Z pasją o podróżach, wycieczkach i wyjazdach

Izrael. Tel Awiw - chwila wytchnienia

Katarzyna Boni
14.03.2011 , aktualizacja: 14.03.2011 13:43
A A A Drukuj
Izrael. Widok z Jafy na Tel Awiw

Izrael. Widok z Jafy na Tel Awiw (Fot. Katarzyna Boni)

Bulwary jak w Paryżu, kafejkowy luz Nowego Jorku, światowość Londynu. A jako bonus 14 km piaszczystych plaż i słońce przez cały rok
Spotkanie z Tel Awiwem zaczęłam od kawy, aby mieć siłę na podziwianie białych domów w stylu Bauhausu, zagłębianie się w uliczki jemeńskiej dzielnicy i oglądanie wystaw butików młodych izraelskich projektantów.

Miasto na piachu

To miasto już w swoich założeniach miało być przyjemne. Przepasane ogrodami, z placami zabaw, z szerokimi bulwarami otoczonymi kaskadami kwiatów, z jasno oświetlonymi w nocy ulicami i z bieżącą wodą w każdym domu. W 1909 r. były to założenia niezwykle nowoczesne i luksusowe. Dlaczego w ogóle zakładać nowe miasto, od zera, w dodatku na pustyni? Mark Twain w „Prostaczkach za granicą” stwierdził, że Żydzi są szaleni, żeby budować miasto w piachu. Pomysł przypisuje się Akiwie Weissowi, który ledwie postawił stopę na palestyńskim lądzie, pobiegł na spotkanie ze społecznością żydowską. Warunki życia w Jafie, jednym z najstarszych portów na świecie, niewielkiego, zatłoczonego do granic możliwości arabskiego miasta, nie odpowiadały coraz liczniejszym przybyszom z Europy. Weiss zaproponował, żeby kupić ziemię na pustyni i zbudować tam pierwsze współczesne hebrajskie miasto, które standardem będzie odpowiadało (przewyższało?) europejskim. 11 kwietnia 1909 r. 60 rodzin, które złożyły się na kupno 5 ha ziemi, wzięło udział w pikniku na wydmach. Główną atrakcją była loteria. Na białych muszelkach wypisano nazwiska, na szarych - numery działek. Losowali chłopiec i dziewczynka, dzieląc w ten sposób ziemię pomiędzy rodziny. Już w 1910 r. do sześciu domów wprowadziło się 66 rodzin, a miasto nazwano Tel Awiw, czyli Wiosenne Wzgórze. Nazwę wyłoniono w drodze konkursu - jurorom spodobało się przesłanie oraz to, że odwołuje się do utworu Theodora Herzla „Stara Nowa Ziemia" („Altneuland"), który na hebrajski przetłumaczono jako „Tel Aviv".

Atmosfera pikniku przetrwała do dzisiaj. Na pełnym napięć Bliskim Wschodzie Tel Awiw daje chwilę wytchnienia. Biznesy od zawsze załatwia się nad filiżanką kawy albo nad talerzem masabchy (cieciorka w sosie z hummusu i tahini), przegryzanej parzącą palce pitą. Jednak Tel Awiw przerósł najśmielsze założenia. W latach 30. mieszkało tu już 130 tys. ludzi. Ważniejsze od ogrodów stały się mieszkania, dlatego - choć zostały szerokie bulwary - nie ma planowanych pasów zieleni. Z czasem, zwłaszcza w latach 60., kiedy mieszkańców było już 390 tys., przestano się też przejmować stylem. Wyrosły szare betonowe domy, niczym klocki lego bez wyrazu, które tak dobrze znamy z naszych miast - odmalowane na tęczowe kolory straszą na głównych placach. Tutaj zwiedzanie jest równie przyjemne jak codzienne życie. Na liście tego, co koniecznie trzeba zobaczyć, nie ma setki muzeów czy rozżarzonych słońcem wykopalisk. Co nie znaczy, że nie ma tu czego oglądać. Ale wszystko jest na ludzką skalę.

Dzielnica Neve Tzedek

Zaczęłam od dzielnicy Neve Tzedek (Dom Sprawiedliwości), bo budowa Tel Awiwu też zaczęła się od Neve Tzedek - pierwszego żydowskiego osiedla poza murami Jafy. Emigranci z Europy przeprowadzili się tu już w 1887 r. Z szerokiego bulwaru Rotszylda weszłam w świat wąskich uliczek, niskich domków, bugenwilli i kotów wygrzewających się na dachach samochodów. Kolorowe, pouchylane drzwi kuszą, żeby zajrzeć do środka. Na ścianach budynków przy oknach przyczepione są menchelach - żeliwne figurki z twarzą mężczyzny, które oprócz podtrzymywania drewnianych okiennic pełniły funkcję strażników domu. Kiedy się je przekręci, odsłaniają kobiecą twarz (niektórzy żartują, że to sygnał dla kochanka, że męża nie ma w domu).

