Włochy. Tyrol Południowy. Dolina Alta Badia

Szusowanie w Tyrolu Południowym można połączyć z degustacją win i poznawaniem nieznanych epizodów związanych z historią Polski.
Jadąc w połowie marca na narty do Tyrolu Południowego, uświadomiłem sobie, że tam właśnie podczas pierwszej wojny światowej zginął brat mojego dziadka. Walczył w mundurze austriackiego żołnierza. W owych czasach wchodząca w skład Galicji Małopolska i Tyrol (jeszcze niepodzielony między Austriaków i Włochów) należały bowiem do jednego państwa - monarchii habsburskiej. Myśl o przodku przemierzającym piękne góry z karabinem często będzie mi podczas tej eskapady towarzyszyć...

Inne Włochy

Tyrol Południowy reklamuje się dziś hasłem "Inne Włochy". I nie jest to tylko pusty slogan. Przybysz z Europy Środkowo-Wschodniej może czuć się zdezorientowany, gdy przy śniadaniu obsługa hotelu powita go radosnym "Morgen" zamiast "Buon giorno". Przestanie się dziwić, gdy uzmysłowi sobie, że mieszka tu głównie ludność niemieckojęzyczna, a tutejsze obyczaje są stawiane całemu światu za wzór poszanowania praw mniejszości narodowej.

Ale i włoski patriotyzm jest silny. Przekonaliśmy się o tym, zajrzawszy do górskiej chaty na Piz La Ila (2077 m n.p.m.), powyżej małej miejscowości La Villa w zachodniej części doliny Alta Badia. Mieści się tu modny wśród narciarzy Club Moritzino, który przyciąga gości, proponując przekąski z owoców morza i nocne tańce. W ową marcową noc natknęliśmy się na scenę jak z propagandowego filmu: didżej przerwał taneczną muzykę i zaintonował hymn państwowy "Bracia Włosi, Italia się budzi". Goście stanęli na baczność, trzymając dłoń na sercu. Okazało się, że akurat obchodzono Święto Zjednoczenia Włoch. Ale dość o polityce. W końcu przyjechaliśmy tu na narty!

Na Piz La Ila wybraliśmy się późnym wieczorem, tuż po przyjeździe z Polski, nie mogąc doczekać się górskich atrakcji. Po zmroku kolejka już tam nie kursuje, ale z chaty zjeżdża w dolinę ratrak, by zabrać chętnych na górę. Jego wnętrze przypomina furgonetki z czasów demokracji ludowej i mieści jakieś 20 osób. Podczas kilkunastominutowej jazdy trzęsie niemiłosiernie, ale to tylko sprzyja dobrej zabawie. W drodze powrotnej jest jeszcze weselej. Zjazd w dół po czarnej trasie sprawia, że ludzie zbliżają się do siebie. Dosłownie. Przy stosunkowo znacznej - jak na pojazd gąsienicowy - prędkości i dużym nachyleniu stoku pasażerowie siedzący z tyłu wehikułu wpadają na tych zajmujących przednie miejsca.

Dolina Alta Badia

Rankiem jedziemy tam kolejką gondolową, już z nartami. Piękna pogoda (słońce świeci tu średnio 300 dni w roku), widoki zapierające dech w piersiach i perspektywa kilkudziesięciu tras w rejonie doliny Alta Badia. Dominują niebieskie, ale nie brak też czerwonych i czarnych. Prowadzi do nich ponad 60 kolejek gondolowych, krzesełkowych, orczyków, a także... koński wyciąg. Połączone są z karuzelą narciarską Sellaronda, czyli 26-kilometrową okrężną trasą. Na wszystkie obowiązuje jeden karnet Dolomiti Superski (w sumie 1200 km tras w całych Dolomitach, jednodniowy dla dorosłych 42 euro, sześciodniowy 205).

Dwa lata temu pasmo to zostało wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Jest na tyle duże, że da się tu równocześnie chronić krajobraz i rozwijać infrastrukturę narciarską. Polacy mogą tylko pozazdrościć - taki kompromis od lat na próżno próbują wypracować ekolodzy i miłośnicy nart w znacznie mniejszych Tatrach. Cały dzień jeździmy od jednej górskiej chaty do drugiej, degustując wina (koszt uczestnictwa - 15 euro). Bowiem o tej porze roku w Alta Badia wybiera się najlepsze wina Tyrolu Południowego, urządzając ich prezentację właśnie przed górskimi chatami. Choć, jak twierdzą koneserzy, w temperaturze tylko nieco wyższej od zera (a tyle pokazują termometry w pogodny marcowy dzień na wysokości ponad 2000 m) nie da się wydobyć takich walorów wina jak w pokojowej, chętnych do degustacji nie brakuje. Oczywiście wszyscy zachowują umiar. Na stokach są przecież karabinierzy, którzy za stwarzanie niebezpiecznych sytuacji na stoku wlepiają wysokie mandaty, a jeśli ulegniemy wypadkowi, będąc pod wpływem alkoholu, firma ubezpieczeniowa odmówi wypłaty odszkodowania.

