Wielka Brytania. Po zdrowie do Bath

Przyjeżdżali tu po zdrowie obywatele imperium rzymskiego, dziś Bath odwiedza 5 mln turystów rocznie - ponad 50 razy więcej, niż ma ono mieszkańców
W przeciwieństwie do Anny Eliot, bohaterki "Perswazji" Jane Austen, która "gdy dojrzała mgliste zarysy wielkich budynków mokrych od deszczu - nie miała wcale ochoty oglądać ich bliżej", ja zbliżałam się do Bath z bijącym sercem. Pierwszy raz usłyszałam o tym wyjątkowym mieście dwa lata temu. Są tu jedyne gorące źródła w całej Wielkiej Brytanii, zachowało urok XVIII-wiecznego uzdrowiska, jest wpisane na listę UNESCO. No i mieszkała tu Jane Austen, a Bath pojawia się niemal w każdej jej książce.

Chcąc poczuć się jak bohaterka powieści Austen, trzeba zacząć od Royal Crescent. Widok ustawionych w półkole domów z wielkimi oknami i ogromnym zielonym trawnikiem na wzgórzu - to dokładnie to ujęcie, które pojawia się w wielu filmach nakręconych na podstawie jej prozy. Wizytę zakończyć trzeba śniadaniem w eleganckim Pump Room. Przy dźwiękach skrzypiec i wiolonczeli, na wykrochmalonych białych obrusach, dostaniemy słodką cynamonową bułeczkę z rodzynkami w cukrze (Bath bun) i szklankę ciepłej wody, którą kelner przynosi prosto z fontanny stojącej w wykuszu z widokiem na rzymskie łaźnie. Woda nie jest smaczna, ale czego się nie robi dla zdrowia.

Bath - miasto Jane Austen

Niechęć skądinąd rozumnej i rozważnej panny Eliot, odzwierciedlała uczucia samej Jane Austen. Najsłynniejsza mieszkanka Bath (wymieniana jednym tchem z rzymskimi łaźniami i georgiańskimi kamienicami) podobno zemdlała, gdy dowiedziała się, że jej ojciec zadecydował o przeprowadzce. Mieszkańcy Bath, z właściwą Brytyjczykom ironią, wcale tego nie ukrywają. Podczas oprowadzania po muzeum Jane Austen opowiadają o tym z lekkim rozbawieniem, z rozbawieniem mówią też o najnowszym filmie "Duma, uprzedzenie i zombi".

Ale ślady Austen w mieście - w oknach, parkach, na ulicach - łatwo znaleźć. Od XVIII w. Bath praktycznie się nie zmieniło. Ciągle zachwyca klasyczną i elegancką georgiańską architekturą stworzoną przez rodzinę Woodów (Johna Starszego i Młodszego), ze słynnego beżowomiodowego kamienia wapiennego wydobywanego w okolicach. Do dziś do renowacji i budowy domów wolno używać tylko tego kamienia.

To, czego tak nie znosiła Austen, było kwintesencją XVIII-wiecznego Bath i przyciągało kuracjuszy nie tylko z Wielkiej Brytanii, ale i z całej Europy. Frywolność, wesołość, zabawa, moda, bale, kąpiele przy dźwiękach wiolonczeli z popijaniem gorącej czekolady... Bath stało się zimową stolicą Anglii, a każda panna na wydaniu marzyła, żeby lekarz przepisał jej rodzinie (albo przynajmniej dobrym znajomym rodziny) wyjazd do wód. O to nie było trudno, bo uważano, że tamtejsze wody leczą wszystko - od reumatyzmu po choroby ginekologiczne.

A jak już było się w Bath... Panie w kolorowych czepkach i sukniach empire, panowie w cylindrach i żabotach przechadzali się po parkach albo po Pump Room, popijając ze szklanek wodę z 43 minerałami, tłoczoną do fontann prosto z gorących źródeł. Wieczorami spotykali się w teatrze, na koncercie albo na balu w Salach Asamblowych, Górnych bądź Dolnych. Dziś Assembly Rooms można wynająć na wesele, by na drewnianej podłodze, wśród szaroniebieskich ścian, pod żyrandolami, z których każdy wart jest milion funtów, bawić się jak niegdyś śmietanka towarzyska Anglii. Podziemia budynku kryją muzeum mody. Od XVIII-wiecznych trzewików, przez szalone lata 60. XX w., po kreacje największych współczesnych projektantów. Wystawy są często zmieniane, a zbiory tak duże, że nie zobaczymy dwa razy tej samej sukni.

