Z pasją o podróżach, wycieczkach i wyjazdach

Indie. Błękitne Wzgórza w Tamil Nadu

  • Pin It
Maika Kosińska
21.03.2011 , aktualizacja: 21.03.2011 12:50
A A A Drukuj
Świątynia w Muthunad Fot. Maika Kosińska Świątynia w Muthunad
Sprzed świątyni rozciągał się cudowny widok na wzgórze, tarasowate, płowe łąki i rdzawe poletka
Mleczarnia koło ogrodu botanicznego w Ooty
Fot. Maika Kosińska
Mleczarnia koło ogrodu botanicznego w Ooty
Todowie z wioski Muthunad. Kobieta ma na sobie haftowany szal putkuli
Fot. Maika Kosińska
Todowie z wioski Muthunad. Kobieta ma na sobie haftowany szal putkuli
ZOBACZ TAKŻE
Pasmo górskie Nilgiri Hills - Błękitne Wzgórza - leży w stanie Tamil Nadu (region Nilgiris), a częściowo także w Karnataka. Wysokość gór przekracza 2000 m n.p.m., najwyższy szczyt Doddabetta ma 2632 m. Głównym miastem jest Ooty (Ootacamund, Udhagamandalam), leżące na wysokości blisko 2300 m. i liczące ok. 94 tys. mieszkańców.

Droga przez dżunglę

Świtało. Mleczne opary podnosiły się znad mokradeł. Dżungla zdawała się spać. Dopiero stadko biało cętkowanych jeleni aksis (Axis axis), inaczej czytali, spokojnie pasących się wśród mgieł nad brzegiem rozlewiska sprawiło, że ocknęłam się na dobre. Byłyśmy w Nilgiris. Nawet nie zauważyłam, kiedy przekroczyłyśmy granicę stanu Tamil Nadu.

Podróżowałyśmy już drugą dobę. Dwa dni wcześniej wyruszyłyśmy z Hampi zaopatrzone w bilety załatwione przez agencję turystyczną. W Indiach kupno biletu nie jest sprawą łatwą. W przeddzień trzeba złożyć w kasie na dworcu odpowiednio wypełniony formularz, nazajutrz sprawdzić w dworcowej gablocie, czy figurujemy na liście pasażerów, a przed odjazdem - znaleźć się na innej liście nalepionej przy wejściu do odpowiedniego wagonu i zająć wyznaczone. Chcąc uniknąć tych komplikacji, a także dlatego, że z Hampi do najbliższego dworca w Hospet było kilkanaście kilometrów, kupiłyśmy bilety za pośrednictwem agencji. Cena - ponad 3000 rupii - wydała nam się podejrzanie wysoka. Uspokojono nas, że będziemy jechać w komfortowych warunkach: w wagonie sypialnym najwyższej klasy ok. 460 km do Bengaluru, a stamtąd ponad 300 km do Ooty w "sleeper busie" z klimatyzacją i napojami.

I oto już dziesięć godzin tłuczemy się rozklekotanym autobusem. Nie było klimatyzacji, luków bagażowych (plecaki pod nogami) ani miejsc do spania, mój fotel lotniczy się nie rozkładał. W nocy, przed wjazdem do stanu Tamil Nadu, kierowca zatrzymał się na kilka godzin, aby się zdrzemnąć. Szybko jednak zapomniałam o złości na nieuczciwą urzędniczkę z agencji, bo za oknem działy się rzeczy ciekawe. Bardzo wysoko na nagim drzewie spostrzegłam śpiącego pawia, przez drogę przebiegł czytal. Gdy rozjaśniło się na dobre, w kępie krzaków zauważyłam słonia, potem następnego i jeszcze jednego. Jechaliśmy skrajem rezerwatu Mudumalai, przez fragment dżungli (321 km kw.) chroniony od XVIII w., który parkiem narodowym został dopiero w 1940 r., a teraz czeka na wpisanie na Światową Listę Dziedzictwa UNESCO. Nic dziwnego, żyje tu 13 proc. wszystkich gatunków ssaków występujących w Indiach.

Część dżungli, przez którą biegła droga, porastał las tropikalny. Drzewa nie miały jeszcze liści - marzec to pora sucha. Ich zielone kępy ciągnęły się tylko wzdłuż niezbyt szerokiej rzeki, płynącej równolegle do drogi. W dżungli pojawiało się czasem jasnoszare drzewo, w hindi nazywane semal (Bombax ceib , serdecznik wełnisty), obsypane dużymi czerwonymi kwiatami. Z jego nasion wydobywa się kapok (rodzaj bawełny), a w Chinach z kwiatów sporządza się herbatę ziołową. Kwitły także wiotkie drzewka z luźnymi gronami intensywnie żółtych kwiatów podobne do naszego złotokapu.