Obiad jemy w chacie Bioch (2079 m n.p.m.). Menu bogate - od kuchni śródziemnomorskiej po austriacką, od ravioli po kotlety w ziołowej panierce (dobry obiad - 15-20 euro). Potem pokonujemy kilka dość łatwych tras, powoli wracając w stronę La Villa. Na ostatnim odcinku mamy do wyboru dwie równoległe - czerwoną i czarną. Czarna to znana z zawodów Pucharu Świata Gran Risa; wybieramy jednak czerwoną, bo jest dłuższa.

Koński wyciąg

Nazajutrz chcemy być w górach przed innymi narciarzami. O 7 rano jedziemy więc busem do sąsiedniej wioski Corvara. Stąd, zanim ruszą wyciągi, można dotrzeć ratrakiem do chaty Colt Alt (2000 m n.p.m.). Tu szybkie śniadanie i już szusujemy po nietkniętych trasach. Postanawiamy przejechać przez góry z zachodu na wschód niebieskimi szlakami, do miejscowości Armentalora. Stąd busem - po serpentynach - na przełęcz Falzarego, 2105 m n.p.m. Dalej dużą kolejką (podobna do tej na Kasprowy, choć starszego typu) na szczyt Lagazuoi, 2778 m n.p.m., ze wspaniałą panoramą Dolomitów.

To w tym rejonie podczas pierwszej wojny światowej wojska włoskie i austriackie toczyły zaciekłe walki. Do armii austriackiej na front alpejski werbowano m.in. Polaków z Galicji, z górskich okolic. Austriacy, gospodarujący tu od pięciu wieków, za wszelką cenę nie chcieli oddać tych ziem Włochom. Wtedy to w masywie Lagazuoi powstało wiele jaskiń wykutych przez żołnierzy (spędzali w nich długie zimowe miesiące) oraz ponadkilometrowy tunel o przewyższeniu 350 m. Przez pół roku drążyli go włoscy żołnierze, gdy Austriacy obsadzili górę wojskową załogą. Przetransportowali nim pod sam szczyt 33 tony dynamitu i wysadzili austriackie umocnienia, a przy okazji fragment masywu. Ilustracje w wagonach kolejki na Lagazuoi pokazują, jakie zmiany zaszły po tej akcji w górskiej panoramie.

Zjeżdżamy ponadsiedmiokilometrową trasą o różnicy wzniesień 1130 m. Szusujemy tuż obok skalistych zboczy Lagazuoi, podziwiając piękne widoki. Będąc już w dolinie, by dostać się do pierwszego wyciągu, trzeba pokonać kilkukilometrowy płaski odcinek. Oczywiście możemy udawać, że mamy kondycję Justyny Kowalczyk (która zresztą chętnie trenuje w tej okolicy) i próbować pokonać dystans krokiem łyżwowym, odpychając się kijkami. Ale wiemy, że porywając się na taki wyczyn na nartach zjazdowych, będziemy bliscy zawału. Na szczęście na ratunek przychodzą mieszkańcy, którzy zorganizowali koński wyciąg i zachwalają go jako najbardziej ekologiczny w całych Alpach. Za 2 euro (karnet Dolomiti Superski nie jest honorowany) można się chwycić liny przymocowanej do końskiej uprzęży i bez wysiłku dotrzeć do najbliższego orczyka.

O godz. 13 jesteśmy nieco zmęczeni i głodni, w końcu jeździmy już od 7 rano. Ratuje nas chata Tabla (2040 m n.p.m.), która w sezonie narciarskim gości szefów kuchni z południowotyrolskich restauracji oznaczonych gwiazdkami przewodnika Michelin. Przyrządzają oni dania z lokalnych produktów. Skosztowawszy czegoś pośredniego pomiędzy racuchami a pierogami, steków oraz placka owocowego na deser, kierujemy się w stronę miejscowości La Villa. Po drodze znów przystanek przy Clubie Moritzino. Tym razem zabawa trwa na zewnątrz, kto ma siłę, tańczy w butach narciarskich. Ale są i tacy, którzy specjalnie przyjechali tu gondolą na imprezę, bez nart. Ostatni odcinek do La Villa pokonujemy dziś czarną pucharową trasą Gran Risa. Krótsza od czerwonej, jest też węższa, bardziej stroma i szybsza. No i niemal pusta.

Kuchnia ladyńska

Wieczorem chcemy skosztować dań kuchni ladyńskiej. Ladynowie (jedna z grup etnicznych zaliczana do Retoromanów) używają wywodzącego się z łaciny języka, który wprowadzili tu starożytni Rzymianie. Gdy Germanie tworzyli w górach własne osady, język ladyński zdołał przetrwać w mało dostępnych dolinach, których biedni mieszkańcy rzadko komunikowali się ze światem. Ich kuchnia też jest prosta. I taką serwuje rodzinna karczma Maso Runch w miejscowości Badia. Na ścianach święte obrazy, a na stole krupnik z wędzonką, golonka, żeberka, kapusta, pierogi. Przypomniały mi się obiady z dzieciństwa u mojej babci w Nowym Targu. To jej szwagier zginął w Dolomitach. Takie jedzenie musiało mu smakować...

Najtańsze noclegi w rejonie Alta Badia - od 20 euro, w luksusowych apartamentach w stylu tyrolskim - doba 200 euro z pełnym wyżywieniem

www.suedtirol.info