Po zdrowie do Bath

XVIII-wieczną sławę Bath zawdzięcza wizycie Marii z Modeny, żony króla Jakuba II Stuarta. Dziewięć miesięcy po kąpieli w gorących źródłach urodziła królewskiego potomka (co spowodowało protestancką rebelię i wygnanie króla do Francji). Późniejsze częste wizyty królowej Anny, która podobno leczyła tu podagrę, potwierdziły status Bath jako miejsca, w którym wypada bywać. I mniejsza o zdrowotne wody. Chodziło o modę, o pokazanie się, o wymianę biletów wizytowych, o romanse i o hazard. W katedrze, na jednej z plakietek upamiętniających zmarłych, czytam: "Zmarł podczas zażywania społecznej przyjemności".

Bath miało swojego mistrza ceremonii - Beau Nasha, który dbał o rozrywki i był arbitrem elegancji. Ten dandys i bon vivant dobierał w pary damy i dżentelmenów podczas tańców, eskortował panie do domów i pilnował hazardzistów (co musiało być trudne, bo sam był uzależniony od kart). Za jego największą zasługę uważa się wprowadzenie odrobiny nieformalności w bardzo klasowe społeczeństwo, no i porzucenie niezdarnych męskich buciorów na rzecz pończoch i pantofelków. Dama ze zubożałej rodziny mogła wpaść na lorda, kapitan marynarki mógł zachwycać się szlachcianką - mezalianse jak z powieści Austen.

Tu naprawdę mieszało się społeczeństwo, co było nie do pomyślenia w innych częściach Królestwa. Ulice pełne były ludzi, zewsząd rozlegały się głosy, nawoływania, szmer rozmów, śmiech. Dziś brakuje tylko stukotu końskich kopyt o bruk, lekarzy naciągaczy, chirurgów z bożej łaski i oferujących swoje usługi pięknie wysławiających się nauczycieli eloukcji (nauki jasnego i ozdobnego mówienia). Miasto odwiedza ok. 5 mln turystów rocznie, ponad 50 razy więcej, niż ma mieszkańców. Brukowane ulice wypełnia roześmiany, szemrzący tłum. Ludzie robią zakupy, najchętniej na moście Pulteney nad rzeką Avon, z obydwu stron zabudowanym sklepikami (po florenckim to drugi taki w Europie).

Bath znaczy kąpiel

Był taki okres, kiedy z kąpieli raczej tu nie korzystano, choć miasto już nosiło swoje imię - Bath znaczy kąpiel. Nie było jednak nieznane. Tu w 973 r. koronował się z wielką pompą pierwszy król Anglii Edgar Spokojny. Opactwo, w którym odbyła się uroczystość, zburzyli Normanowie i wybudowali olbrzymią katedrę. Ona również nie przetrwała - w XVI w. była już tylko wielką ruiną, bo nikogo nie było stać na jej utrzymanie. Oliver King, ówczesny biskup Bath, postanowił ją zburzyć i wybudować coś, co będzie sławiło jego imię. Na poparcie swojego pomysłu opowiedział sen, który nawiedził go jednej nocy. Oto z nieba zsunęła się drabina, po niej zeszły anioły, ukazało się drzewo oliwne w koronie i odezwał się głos: "Niech drzewo oliwne ustanowi koronę, a niech król odnowi kościół". Biskup wytłumaczył tym swoje poparcie dla Henryka VII Tudora w rozgrywkach o sukcesję tronu Anglii i skwapliwie zabrał się do odbudowy kościoła. I choć nowa katedra jest mniejsza od poprzedniczki (zajmuje obszar równy jednej nawie normańskiej budowli) - nadal zachwyca. Na fasadzie wykuto drabiny i schodzące po nich anioły (żeby upamiętnić sen Kinga) oraz drzewo oliwne (Oliver) w koronie (King).

Potężne, bogato dekorowane wieżyczkami zewnętrzne ściany to tylko preludium do wnętrza. Od podłóg do sufitu biegną kolumny, które na górze rozkładają się w delikatne ażurowe wachlarze podtrzymujące sklepienie. Przez ogromny witraż na wprost wejścia wpada kolorowe, migoczące światło. Czuję się, jakbym była pod wodą i oglądała od spodu wielkie liście nenufarów i przeświecające przez taflę promienie. Po 212 stopniach wspinam się na wieżę, by obejrzeć dzwony i mechanizmy starego zegara. Wychodzę również na dach i podziwiam panoramę beżowomiodowego miasta. Przewodnik pokazuje małe zadaszone pomieszczenie i prosi, żebym spojrzała przez dziurkę w podłodze. Nachylam się. Pode mną rozciąga się otchłań - wnętrze kościoła, a dokładnie miejsce tuż przed ołtarzem. Stoję na szczycie jednego z wachlarzy, grubości kilku centymetrów. Cofam się - nie wiem, ile kilogramów uniesie tak cienka warstwa skały zawieszona w próżni. Kiedyś podczas ślubów przez tę dziurkę patrzył dzwonnik. Kiedy zobaczył, że młoda para odwraca się od ołtarza, biegł na wieżę. Dokładnie w momencie, gdy nowożeńcy wychodzili na rynek Bath, rozlegało się donośne bicie dzwonów.

