Mauritius. Wakacje na wyspie

W grudniu na rajskiej wyspie Mauritius rozpoczęło się lato, które potrwa do czerwca. Malownicze widoki i niezapomniane wrażenia to gwarancja pobytu na Mauritiusie.
Mauritius, stosunkowo nieduża wyspa na Oceanie Indyjskim (przeciwległe krańce leżą w odległości ok. 40 i 60 km), od 40 lat jest republiką. Kręgosłupem komunikacyjnym jest jedna autostrada łącząca lotnisko (południowy wschód) ze stolicą Port Louis (południowy zachód) i resortami nad zatoką Grand Baie. Jadąc tą trasą, przybywający na wyspę widzą przemysłowe krajobrazy i zasłaniające wszystko pola trzciny cukrowej. Przeglądając mapę, wybieram kierunek przeciwny i drogę wzdłuż wschodniego wybrzeża - wije się, zahaczając o miasteczko Mahébourg i zatokę Grand Port, które były początkiem cywilizacji na wsypie przed prawie czterema wiekami. Tu wylądowali pierwsi holenderscy osadnicy i powstały pierwsze forty. Tu także przybysze zobaczyli wielkie, nielotne ptaki dodo.

W królestwie dodo

Moim pierwszym przystankiem jest bulwar w Mahébourgu. Patrzę na wody zatoki, rybaków i dzieci łapiące kraby. W oddali Ile aux Aigrettes - rezerwat, w którym żyją tylko rodzime gatunki fauny i flory, m.in. gołąb różowy, pustułka maskareńska, aleksandretta krótkosterna. Prawdopodobnie na tej wysepce wyginęli ostatni przedstawiciele wielkiego ptaka dodo, gatunku endemicznego, który żył tylko na Mauritiusie. W oddaleniu od reszty świata, nie mając żadnych wrogów, ten daleki krewniak gołębia rozrósł się, obrósł tłuszczem i stracił zdolność latania. Ufny i ślamazarny, szybko padł łupem przybijających na wyspę marynarzy, a szczury, psy i małpy, które sprowadzili ze sobą ludzie, zniszczyły jego jaja i gniazda. Ostatniego ptaka dodo widziano na wyspie pod koniec XVII w. Być może kiedyś uda się naukowcom odtworzyć z odnalezionego materiału genetycznego ten wymarły gatunek. Dziś dodo jest symbolem wyspy, obecnym na koszulkach i pamiątkach, i w popularnym powiedzeniu: "Martwy jak dodo". Jadąc wzdłuż wybrzeża na północ, mijam kobiety z koszami sprawunków na głowach i Riviere des Creoles. Kreolki na kamiennych głazach nad rzeką - jak dawniej - robią pranie. Wszystko spowija bujna zieleń i kolorowe pnącza. Turkusowa laguna, która otwiera się przede mną, to miejsce bitwy pod Grand Port, która rozegrała się na tych wodach w 1810 r. między wojskami Napoleona i Brytyjczykami, zakończona jedynym zwycięstwem floty francuskiej nad potęgą mórz i oceanów Wielką Brytanią (uwieczniono ją na Łuku Triumfalnym w Paryżu). Kilka miesięcy później Francuzi przytłoczeni brytyjską potęgą przekazali im panowanie nad wyspą.

Po prawej lazurowa zatoka z małymi wysepkami i rybakami w łodziach z kolorowymi żaglami. Po lewej - piękne widoki na Mont Lion, przypominającą leżącego lwa (a może sfinksa?). Trasa biegnie przez kreolskie wioski. W palmowych gajach kryją się bungalowy ekskluzywnych hoteli, gdzie wypoczywają gwiazdy, m.in. Catherine Deneuve czy Jean Reno. Docieram do plaży na przylądku Lafayette. Osłonięta tufowym pirsem, oferuje piaszczystą zatoczkę z widokiem na wyspę i postrzępione szczyty gór w tle. Na plaży jedynie rybak z wędką. Ściągam buty i biegnę po gorącym piasku do wody. To wyjątkowe uczucie - zanurzyć stopy w ciepłym, błękitnym oceanie po 24 godzinach podróży z Europy.

