Z pasją o podróżach, wycieczkach i wyjazdach

Polska. Park Krajobrazowy Doliny Bobru

  • Pin It
Krzysztof Jóźwiak
21.03.2011 , aktualizacja: 21.03.2011 13:41
A A A Drukuj
Widok na Dolinę Bobru z tamy w Pilchowicach Fot. Krzysztof Jóźwiak Widok na Dolinę Bobru z tamy w Pilchowicach
Pomiędzy Jelenią Górą a Lwówkiem Śląskim Bóbr przedziera się przez granitowo-gnejsowe doliny. Jest jak naszyjnik z drogocennych klejnotów.
Wieża rycerska w Siedlęcinie
Fot. Zbigniew Pelisiak
Wieża rycerska w Siedlęcinie
Wieża rycerska w Siedlęcinie, średniowieczny fresk
Fot. Przemysław Nocuń
Wieża rycerska w Siedlęcinie, średniowieczny fresk "Sir Lancelot z Jeziora zasypia pod jabłonią"
Pomiędzy Jelenią Górą a Lwówkiem Śląskim Bóbr przedziera się przez granitowo-gnejsowe doliny. Jest jak naszyjnik z drogocennych klejnotów: perły to urocze, pełne zabytków miasteczka i tama w Pilchowicach, a diament - niezwykła wieża rycerska w Siedlęcinie.

Lwówek Śląski

Na wyprawę Doliną Bobru wyruszamy z Lwówka Śląskiego. Od wczesnego średniowiecza wydobywano w tych okolicach złoto. W XII i XIII w. poszukiwacze tego cennego kruszcu wykopali nad brzegami rzek kilkadziesiąt tysięcy szybów - istne polskie Klondike. Poszukiwacze złota wciąż tu zaglądają i podobno czasami wypłukują trochę złotego piasku. Ale to już nie codzienność, jak przed wiekami, a egzotyka.

Lwówek Śląski położony na przecięciu ważnych szlaków handlowych u zbiegu Bobru i dwóch jego lewobrzeżnych dopływów Płóczki i Srebrnej szybko się rozwijał. Już w 1216 r. Henryk Brodaty nadał mu prawa miejskie. Niedługo potem miasto opasały solidne mury obronne. W pierwszej połowie XIV w. miał 11 tys. mieszkańców (dziś o 1,5 tys. mniej) i ustępował na Śląsku jedynie Wrocławiowi i Świdnicy. Przez pewien czas był nawet stolicą udzielnego księstwa. Kiedy złotego kruszcu było coraz mniej, mieszczanie postawili na sukiennictwo i handel. Dynamiczny rozwój miasta przerwała dopiero wojna trzydziestoletnia.

Widok Lwówka Śląskiego zachwyca i boli zarazem. Zachwyca, bo zachowane z wojennej pożogi zabytki są najwyższej klasy. Boli, bo z każdej strony napierają na nie okropne klockowate bloki, dziedzictwo PRL. Pod koniec II wojny światowej miasto doznało ciężkich zniszczeń. Archiwalne zdjęcia pokazują jednak, że aż do lat 60. XX w. przy rynku stały renesansowo-barokowe kamieniczki. Wyburzono je na rozkaz jakiegoś komunistycznego kacyka, któremu nie podobało się "niemieckie dziedzictwo" Śląska. Ocalały jedynie trzy najstarsze, gotyckie, z elementami renesansowymi. Na Kamienicy Ław Chlebowych i Obuwniczych (ława to średniowieczna nazwa rzemieślniczego domu handlowego oraz organu wymiaru sprawiedliwości w miastach i wsiach lokowanych na prawie niemieckim) z 1494 r. zachował się portal renesansowy z emblematem szewców z 1544 r., obecnie mieści się tu apteka. W przyległej kamieniczce z wykuszem zwanej Agatową Kamieniczką jest sklep i galeria wyrobów z agatu. Wszystkie trzy są pięknie odrestaurowane.

Obok nich na placu Wolności stoi gotycko-renesansowy ratusz - chluba miasta i świadectwo zamożności jego dawnych mieszkańców. Wielkością i wartością historyczną ustępuje na Śląsku jedynie ratuszowi we Wrocławiu. Dziś mieści się w nim placówka historyczno-muzealna (wtorek-piątek, godz. 9-17, sobota 8-16, bilet 2 zł, ulgowy 1, środy wstęp wolny, tel. 075 647 77 896). W środku szczególne wrażenie robi na nas sala ławy sądowej z późnogotyckimi sklepieniami żebrowymi i jedna z najcenniejszych rzeźb na Śląsku - XIV-wieczny nagrobek księcia Henryka I Jaworskiego i jego żony Agnieszki. Przyglądam się wykutym w kamieniu postaciom i zamiast dumnej pary władców widzę uśmiechających się do siebie kochanków. Książę Henryk patrzy rozkochanym wzrokiem na małżonkę, ta odpowiada mu takim samym spojrzeniem, trzymają się za ręce. Są też w ratuszu widoki mniej romantyczne - wystarczy odwiedzić izbę tortur lub zajrzeć do lochu głodowego pod wieżą.