Ooty

Po trzynastu godzinach dotarłyśmy wreszcie do Ooty. Hotel Mountview, ponadstuletni bungalow w stylu kolonialnym, stał na wysokim wzgórzu, z którego roztaczał się piękny widok na część miasta na przeciwległym stoku i stację zabytkowej kolejki pod patronatem UNESCO. Któregoś dnia pojechałyśmy nią do oddalonego ok. 30 km Coonoor. Niestety, nie było biletów, więc udałyśmy się tam autobusem. Powrót kolejką był ekscytującym przeżyciem. Lokomotywa pchała kilka kolorowych wagonów. Na mostku pierwszego z nich stał człowiek z zieloną i czerwoną chorągiewką, którymi pokazywał maszyniście kierunek kolejnego zakrętu. Skóra cierpła, gdy przejeżdżałyśmy nad rwącymi potokami po wysokich mostach w remoncie. Czasem tuż przed pociągiem powoli przechodziło stado krów.

Ooty to kurort, w którym wypoczywali niegdyś brytyjscy urzędnicy rezydujący w Maysur, bo klimat tu znacznie chłodniejszy niż w innych rejonach Indii. Doświadczyłam tego na własnej skórze. W Hampi często bywało ponad 40 stopni C w dzień, a i nocą bez klimatyzacji trudno było wytrzymać. W Ooty do spania wkładałam oprócz piżamy skarpetki, polar, a na głowę chustkę. Przyjechałam tu w konkretnych zamiarach. Niestety, nie dotarłam do wsi Karikkiyur, gdzie w 2005 r. odkryto największą w Indiach Południowych ścianę z petroglifami sprzed 4 tys. lat. Według internetu znajduje się ona ok. 40 km od Kotagiri. Ale nikt nie wiedział, jak tam dojechać, ani pracownicy agencji turystycznej w Ooty, ani Toda Lady, przedstawicielka ludu Toda, do której skierował mnie po informacje szef agencji.

Z wizytą u Todów.

Drugim celem mojej podróży było plemię pasterzy bawołów - Toda, niewielka grupa etniczna zamieszkująca małe wioski (mund) wokół Ooty. W 1988 r. było ich ponad 1100 w 64 wioskach, a po opanowaniu malarii i chorób wenerycznych liczba ta wzrosła do 3 tys. Stałyśmy w kolejce dla kobiet po bilety do ogrodu botanicznego w Ooty (mężczyźni stoją oddzielnie, często odgrodzeni barierką). Zaraz przy wejściu był sklepik z rękodziełem Todów, w budynku przypominającym połowę beczki. Kiedyś mieszkano w takich chatach. Dwie półokrągłe ściany szczytowe z ciosanego kamienia nakrywano beczkowatą strzechą z trawy cytrynowej przymocowaną do wygiętych w pałąk bambusowych żerdzi. W sklepiku były haftowane szale (putkuli, puthukuli), serwety, torebki, serdaki w biało-czerwono-czarnej kolorystyce. Putkuli, z których słyną Todowie, są częścią kobiecego i męskiego odświętnego stroju. To zakończony frędzlami prostokąt (ok. 90 x 200 cm) białego bawełnianego płótna o dość grubym splocie. Szal ma na końcach po kilka czarnych i czerwonych tkanych pasów, czarne i czerwone geometryczne wzory są haftowane wełną płaskim tkackim ściegiem.

Któregoś dnia widziałam na dworcu trzech młodych, bosych mężczyzn z długimi pasterskimi kijami w dłoniach czekających na autobus. Prócz podwiniętych do kolan doti mieli na sobie właśnie putkuli. Powyżej ogrodu botanicznego, w miejscu, gdzie kiedyś była wioska Todów, jest dziś tylko święta mleczarnia w kształcie beczki na okrągłym placyku otoczonym kamiennym murkiem. Stary Toda, którego tam spotkałyśmy, opowiadał, że przechowuje się w niej mleko. Wstęp mają tylko mężczyźni - do środka wchodzą na czworaka, bo drzwiczki są maleńkie. Nad wejściem był schematyczny rysunek bawołu, nad nim księżyc, który czczą Todowie. Do strzechy przymocowano trzy białokropkowane totemy (jeden przypominał rogaty łeb bawołu). Starzec pokazał nam otwór w tylnej ścianie mleczarni - wejście dla węża, któremu pozostawiano trochę mleka (a więc nie tylko Żmudzini mieli święte węże, które tak dokarmiali!).

W pobliżu mleczarni stało kilka współczesnych domków. Beczkowate chaty zanikają, a te, które pozostały, służą jako pomieszczenia gospodarcze.

Pytałam też o stożkowate świątynie Todów. Kiedyś było ich więcej, pozostały tylko trzy - jedna z nich znajduje się w górskiej wiosce Muthunad, 12 km od Ooty. Toda Lady zaproponowała, że przyśle do hotelu znajomego, który za 250 rupii zawiezie nas tam dżipem, a potem odstawi z powrotem...

