09.05.2011 , aktualizacja: 09.05.2011 13:21
A A A Drukuj
Okolice Geli Fot. Beata Kardaszewicz Okolice Geli
Żeby wyjść z piekła, trzeba wspiąć się po prawie pionowych śliskich stopniach wykutych w skale
Sziroka Łyka
Fot. Beata Kardaszewicz
Sziroka Łyka
Wąwóz Trigradski
Fot. Beata Kardaszewicz
Wąwóz Trigradski
Sziroka Łyka
Fot. Beata Kardaszewicz
Sziroka Łyka
GALERIA ZDJĘĆ
Zapytaliśmy znajomych Bułgarów, które ze swoich gór uważają za piękniejsze: Riłę czy Pirin. - Najpiękniejsze są Rodopy - odparli bez namysłu. - Trzeba koniecznie pojechać! Trzeba to trzeba, najlepiej od razu. Skracamy (i tak krótki) wypoczynek nad Morzem Czarnym, urywamy dwa dni z zaplanowanej wędrówki przez Pirin i kupujemy bilety na autobus do Płowdiwu (ze Słonecznego Brzegu 5 godz., bilet 22 lewy, ok. 44 zł).

Na miejscu bez trudu znajdujemy kwaterę na skraju starego miasta w hostelu Rajskij Kyt (prosi się o remont, ale niedrogo - 20 lewów za łóżko ze śniadaniem). Gospodyni rezydująca w ciemnej suterenie z czteroletnim wnukiem, kotem i dwoma psami kotłującymi się na wyliniałych kanapach dobrze mówi po angielsku, jest miła i chętna do pomocy. Podpowiada, jak zdobyć bilety na koncert w rzymskim amfiteatrze (10 lewów), gdzie najtaniej wynająć samochód (40 lewów/doba), gdzie zjeść i od czego zacząć zwiedzanie.

Połodiw

Wyruszamy więc na podbój Płowdiwu. Pierwszy rzut oka na starówkę potwierdza słuszność spontanicznej zmiany planów. Położone na trzech wzgórzach, przecięte na pół rzeką Maricą miasto zachwyca czarującą architekturą, zaskakuje bogactwem kulturowego i historycznego dziedzictwa. Tracka Ewmolpia, macedońskie i bizantyjskie Filipopolis, rzymskie Trimontium, tureckie Filibe, bułgarski Płowdiw - miasto jest spadkobiercą co najmniej sześciu starych kultur, z których każda odcisnęła na nim swoje piętno. XIV-wieczny meczet Piątkowy (Dżumaja Dżamija) z dachem krytym ołowiem sąsiaduje z resztkami 30-tysięcznego rzymskiego stadionu. Obok ponurej Chisar Kapija (macedońska brama forteczna), cieszą kolorowe fasady budynków z epoki bułgarskiego odrodzenia. Ozdobione freskami i płaskorzeźbami niegdysiejsze rezydencje bogatych kupców i artystów dziś dają schronienie galeriom i muzeom. Chyba najpiękniejszą fasadę ma dom greckiego kupca Kujumdżiogłu (obecnie Muzeum Etnograficzne). W domu Danowa (rodzina bułgarskich literatów i wydawców) znajduje się Muzeum Drukarstwa, w domu kupca Georgiadiego bardzo ciekawe Muzeum Historyczne z ekspozycją poświęconą walce Bułgarów o wyzwolenie spod panowania tureckiego. Domy Hindlianów i dom Bałabanowa mają piękne wnętrza pełne starych mebli, obrazów i fresków. Dom Lamartina, w którym mieszkał ten francuski poeta romantyczny, mieści małe muzeum pamiątek po nim. W kilku innych są galerie sztuki.

Rozjarzona świecami cerkiew Konstantina i Eleny zachwyca złocistym ikonostasem, a rzymski amfiteatr... Jakie szczęście, że ten klejnot antycznej architektury nadal służy miłośnikom sztuki! Wystawiane są głównie opery, my trafiamy na wieczór galowy - kompilację słynnych arii i pas de deux z najsłynniejszych baletów. Magiczne przeżycie!