***

Siadamy na ławce obok ratusza. Życie codzienne Lwówka Śląskiego toczy się powoli, leniwie. Mieszkańcy delektują się słońcem i ładną pogodą. W oddali widać wieżę Bolesławiecką, fragment nieźle zachowanych murów obronnych. Ruszamy aleją wzdłuż obwarowań. W pobliżu baszty Lubańskiej mur wznosi się na kilka metrów, na szczycie jest galeryjka przykryta daszkiem. Pod tymi murami w 1243 r. książę rozbójnik Bolesław Łysy zwany Rogatką urządził pierwszy na ziemiach polskich turniej rycerski. Solidne obwarowania dwa razy uchroniły miasto przed najazdem czeskich husytów.

Przemykamy przez otwór w murze na cichy placyk przed kościołem Wniebowzięcia NMP. W tym miejscu najsilniej czuć klimat średniowiecznego Lwówka. Przestrzeń z jednej strony zamyka kamienny mur i widoczna z oddali baszta Lubańska, a po przeciwnej stronie, kamienna komandoria joannitów, pierwotnie XIII-wieczna, obecnie w stylu barokowym. Panuje tu cisza i spokój.

Park Krajobrazowy Doliny Bobru

Czas ruszać do Parku Krajobrazowego Doliny Bobru. Wąska szosa tonie w zieleni, pachną rozgrzane słońcem łąki. Trakt coraz bardziej odbija od rzeki. Skręcamy na wschód, do miasteczka Wleń. Szpaler starych dębów, które niczym karni żołnierze stoją po obu stronach szosy, towarzyszy nam do jednej z najstarszych osad na Śląsku. Wleń leży w zakolu Bobru, u podnóża Góry Zamkowej porośniętej gęstym lasem.

Wytyczonym szlakiem wspinamy się do średniowiecznej twierdzy. Góra Zamkowa, zbudowana z zastygłej lawy, to ścisły rezerwat przyrody. Porasta ją dość mroczny grąd zboczowy - las liściasty z przewagą dębów i grabów (grądy zboczowe zazwyczaj dobrze się zachowały, ponieważ na stromych zboczach ciężko było działać drwalom). Nurkujemy pod gałęziami wiekowych lip, grabów i klonów. Trzeba uważnie patrzeć pod stopy, aby nie zdeptać jednej z licznie tu występujących chronionych roślin, jak czosnek niedźwiedzi, lilia złotogłów czy oman szlachtawa. To także kraina bluszczu, który oplata resztki kamiennych murów zamczyska.

Zamek we Wleniu to jeden z najstarszych murowanych zamków na ziemiach polskich - według niektórych badaczy istniał już w połowie XII w. Piastowscy władcy często wykorzystywali go jako więzienie. Szczególnie upodobał sobie to miejsce wspominany książę Bolesław Rogatka. W lochu wleńskiego zamczyska przetrzymywał m.in. biskupa wrocławskiego Tomasza i księcia Henryka IV Probusa. Później zamek był siedzibą rycerzy rabusiów, którzy łupili okoliczne wsie i miasta. Popadł w ruinę podczas wojny trzydziestoletniej. Przetrwały resztki kamiennych murów i cylindryczna wolno stojąca wieża (stołp), w średniowiecznych twierdzach najsilniejszy, a zarazem ostateczny punkt obrony.

W 2006 r. część muru obsunęła się, zagrażając stabilności wieży. Dopiero w 2009 r. ruszyła jego odbudowa, która trwa do dzisiaj. Widok z zamkowej wieży jest imponujący: u stóp mamy malownicze przełomy Bobru i Wleń, gdzie teraz zmierzamy.

Wleń

Wleń uniknął choroby, która dotknęła Lwówek Śląski. Tandetne bloki nie zepsuły kameralnego rynku, który otaczają urocze XIX-wieczne kamieniczki. Zachował się także ratusz, a przed nim pomnik zgrabnej Gołębiarki. Ustawiony w 1914 r. z okazji 700-lecia miasta upamiętnia tradycję gołębich targów, które od średniowiecza odbywały się tu w każdą środę popielcową. Warto odwiedzić kościół św. Mikołaja, którego korzenie sięgają XIII w.