W Muthunad mund

Rano, punktualnie co do minuty, przyjechał ciemnoskóry Tamil, który prócz angielskiego znał kilka lokalnych narzeczy. Jechało się doskonale, miałyśmy też krótką porównawczą lekcję języków hindi, malajalam i tamilskiego. W Thalakundha skręciliśmy w lewo w boczną drogę, a wkrótce w prawo, pod górę. Kierowca zwrócił naszą uwagę na wielki billboard stojący na skrzyżowaniu, z kilkoma postaciami owiniętymi w putkuli i napisami w dziwnym alfabecie - było to ogłoszenie o weselu w jednej z wiosek. Widniała na nim... dzisiejsza data. W Muthunad mund, gdzie dotarliśmy chwilę potem, przywitała nas cisza - prawie wszyscy mieszkańcy wybrali się na uroczystości. W domostwie obok mleczarni krzątał się młody człowiek w haftowanym serdaku i kobieta w putkuli, który oprócz czarnych i czerwonych pasów miał też elementy szafirowe.

Kilkunastoletni chłopak w białym doti zaprowadził nas do świątyni w kształcie stożka. Podobnie jak święta mleczarnia stała na okrągłym, zagłębionym w ziemi placyku, obmurowanym kamieniami. Metrowej wysokości ściany tworzyły regularny krąg nakryty wysokim kołpakiem z trawy, wielokrotnie opasany powrozami. Całość miała 6-7 m wysokości. I tu otwór wejściowy był bardzo mały. Na łące przed świątynią pasło się bawole cielę, płowe, kosmate, z wielkimi uszami. Chłopak zszedł po schodkach na okrągły placyk i głęboko się pokłonił, dotykając głową progu świątyni.

Rozciągał się stąd cudowny widok na sąsiednie wzgórze, tarasowate płowe łąki i rdzawe poletka. W dali - kępy błękitniejącej zieleni lasów sholas (unikalne formacje niskich drzew, w Nilgiri Hills rośnie osiem gatunków roślin endemicznych) tworzyły tło dla pastwisk, na których pasły się jasne bawoły. Ścieżką szła grupka kobiet w kolorowych sari, jedna niosła na głowie dwie wielkie misy, szafirową i czerwoną. Dzieciom, które nagle się pojawiły rozdałam zabawki, a kobiecie w szalu ofiarowałam szydełkową serwetkę przywiezioną z Polski. Mało prawdopodobne, abym tu kiedyś wróciła. Nazajutrz czekała nas dalsza podróż na południe Indii. Być tak blisko i tak mało zobaczyć - gorzkie stwierdzenie dla globtrotera.

Ceny w Ooty

100 rupii - ok. 7 zł; dwójka ze śniadaniem - 650 rupii/doba, obiad w hotelu - 65, taksówka z Ooty na dworzec autobusowy w Coinbatore (ok. 80 km) -1500; bilet do ogrodu botanicznego - 20+30 fotografowanie; przejazd zabytkową kolejką Ooty-Coonoor - 76, w przedsprzedaży - 40

Todowie

Przybyli w te strony przed naszą erą, wywodzą się od ciemnoskórej ludności drawidyjskiej. Są ludem pasterskim, ale osiadłym. Żyjąc w odosobnieniu na zboczach wysokich gór w klimacie monsunowym umiarkowanym, różnią się znacznie, także fizycznie, od pozostałych plemion (Badanga, Irula, Kota, Kurumba) regionu. Są grupą odrębną językowo i religijnie.

Pasą bawoły na trawiastych zboczach Nilgiri, żywiąc się ich mlekiem w różnych postaciach, wielu jest wegetarianami. Produkty mleczne były też podstawą wymiany z innymi plemionami. Stada były święte, a im bardziej mleczne, tym większym prestiżem cieszył się mleczarz-kapłan i tym bardziej skomplikowane były rytuały związane z wytwarzaniem produktów mlecznych. Obecnie tylko 10 proc. ludu żyje wyłącznie z pasterstwa, reszta zajmuje się też rolnictwem.

Todowie czczą boginię świata żywych Tökisy i jej brata Ö-n, bóstwo świata umarłych, słońce i księżyc oraz święte miejsca. Mieszkańcy trzech wiosek są chrześcijanami. Niegdyś panowała u nich tzw. poliandria braterska, tzn. kilku braci miało wspólną żonę. Do dziś pozostał bardzo skomplikowany system pokrewieństw. Nie uznawano ojcostwa biologicznego, lecz nadawano je rytualnie. Jeszcze w XIX w. pozbywano się niemowląt płci żeńskiej. Dzieciobójstwo zostało prawnie zakazane w 1890 r. Choć zainteresowanie ich życiem codziennym, wierzeniami, historią i kulturą datuje się od XIX w., wiele zagadnień pozostaje niejasnych dla antropologów i etnologów. O Todach pisze w "Złotej gałęzi" J.G. Frazer.

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

  • hotele
  • loty
  • noclegi
  • Oferty Booking.com
  • Oferty FRU.PL
  • Oferty Meteor

Podróże.gazeta.pl na Facebooku