Austria. Narty w Heiligenblut

Duża różnica wzniesień sprawia, że trasy są długie i można się naprawdę najeździć.
Pierwsze mistrzostwa Polski w jeździe poza trasami odbyły się w Austrii. W Polsce dałoby się je urządzić tylko w Tatrach, ale Tatry to park narodowy, więc niechętnie patrzy się tam na narciarzy poza wytyczonymi nartostradami. Ponad sto zawodniczek i zawodników przybyło więc 12 marca do Heiligenblut, miasteczka w cieniu najwyższej góry Austrii Grossglocknera (3798 m).

***

Paradoksalnie, meta zawodów znajdowała się nie obok dolnej, lecz górnej stacji wyciągu, na wysokości 2420 m. Zawodnicy, dla których Austriacy wcześniej uruchomili wyciągi, musieli ruszyć w góry z samego rana, a od górnej stacji orczyka wspinać się dalej na piechotę. Trochę się bałem, ale poszedłem ich śladem. Wygląda to tak: najpierw przypinasz narty do plecaka (to zawodnicy - ja, pozbawiony plecaka, wziąłem je na plecy) i idziesz. A ściślej - brniesz, zapadając się przy każdym kroku po kolana w śnieg. Jest stromo, wieje jak diabli i już po kwadransie masz dość, a nie uszedłeś nawet pięciuset metrów. Czy to sprawa wysokości, czy braku kondycji, trudno powiedzieć, ale oddycha się dużo ciężej niż zwykle. Razem ze mną idzie jeszcze jeden amator oraz opiekunka naszej grupy, która miała startować w zawodach. Ale gdy wychodzimy na przełęcz, wieje tak, że ledwo można ustać, a narty zachowują się jak żagiel. Jednomyślnie decydujemy: odwrót. Zwłaszcza że dalej było jeszcze bardziej stromo, na miejsce startu wiodła wąska grań. Widzieliśmy, jak męczyli się na niej dwaj zawodnicy, którzy nas wyprzedzili na początku podejścia.

Tak więc zjechaliśmy z powrotem te kilkaset metrów. Nie było łatwo. Narty zapadały się w śnieg, o płynnych skrętach nie było mowy, na krótkim odcinku parę razy byłem bliski upadku. Ale gdy zjechałem, czułem dumę, choć była to tylko namiastka freeride'u.

Z szacunkiem oglądałem więc popisy zawodników. Z dołu, z bezpiecznej odległości, to, co robili, nie wydawało się takie trudne: skręt, jazda na wprost, skok ze skały, skręt i już meta... Cały zjazd trwał około minuty. - Chodzi o to, żeby wytyczyć sobie najbardziej hardcore'ową linię i jak najładniej zjechać, trzymając się tej linii - tłumaczył startujący wśród snowboardzistów Bartosz Obuchowicz.

Zawodników oceniali sędziowie, biorąc pod uwagę trudność wybranej linii, kontrolę, płynność przejazdu, skoki oraz upadki. Mistrzostwa miały jednak pecha do pogody - wiatr przypędził chmury, które uniemożliwiły obserwację zawodów. Nagrody więc rozlosowano.

***

Zawody odbyły się w sobotę, wcześniej mieliśmy jeden dzień na poznanie ośrodka. Nazwa Heiligenblut - święta krew - wzięła się stąd, że w tutejszym kościele przechowuje się kroplę krwi Chrystusa, według legendy przywiezionej tu w 914 r. przez duńskiego księcia z Konstantynopola. Książę zginął przysypany lawiną, a jego ciało i relikwię odnaleziono, gdy w cudowny sposób spod śniegu wychynęły trzy kłosy pszenicy.

Dziś Heiligenblut to liczące niewiele ponad tysiąc mieszkańców, żyjące z turystyki miasteczko w Karyntii. Pięknym strzelistym kościołem i pocztówkowym widokiem na Alpy przypomina wiele innych austriackich kurortów, jest tu jednak trochę bardziej kameralnie. W ciągu jednego dnia można poznać wszystkie trasy, które łącznie liczą 55 kilometrów. Przeważają czerwone - średnio trudne. Duża różnica wzniesień - Heiligenblut leży na 1301 m, a wjechać można aż na 2902 m - sprawia, że trasy są długie i można się naprawdę najeździć.

Z miasteczka gondolą wjeżdża się na stację pośrednią (1752 m). Stąd można przebić się kolejką przez zbocze góry na drugą stronę ośrodka, a stamtąd krzesłami i orczykiem aż do 2902 m lub dalej gondolą na szczyt Schareck (2604 m). Z Schareck - albo powrót do pośredniej stacji, albo zjazd czerwoną lub czarną trasą na Fallbichl (2200 m). Stąd ośmioosobową gondolą można wrócić na Schareck lub wjechać jeszcze krótkim orczykiem.

Wielu narciarzy i snowboardzistów przyciąga tu jednak przede wszystkim możliwość jazdy poza trasami. Stosownych terenów nie brakuje, wystarczy odbić kawałek od trasy, by szusować w głębokim śniegu. Są tu mniejsze i większe naturalne skocznie, ciekawe trawersy, można znaleźć łatwiejsze (co nie znaczy, że łatwe) i trudniejsze warianty.

Przed przyjazdem mądrze jest zaopatrzyć się w detektor lawinowy - niewielkie urządzenie, dzięki któremu można cię zlokalizować, gdyby, odpukać, pochłonęła cię lawina. Warto też porozmawiać z Austriakami, którzy pokażą najlepsze miejsca do jazdy poza trasą. Sześciodniowy karnet w tym kończącym się już sezonie kosztował 164 euro (w szczycie sezonu - 178,50).

W sieci

www.heiligenblut.at