Amfiteatr wkomponowano w szczyt wzgórza. W dole szumi i błyska światłami ponad 300-tysięczne miasto, a rozległą przestrzeń za sceną zamyka ciemniejące pasmo Rodopów - najwspanialsza dekoracja! Czasem przyroda dorzuci dodatkowy rekwizyt. Dla nas przygotowała burzę z piorunami i gwałtowną ulewą. Orkiestra uciekła, w panice unosząc cenne instrumenty, a wystrojona publiczność wśród śmiechów i żartów usiłowała się pomieścić pod markizą kawiarenki. Koncert, tym razem już bez niespodzianek, będzie powtórzony nazajutrz.

Kręte uliczki starówki prowadzą do cytadeli Nebet Tepe z resztkami umocnień pamiętających czasy Filipa Macedońskiego, ojca Aleksandra. Wcześniej, w V w. p.n.e. trackie plemię Odrysów założyło tu ufortyfikowaną osadę - zalążek przyszłego miasta. Bułgarzy uważają Traków za swoich prapraprzodków, a ziemia co kilka lat wydaje na światło dzienne cząstkę niezwykłej trackiej spuścizny. Sztylet ze złota i platyny starszy niż trojański skarb Priama, złotą maskę, rzeźbiony złoty kubek, srebrny ryton (paradne naczynie do picia) w kształcie głowy łani, złote kolczyki podobne do rydwanów czy wreszcie sam rydwan. Nie wiadomo, co jeszcze kryją trackie kurhany, jednak do tej pory nic nie przebiło złotego skarbu z Panagiuriszte.

W 1949 r. robotnicy kopiący glinę znaleźli w okolicach tej wioski dziewięć wspaniałych naczyń z litego złota o łącznej wadze ponad 6 kg, prawdopodobnie własność nieznanego władcy plemienia Odrysów z przełomu IV i III w. p.n.e. Skarb jest obecnie w Sofii; w przewodniku czytam, że jego doskonałą replikę można obejrzeć w muzeum archeologicznym w Płowdiwie. Gmach muzeum jest pięknie odnowiony, ale w przedsionku drogę zastępuje nam strażnik - nie możemy wejść, w środku jeszcze trwa remont. Tak mi się chce tych złotych rytonów, że jestem gotowa natychmiast wsiadać w autobus do Sofii. Ale rozsądek bierze górę i wracamy do hostelu, gdzie skarżę się gospodyni na naszego pecha. Ona spokojnie włącza komputer i złoty skarb z Panagiuriszte jest mój - mogę się napatrzeć do woli (www.archeologicalmuseumplovdiw.org). Trzy rytony mają podstawy w kształcie cudownych głów jelenich z bogatym porożem. Złote czasze zdobią postacie bogów - Dionizos, Ares, Hermes i Artemida to bóstwa "importowane" z Tracji. Na uchwytach pysznią się smukłe sylwetki lwów. Trzy kolejne rytony mają kształty misternie ufryzowanych głów kobiecych, ich uchwyty to skrzydlate sfinksy. Ostatni, chyba najpiękniejszy, przedstawia wyprężonego w skoku kozła. Kolekcji dopełnia amfora - na uchwytach przyczaiły się centaury i fiala, czyli płaska czara z wnętrzem ozdobionym czterema kręgami ornamentów. Można sobie wyobrazić herosów, którzy z tych naczyń pili. O Trakach pisał Homer, Herodot, Strabon i Tukidydes, jest więc się na czym oprzeć. Byli olbrzymiego wzrostu, ich ciała pokrywały tatuaże, a głowy lisie skóry. Wierzyli w nieśmiertelność duszy, więc na polach bitew okazywali śmierci absolutną pogardę. Ich znajomość sztuki wojennej i bitewnych forteli była godna pozazdroszczenia. Hodowali rasowe konie, których sława była tak wielka, że doczekała się wersu w "Iliadzie". Według Homera konie trackie były "(...) olbrzymie. Bielsze niż śnieg, a w rozpędzie od lotnych wichrów ściglejsze". (Pieśń X, przekład K. Jeżewska, Wrocław 1972).