Malenga i Le Pouce

Przez malownicze wioski, pola trzciny cukrowej i ananasów jadę do osady Malenga, skąd już blisko do gór ze szczytem Pietera Botha (823 m). Wielki głaz na jego czubku przypomina postać mężczyzny w pelerynie (nazwałam go Wieszczem, bo skojarzył się z Mickiewiczem). Nazwa szczytu upamiętnia holenderskiego admirała, którego okręt rozbił się u wybrzeży Mauritiusa w 1611 r. W Malenga żegnam się z Pieterem Bothem, ale nie na długo. Polną drogą przez pola trzciny cukrowej zbliżam się do wejścia na szczyt Le Pouce (Kciuk). Mierząca 811 m góra jest jednym z najwyższych punktów wyspy. Widać ją doskonale z Port Louis, który leży pod masywem z drugiej strony. Podchodzę od południa, początkowo przez pola trzcinowe, potem stromą, kamienistą ścieżką przez las. Jest parno i duszno. Dopiero na grani oddycham świeżym powietrzem, upajam się przestrzenią i wiatrem. W skalnej grocie przy drodze trafiam na kapliczkę pomalowaną błękitną farbą olejną. Stoją tu ogarki świec i trociczki, służy więc chyba hindusom i chrześcijanom. Osłonięte od wiatru tereny porastają zagajniki agawy i guawy truskawkowej sprowadzonej kiedyś z Azji - wysysam orzeźwiający sok z pestek jej małych, czerwonawych owoców. Przez polanę białych, intensywnie pachnących kwiatów dochodzę na półkę pod szczytem, skąd patrzę na wyspę. Centralny płaskowyż przecina szachownica zielonych pól trzciny cukrowej i białe kropki wiosek. Otacza ją porozrywany wieniec sterczących, nagich na czubkach skał. Całość wygląda, jakby gigantyczna kaldera dawnego wulkanu - Mauritius wyłonił się z dna oceanu przed milionami lat.

Zostało mi ostatnie, ostre podejście na szczyt. Chwilami idę na czworakach, czepiając się skał i gałęzi. Płoszę uciekające z piskiem makaki. Wreszcie docieram na wąski czubek, przysiadam na kamieniach, tuląc się do góry. Wieje wiatr. Obróciwszy się, widzę prawie całą zieloną wyspę, okoloną błękitną wodą i masyw z górą Petera Botha. Stąd wygląda inaczej - strome granie pokryte soczystą zielenią dżungli odcinają się od rdzawej ziemi uprawnej, jasnej zieleni trzciny i błękitu oceanu. To samo widział Karol Darwin, który dopłynął na Mauritius na okręcie "Beagle" w 1836 r. Patrzę na wyspę tego samego dnia co on, ale ponad 200 lat później.

Wodospad Rochester Falls

Na południu chcę zobaczyć mały wodospad Rochester Falls. Jadąc tam, zatrzymuję się na plantacjach herbaty w okolicach Bois Cheri. Karłowate herbaciane krzaczki mają po ćwierć wieku. Kobiety ręcznie zrywają listki, z których robi się słynną tutejszą herbatę o waniliowym aromacie. Droga do wodospadu prowadzi dalej obok kolorowej tamilskiej świątyni, potem przez pola trzciny i chaszcze. Idąc za szumem wody, natrafiam na rzekę Savanne z kamiennym korytem. Strumień rozszerza się i nagle skalna półka urywa się, a woda spada z hukiem w dół. Wodospad ma ok. 10-12 m, składa się z pionowych, czarno-szarych słupów zastygłej lawy. W dole woda piętrzy się w małym, leśnym jeziorku, z którego wypływa rzeczka. Nad głową skrzeczą wikłacze - nad wodą wisi cała kolonia okrągłych gniazd utkanych z trawy. Schodzę do jeziorka i trzymając się liny przerzuconej nad strumieniem, bezpiecznie przechodzę przez rzeczkę. Woda pod wodospadem kotłuje się i pieni. Kiedy się zanurzam, ciało przenika dreszcz - jest strasznie zimna. Podpływam pod sam wodospad. W zimnej mgle z rozpryskującej się wody czuję się jak w orzeźwiającej saunie.

Port Louis

Nie da się uniknąć wizyty w stolicy, tym bardziej że prawie zawsze jest po drodze. Port Louis (ok. 100 tys. mieszkańców) otulone jest górami i otwarte na morze z naturalnym portem. Nowe nabrzeże niedawno zastąpiło stare, z którego pozostały tylko XIX-wieczne hale imigracyjne - pierwszy przystanek tysięcy hinduskich robotników w drodze do pracy na plantacjach trzciny. Nowy Waterfront Le Caudan jest trochę w stylu disnejowskim, pełen sklepów, knajpek i kasyn. Mieści się tu muzeum słynnego znaczka Blue Penny, zwanego "Błękitnym Mauritiusem". Maleńki, błękitny portret królowej Wiktorii (nominał - 2 pensy) wydany w 1847 r. jest wyjątkowo cenny, gdyż wydrukowano go z... błędem. Zamiast stosowanego napisu: "Post paid" drukarz umieścił napis: "Post office". Do dziś pozostało tylko kilka znaczków tej serii. Od dziesięciu lat cenny egzemplarz jest w posiadaniu wyspiarzy - prywatni przedsiębiorcy z Mauritiusa kupili go za 2 mln dol. W Blue Penny Museum zbudowanym specjalnie dla niego można go oglądać przez kilka minut raz na godzinę (20 min po pełnej godzinie, poniedziałek-sobota, godz.10-17, bilet 150 rupii, ulgowy - 80).