Wleń ma niespełna 1,9 tys. mieszkańców. Zapewne byłoby ich więcej, gdyby dzieje miasteczka były mniej pechowe. Piastowscy książęta, którzy z upodobaniem rozbudowywali zamek, o miasto nie zadbali. Nie otoczyli go murem (jak sąsiedni Lwówek), było więc wielokrotnie łupione i niszczone. W 1813 r. podczas bitwy nad Bobrem między wojskami francuskimi i rosyjskimi Wleń znalazł się na linii frontu i doszczętnie spłonął. Uparci mieszkańcy podnieśli go jednak ze zgliszczy, a w ścianę ratusza wmurowali łacińską sentencję: "Post nubila Phocbus - Excinere phoenix 1823-24" (Po deszczu słońce - Z popiołów odradza się Feniks). Także przyroda nie oszczędzała Wlenia. Bóbr to rzeka krnąbrna i niebezpieczna. Na przestrzeni wieków śląscy kronikarze odnotowali liczne powodzie, które dotykały rejon Sudetów. Wleń (nazwa pochodzi się od staropolskiego vlen, czyli coś "wilgotnego, mokrego") zalewany był co najmniej 70 razy.

Najgroźniejsza była powódź w 1897 r. Podczas parnej lipcowej nocy nad Sudetami oberwała się chmura. "Musiało być koło północy, gdy rozległy się niezwykłe dźwięki. Usłyszałem coraz silniejszy szum przepływającej tuż obok budynku Jedlicy, przeplatany tępymi uderzeniami głazów, które porwała rzeka, miotając je o mury oporowe. Głębokie, niesamowite dźwięki brzmiały niczym wystrzały z armat!" - wspominał początek kataklizmu mieszkaniec Kowar. W ciągu kilku godzin nawet najmniejsze strumyki zamieniły się w rwące Amazonki. Zginęło wielu ludzi, straty materialne były ogromne. Władze pruskie postanowiły ujarzmić niebezpieczne rzeki, przede wszystkim dolny Bóbr i Kwisę. Na 17-kilometrowym odcinku Bobru powstały trzy tamy i trzy sztuczne jeziora: Modre, Wrzeszczyńskie i Pilchowickie. Jedziemy nad to ostatnie, największe. Droga biegnie wzdłuż rzeki wijącej się wokół wzgórz, od czasu do czasu wspina się na zalesione zbocza. Suniemy wtedy w zielonym tunelu, wyglądając prześwitów między drzewami w widokiem na malownicze przełomy Bobru. Rzeka płynie powoli, leniwie, z trudem można sobie wyobrazić, że bywa niebezpieczna.

Mijamy wąziutki most zbudowany ze stalowych kratownic - to znak, że zapora już blisko. Droga ponownie kryje się w lesie, wspina po dziurach i wybojach. Na rozstaju wybieram zły kierunek i zamiast na koronę tamy zjeżdżamy znów nad Bóbr. Las raptownie się kończy, ustępując miejsca rozległej panoramie pilchowickiej zapory. Jesteśmy u jej stóp. Gigantyczne ściany z kamieni łączonych betonem wznoszą się na 62 metry (w Polsce wyższa jest tylko zapora w Solinie). Wygięta łukowo tama ma ok. 300 m długości, a mur u podstawy 50 m grubości. U jej podnóża przycupnął kryty czerwonym dachem budynek elektrowni. Choć jest całkiem spory, na tle tamy wygląda jak domek dla lalek. Po chwili jesteśmy na szczycie zapory, ogromnym nakładem sił i środków wzniesionej w latach 1904-12. Dopiero stąd możemy podziwiać Jezioro Pilchowickie. Przecięty betonową przegrodą Bóbr rozlał się w dolinie na powierzchni 250 ha. Tama powstrzymuje napór ok. 50 mln m sześc. wody. Spacerujemy po koronie tamy. Mijają nas motocykliści, którzy pędzą na drugą stronę jeziora. Na przeciwległym brzegu, na wysokiej skarpie porośniętej lasem widać drewnianą wiatę stacji kolejowej. Znawcy tematu twierdzą, że piękniejszej lokalizacji nie ma żadna inna w Polsce.