Ci nieustraszeni wojownicy w lisich skórach i pancerzach ze złota kochali muzykę. Z Tracji pochodzi przecież mityczny Orfeusz, natchniony przez bogów śpiewak, syn Apollina i muzy Kaliope (podobno i one mają rodowód tracki). Greckie źródła pisane (Strabon) potwierdzają, że wkład Traków w antyczną muzykę jest nie do przecenienia: "Tak pod względem melodii, taktu i instrumentów - całą muzykę uważa się za trackie i małoazjatyckie odkrycie" (za Christo Danowem*).

Cudowne Mosty

Ranek następnego dnia spotyka nas na drodze nr 86 Płowdiw - Smolian. Po 20 km - Asenowgrad ze średniowieczną twierdzą, który obejrzymy w drodze powrotnej, bo teraz spieszno nam w Rodopy. Ale już Baczkowa (po kolejnych 10 km) ominąć nie sposób. To drugi co do wielkości po Rilskim bułgarski monastyr, od 1984 r. czekający na wpisanie na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Jest niedziela, więc do świątyni ciągną rozmodlone tłumy, z trudem znajdujemy miejsce do zaparkowania. Z pękiem pachnących miodem cieniutkich świeczek ustawiam się w ogonku kobiet znikającym w cerkwi Sweta Bogorodica. To kolejka do świętej ikony Madonny, XIV-wiecznego gruzińskiego obrazu (według legendy autentycznego portretu Maryi autorstwa św. Łukasza). Stoi on na niewielkim podwyższeniu, bez żadnych zabezpieczeń, dostępny dla każdego. Wierni kolejno podchodzą i „rozmawiają” z ikoną, głaszcząc ją i całując. Koniecznie trzeba obejrzeć XVII-wieczny refektarz. Ściany nisko sklepionej sali pokrywają wspaniałe freski. Długi kamienny stół ma blat z płyt nagrobnych zmarłych mnichów.

Na 40. km od Płowdiwu odbijamy w prawo i po 16 km dojeżdżamy do Cudownych Mostów (Czudnije Mostowyje), jednej z fantastycznych formacji skalnych, z których słyną Rodopy. Sklepienie potężnej jaskini zawaliło się wskutek trzęsienia ziemi, pozostawiając pojedyncze łuki - ogromne naturalne "mosty" jak przęsła akweduktu projektu szalonego architekta.

Wracamy tą samą, przerażająco wąską drogą, modląc się, by nic nie jechało z naprzeciwka. Mijamy Czepelare, przyjemny kurort zimowy, a potem Pamporowo, znany ośrodek narciarski; kierujemy się na Dewin i Dospat. Po ok. 10 km Sziroka Łyka (Szeroka Łąka) - modelowa rodopska wioska. Kamienne domki wspinające się wysoko na zbocza wąwozu, garbate, kamienne mosty, cerkiew, muzeum. W lewo odgałęzienie drogi do Geli, wioski, która liczy 3 tys. lat - legenda mówi, że urodził się tu Orfeusz. Kręta asfaltowa droga wspina się ostro w górę, poruszamy się wąskim wąwozem, prawie tunelem o pokrytych roślinnością ścianach.

Wreszcie Gela, raptem kilka kamiennych zagród. Trzeba podejść kilkaset metrów w górę białą polną drogą obrośniętą piołunem i miętą, by otworzył się przed nami widok na falujące łąki pełne kwiatów, otoczone zielonym wieńcem szczytów. Pięknie. Rozglądamy się za siliwriakiem - kwiatem Orfeusza (bałkański endemit). Kiedy szalejące bachantki rozszarpały muzyka na strzępy, a jego wciąż śpiewającą głowę wrzuciły do rzeki Hebros (dzisiejsza Marica), krople krwi nieszczęsnego upadły na ziemię i zamieniły się w te niepozorne różowe dzwonki.

Kiedy Orfeusz grał, cała przyroda zamierała w zachwycie. Milkły ptaki, łagodniały dzikie zwierzęta, cichł wiatr. Coś z tego boskiego spokoju przetrwało w Geli do dziś. Nie ma najmniejszej wątpliwości: Orfeusz nigdy stąd nie odszedł, wystarczy przymknąć oczy, by usłyszeć dźwięki liry.