Basen z widokiem na miasto

Jako spa było popularne już dużo, dużo wcześniej niż w XVIII w. Tutaj pasł świnie legendarny król Bladud, którego pozbawiono królestwa i wygnano, gdy zachorował na trąd. Świnie też zaraziły się trądem, ale ponieważ kąpały się w gorącym błocie - wyzdrowiały. Bystry Bladud zauważył to, też zaczął się kąpać i wyzdrowiał. Wrócił, odzyskał tron, a nad błotami założył miasto później nazwane Bath. W początkach naszej ery, kiedy Rzymianie, podbijając świat, dotarli do Brytanii, odkryli w tym zimnym i deszczowym kraju gorące źródła z celtycką świątynką bogini Sulis. To niepozorne miejsce nazwali Aquae Sulis i przekształcili w spa. Od I do V w. przyjeżdżali tu po zdrowie obywatele z całego imperium. W centrum, nad gorącym źródłem, stała świątynia Minerwy. Otaczające ją łaźnie - caldarium, tepidarium, frigidarium - nie tylko leczyły nadwątlone zdrowie, ale czasem pomagały też wzmocnić zszarganą nerwami psychikę. W świętym źródle odkryto miedziane tabliczki, na których wierni dają upust złości, prosząc boginię o wymierzenie kary temu, "kto ukradł mi rękawiczki, niech straci rozum i oczy", "sześć srebrnych monet, niech zapłaci za to własną krwią".

Nad basenem unosi się gęsta para, woda jest zielona i mętna. W tym miejscu przesiadywały Rzymianki o wydatnych nosach, w pomarańczowych tunikach, zażywające kąpieli i rozprawiające o najlepszych barwiczkach do brwi. Można je spotkać i dzisiaj. Siedzą nad brzegiem basenu w kompleksie łaźni zamienionym na muzeum i opowiadają historie prosto z Itallicum, dopytując, gdzie leży Pollonicum. W miejscu rzymskich łaźni już nikt się nie kąpie. Choć kiedy odkryto je w 1800 r. (w centrum miasta tuż przy głównym placu, na którym stoi katedra), kąpano się w nich bardzo chętnie. Dopiero bakterie, które pojawiły się w 1978 r., spowodowały zamianę kompleksu w muzeum.

Nowe baseny otwarto w 2006 r., pobierając do nich wodę z głębiej położonych, a zatem czystszych źródeł, rozpoczynając trzeci - po rzymskim i georgiańskim - boom na Bath. Kryją się tam również jacuzzi, aromatyczne sauny, pokoje masażu gorącymi kamieniami i - najbardziej popularny - basen na dachu z widokiem na miasto. Błękitna woda odcina się wyraźnie od szarych dachów i beżowych ścian. Zza unoszącej się pary widać wieżę katedry. Dzień i noc, bo nowe łaźnie czynne są też wieczorem, kiedy miasto rozświetlają tysiące świateł.

***

Wyjeżdżałam z Bath oszołomiona intensywnością wrażeń. W pociągu do Bristolu przesuwały mi się w głowie kolejne obrazy: turkusowe wody basenu nad dachami miasta, zielony trawnik przed Royal Crescent, wachlarzowe łuki katedry. A język na próżno próbował odtworzyć smak gorzkawej wody z 43 minerałami, słodkich bułeczek, linguine z sercówkami, czosnkiem i chili. Z obrazów i smaków tworzę sobie własne Bath. Trochę jak Mary Shelley z różnych części tworzyła Frankensteina. Porównanie nie jest przypadkowe. To właśnie w Bath Shelley pracowała nad swoją książką. "Duma, uprzedzenie i zombi" nie wydaje się już tak absurdalne.

Warto wiedzieć

• Dojazd. Do Bristolu i Londynu lata Wizzair, Ryanair, LOT. Bath leży 160 km od Londynu, pociągi ze stacji Paddington odchodzą co pół godziny, bilet - od 9,5 funta w jedną stronę; z Bristolu pociągi co 20 min, 12 funtów. Do końca kwietnia 2011 przy zakupie biletów w First Great Western dostaniemy voucher na wejście dwóch osób w cenie jednego biletu do wielu miejsc w Bath, www.firstgreatwestern.co.uk

• Nocleg. Royal Crescent Hotel (najlepsza lokalizacja w Bath) - dwójka ze śniadaniem - od 195 funtów, www.royalcrescent.co.uk

• Jedzenie. Sally Lunn's - najstarszy budynek w mieście z 1482 r., wokół którego unosi się aromat świeżych bułeczek

• Informacja turystyczna. Abbey Chambers, na prawo od katedry, godz. 9.30-17, w niedzielę 10-16, tel. +44 844 847 5257

W sieci

www.visitbritain.com.pl