Wieża rycerska w Siedlęcinie

Ostatni punkt wyprawy - średniowieczną wieżę rycerską w Siedlęcinie, jeden z najcenniejszych i najbardziej okazałych zabytków tego typu w Europie, zostawiliśmy sobie na deser. Jedziemy powoli wąską, krętą drogą, wzdłuż której ulokowała się wieś. Rozglądamy się, ale nie widać ani wieży, ani drogowskazu do niej. W końcu jest - kamienny prostopadłościan przykryty spadzistym gotyckim dachem, otoczony głęboką fosą, stoi nad samą rzeką. W oddali widzę mostek, skręcam więc w polną drogę, która do niego prowadzi. Jak się później okaże, brama wjazdowa jest w innym miejscu - należy objechać wieżę i skierować się w stronę mostu na Bobrze. Ale widok stamtąd nieciekawy, bo wzdłuż drogi stoją, rozsypujące się zabudowania gospodarcze dawnego folwarku i urzędującego tu po wojnie PGR-u. Od strony mostku wieża prezentuje się najlepiej.

Próbuję obejść ją wzdłuż fosy, ale okazuje się to niemożliwe - od fundamentów rozchodzą się głębokie wykopy. Archeologowie rozłożyli swój urobek na niebieskich foliach przed barokowym dworem dobudowanym do wieży pod koniec XVIII w. Wszystko pieczołowicie posegregowane: kości zwierzęce, skorupy glinianych garnków, resztki talerzy, z boku leży kafel z pieca. Studenci mówią, że największą frajdę sprawiło im odkopanie fragmentów ozdobnej ceramiki tzw. grupy Falkego, rzadkiej i używanej prawie wyłącznie na dworach książęcych. Rok wcześniej odnaleziono resztki średniowiecznego stroju, m.in. sprzączkę rycerskiego paska, a także elementy dawnego systemu grzewczego. - Przypuszczamy, że budynek wyposażony był w tzw. piec hypokustyczny, czyli rodzaj centralnego ogrzewania. Jak na tamte czasy rozwiązanie dość luksusowe - tłumaczy Małgorzata Nagórna z fundacji Zamek Chudów. Fundacja w 2001 r. kupiła zapuszczony siedlęciński zabytek i z konsekwentnie przywraca mu dawną świetność. - Myślimy także o urządzeniu hotelu i restauracji w zabudowaniach folwarku - dodaje pani Małgorzata.

Choć siedlęcińska wieża nazywana jest rycerską, początkowo jej ranga była wyższa - należała do książąt śląskich. Budowę rozpoczął w 1313 r. książę jaworski Henryk I. Obronny obiekt powstał przy ważnym szlaku handlowym. W 1368 r. wdowa po Bolku II sprzedała wieżę jednemu z rodów rycerskich. W punkcie informacyjnym w starym dworze kupujemy bilety (4 zł) i idziemy do wieży.

***

Wnętrze jest mroczne, ale przestronne. Ponad dwumetrowe mury sprawiają, że jest tu dość chłodno. Pomieszczenia są czyste i świeżo odnowione. Budynek tchnie autentyzmem: solidne drewniane stropy, belkowania, słupy, odrzwia. Wiele z nich ma prawie 700 lat. Największy skarb kryje się na trzecim poziomie donżonu, w reprezentacyjnej świetlicy.

Ok. 1345 r. książę Henryk postanowił ożywić zimne wnętrza wieży. Nieznanemu nam dziś z imienia mistrzowi ze Szwajcarii zlecił wykonanie barwnych polichromii na południowej ścianie. W ciągu dwóch lat powstały malowidła techniką al secco (suchy tynk pokryty farbami zmieszanymi z wodą). Artysta namalował wielką postać św. Krzysztofa, ale potem poniosła go fantazja. Stworzył cykl obrazów przedstawiających przygody Sir Lancelota z Jeziora, najsłynniejszego rycerza Okrągłego Stołu: Lancelot ze swym kuzynem Lionelem wyrusza w poszukiwaniu rycerskiej chwały, walczy ze złym rycerzem Tarquynem, pokonuje go, w nagrodę jest pasowany na rycerza, spotyka Ginewrę, żonę króla Artura, zostają kochankami. W ostatnim kadrze tego średniowiecznego komiksu Lancelot i Ginewra trzymają się za lewe dłonie (ten gest oznaczał, że związek jest nieprawy). Średniowiecznych fresków o świeckiej tematyce namalowanych w świeckich siedzibach jest w Europie może ok. 20, ale żaden nie przedstawia arturiańskiego mitu. Malowidła al secco w siedlęcińskiej wieży są więc unikatem na skalę światową. W dużej sali na trzecim piętrze oglądamy wystawę dawnych strojów kobiecych. Wspinamy się na poddasze, aby przespacerować się galeryjką biegnącą tuż pod dachem średniowiecznego domiszcza. Pierwotnie na ostatnim poziomie znajdowała się platforma obronna otoczona krenelażem. Jego ślady do dziś widać na najwyższym piętrze.

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

  • hotele
  • loty
  • Oferty Booking.com
  • Oferty FRU.PL

Podróże.gazeta.pl na Facebooku