Diabelskie Gardło

Spokój Geli pryska co roku w pierwszą niedzielę sierpnia. Łąki rozbrzmiewają wtedy dźwiękami... dud, bo Sziroka Łyka i Gela goszczą dudziarzy z całego świata na międzynarodowym festiwalu. Można usłyszeć nawet sto instrumentów grających razem. Żegnamy się z Orfeuszem, ale tylko na chwilę. Niespełna 40 km od Szirokiej Łyki leży Trigrad - jedno z najpiękniejszych miejsc w Bułgarii. Kilka kilometrów przed miasteczkiem wjeżdżamy w wąwóz wyżłobiony przez rzekę Trigradską płynącą wzdłuż szosy. Skalne urwiska koloru miodu i miedzi wyrastają prosto z wody.

Trzy kilometry przed Trigradem największa atrakcja okolicy - jaskinia Diabelskie Gardło, tędy Orfeusz zszedł do piekła. Otwiera się co godzinę, żeby pochłonąć porcję zwiedzających (wstęp 3 lewy). Przejście podziemnej trasy zajmuje ponad 30 minut. Nie znajdziemy tu piekielnego ognia ani oparów siarki, honoru piekieł broni wizerunek czarciej gęby wyryty na skale. Jest za to rzeka Trigradska, która wpada do jaskini i z wściekłym hukiem, w pióropuszach piany przelatuje dnem ogromnej pieczary, by zniknąć pod ziemią. Wrażenie rzeczywiście diabelskie!

Żeby wyjść z piekła, trzeba wspiąć się po prawie pionowych śliskich stopniach wykutych w skale. W górze, w zawiesinie wodnych kropli majaczy wąska szczelina. Wszystko pasuje jak ulał - to tu niecierpliwy Orfeusz musiał obejrzeć się za siebie, nie dotrzymując umowy i tracąc Eurydykę na zawsze. Tym razem bogowie byli nieubłagani. My szczęśliwie wracamy do słonecznej krainy na górze, płynącej miodem i owczym jogurtem. Dosłownie - bo wzdłuż szosy do Trigradu rozstawili stragany pszczelarze. W życiu nie widziałam takiej rozmaitości miodów! Są też zielarze: zielone i brunatne, pachnące wiechcie zaradzą ponoć każdej chorobie.

W trigradzkiej mechanie na wolnym powietrzu w ogromnym kominku płonie ogień i piecze się jagnię. Prosimy sympatyczną kelnerkę o lokalne danie i dostajemy prepitelnicę - świetny placek z chlebowego ciasta, cienki, chrupiący na wierzchu i miękki w środku, faszerowany skrawkami pieczonej jagnięciny z cebulą. Na deser owczy jogurt w glinianym garnuszku, przykryty grubą warstwą miodu.

Po dwóch dniach spokojnego włóczenia się po górskich ścieżkach wyjeżdżamy z Trigradu. Jeszcze pożegnalne śniadanie w mechanie, w porannym słońcu i ostrym powietrzu. Owczy jogurt, tym razem z kożuszkiem domowej konfitury z poziomek odrobinę łagodzi ból rozstania. Przed odjazdem wertuję przewodnik. Rodopy. Skąd właściwie wzięła się ta nazwa? Według legendy Rodopa była tracką księżniczką, którą spotkała kara za zuchwałość. Ona i jej ukochany, nie wiadomo, z pychy, czy dla zabawy, ośmielili się przybrać boskie imiona Zeusa i Hery. Kara była straszna: zostali zamienieni w łańcuchy górskie, które na zawsze miała rozdzielać rzeka Hebros. Dziewczyna stała się Rodopami, młodzieniec - pasmem Bałkanu. Nareszcie wiemy, dlaczego te góry są takie piękne. Rodopy są kobietą!

*Christo Danow: "Trakowie" , Warszawa 1987, PWN, s. 228

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

  • hotele
  • loty
  • Oferty Booking.com
  • Oferty FRU.PL

Podróże.gazeta.pl na Facebooku