W porcie kutry, barki, wojskowe korwety. Kiedyś cumowały tu różne, nawet korsarskie floty. Tu zarejestrował swój okręt "Moja Polska" kapitan Adam Mierosławski, brat znanego generała Ludwika. Z portu Louis dzielny kapitan wyruszył w podróż do Australii, podczas której odszedł na wieczną wachtę. Stolica Mauritiusa przeżywała czasy dobrobytu i świetności do momentu otwarcia Kanału Sueskiego. Warto zapuścić się w uliczki, gdzie wśród wieżowców zobaczymy przykłady architektury kolonialnej. Należy do nich Municipal Theatre (teatr miejski) z 1822 r. uważany za najstarszy teatr w basenie Oceanu Indyjskiego. Stoi do dziś, niewiele zmieniony, niedaleko budynków rządu i parlamentu. Brak jedynie kilku rzeźb nad portalem, które strącił niszczycielski cyklon. Negocjuję z portierem i wchodzę do środka. Kryształowe żyrandole, staroświeckie krzesła, skrzypiąca podłoga, kolorowe malowidła na suficie i galeriach budzą wzruszenie. Zdaje mi się, że w lożach zasiądą za chwilę damy w krynolinach, a ciszę będzie przerywać jedynie szum ich szylkretowych wachlarzy...

Podobną wycieczkę w przeszłość można odbyć w niedalekim Natural History Museum na Chanssée Street. Największą atrakcją jest odnowiona sala z wystawą przedstawiającą historię wymarłego ptaka dodo. W pozostałych salach można zastać np. śpiącego strażnika, zakurzone gabloty z wysuszonymi na wiór okazami wielkich ryb, rekinów i gigantycznych muszli (codziennie oprócz środy, godz. 9-17, wstęp wolny).

Rajskie plaże

Jedne z najpiękniejszych plaż znajdują się na cyplu pod górą Le Morne (Cmentarna) na południowo-zachodnim krańcu wyspy. Mierząca ponad 500 m n.p.m. skała wyrasta tuż nad brzegiem morza. Nazwę otrzymała po ponurym, legendarnym wydarzeniu z 1836 r. Kilkudziesięciu moronów - czarnoskórych uciekinierów z plantacji, ukrywających się w górach Chamarel - schroniło się na jej szczycie przed brytyjskimi żołnierzami, którzy przemierzali wyspę z wieścią o zniesieniu niewolnictwa. Przerażeni uciekinierzy, widząc nadchodzące wojsko woleli skoczyć ze skały do morza, niż powrócić do niewolniczej pracy. Dziś góra jest prywatną własnością, a u jej stóp wybudowano kilka ekskluzywnych hoteli. Pomiędzy nimi znajduje się publiczna plaża z białego koralowego piasku, okolona gajem filaosów (casuarina) - iglastych drzewek z Jawy. Jadąc tam, zatrzymuję się w wiosce La Goulette. W budce przy drodze kupuję napoje, owoce i świeże hinduskie pierożki. Leżąc na piasku, zajadam egzotyczne samosy, patrzę na lazurowe fale rozbijające się u moich stóp. Za mną czarne ściany wielkiej góry spowite zielonymi pnączami z gniazdami krzyczących wielkich morskich ptaków. Złota kula słońca powoli powiększa się, czerwienieje i zanurza w oceanie.

Przelot na Mauritius z Polski przez Europę Zachodnią liniami Air Mauritius, Air France, British Airways, Dubai Emirates - bilet powrotny - ok. 3500 zł.

Nocleg - trzygwiazdkowy hotel - ok. 70 euro, kwatery prywatne (bez wyżywienia) - ok. 25 euro od osoby.

Wycieczki fakultatywne organizowane przez touroperatorów - 40-50 euro/osoba. Wynajęcie taksówki na pół lub cały dzień - 40 i 70 euro - licencjonowani kierowcy stoją przed hotelami, doskonale znają trasy, knajpki, sklepy, cenę za kurs należy ustalić przed wyjazdem.