Tel Awiw otrzymał prawa miejskie w 1934 r. Burmistrzem został Meir Dizengoff, który przybył do Palestyny, żeby zakładać fabrykę szkła dla Rotszylda, a skończył jako najbardziej rozpoznawalny obywatel Tel Awiwu. Ulice przemierzał konno, uwielbiał dobrą zabawę (podczas pochodów purimowych był zawsze w pierwszej linii przebierańców), dbał o kulturalny rozwój miasta. W Neve Tzedek założono w 1914 r. pierwsze w Izraelu kino - Eden. Połowa była zadaszona, połowa pod niebem. W wyjątkowo upalne dni właściciel kina rozpylał na publiczność różaną wodę, żeby oszczędzić sobie i gościom przykrego zapachu. Naprzeciwko kina stoi drewniany kiosk, jeden z pierwszych sklepów w Tel Awiwie. Prowadzi go siwowłosy pan. Farba odchodzi z odrapanych ścian, przed słońcem próbuje bronić brązowa szmata. Murowany dół zachował jeszcze ślady niebieskiego koloru. Ma on odstraszać diabła, bo niebieski to kolor nieba, a do nieba diabeł na pewno nie wejdzie. Na Shabazi, głównej ulicy Neve Tzedek, kafejki ciągną się jedna za drugą, stoliki ledwo mieszczą się na wąskim chodniku. Siadam na espresso z nutellą, chłonę słońce i patrzę. Przechodzą rodziny z dziećmi, studenci z teczkami pod pachą, biznesmeni z iPadami w dłoniach. Dwie dziewczyny zatrzymują rowery, zamawiają espresso i piją oparte o samochód.

Rowerem przez miasto

Miasto pokrywa sieć dróg rowerowych, a co kilkadziesiąt metrów stoją wygodne stojaki. Na każdej większej ulicy są sklepy rowerowe, w których kupimy najmodniejsze modele (teraz triumfy święcą rowery elektryczne). Pożyczam rower i ruszam nadmorską promenadą, która ciągnie się tuż przy plaży z drobnym złotym piaskiem. Suszą się na nim zmęczeni surferzy, obok para gra w matkot (telawiwska odmiana ping-ponga - bez stołu, ale za to z piaskiem pod nogami i morzem w tle). Na plastikowych krzesełkach siedzą ludzie, którzy wyskoczyli na szybki lunch. Ortodoksyjna rodzina z siedmiorgiem dzieci robi sobie zdjęcia. Dziewczynki w długich spódnicach i golfach tańczą taniec radości wśród fal. W ciągu plaż jest jedna dla ortodoksyjnych Żydów - kobiety mają wstęp we wtorek, czwartek i niedzielę, mężczyźni w poniedziałek, środę i piątek (w sobotę zamknięta). Kawałek dalej port zamieniony na ciąg sklepów i kafejek - w drugiej połowie lat 30. Tel Awiw wybudował własny port, żeby uniezależnić się od starego portu w Jafie. W dzień otwarte są sklepy i restauracje, wieczorem kluby, w piątki rozstawia się bazar z jedzeniem od miejscowych dostawców. Powietrze ciężkie od zapachu soli. Cicho szeleszczą gęste liście eukaliptusów. Z wydm porośniętych zaschniętymi na brązowo ziołami roztacza się widok na nieustannie rozbudowujący się Tel Awiw.

Dziś powstają tutaj wieżowce - ziemia wydarta pustyni jest droga, a ludzi pragnących tu mieszkać - wielu. W latach 30. i 40. stawiano białe albo jasnobeżowe domy z płaskimi dachami do sąsiedzkich spotkań. Wąskie okna, geometryczne kształty, półkoliste balkony, wpuszczające do mieszkań chłodzącą bryzę od wschodu. Zamiast parteru - słupy, żeby pustynny pył nie wiał w okna, tylko pod nimi. Żadnych ozdób, stuprocentowa funkcjonalność. W tym międzynarodowym stylu, zwanym Bauhaus, wybudowano w Tel Awiwie ponad 4 tys. domów. To największe skupisko Bauhausu na świecie, dzięki czemu w 2003 r. białe miasto, choć niespełna 100-letnie, znalazło się na liście zabytków UNESCO. Centrum wokół zielonego bulwaru Rotszylda zdobią białe domy. Szkoda, że większość jest zaniedbana - słone powietrze zniszczyło tynki. Ale te, które już odnowiono - zachwycają niespodziewanym kształtem wyrastającym z zielonych krzaków, szparą okna przecinającą gładką przestrzeń, bielą ścian odbijającą intensywne słoneczne światło.

Kafejki, sklepy, bazary

Café Tamar tylko pozornie jest spelunką. Plastikowe krzesła, trzęsące się stoliki, brązowe firanki, gołe żarówki, jako ozdoby ucięte pnie drzew. Na połowie ściany kamienna mozaika, na reszcie solidna boazeria z przyczepionymi zdjęciami (kiepskiej jakości) licznych gości. Ale właśnie tu zbierają się na kawę artyści Tel Awiwu. I choć cappuccino jest średnie, siedzą godzinami i dyskutują. Wystarczy usiąść na chwilę, żeby znaleźć się w środku rozmowy z aktorem, który w zimie 1986 r. wystawiał w Warszawie sztukę o rewolucji. I nie wiadomo, czy gra, czy mówi prawdę...

Z Café Tamar mam dwa kroki do zakupowej mekki Tel Awiwu, gdzie od rana do wieczora trwa zakupowe szaleństwo. Klucz jest prosty: ul. Sheinken - trendy, ul. King George - outlety, ul. Dizengoff - tanio na południu, bardzo drogo na północy. Ta ulica, dziś przyciągająca tłumy centrum handlowym (140 tys. odwiedzających tygodniowo), kiedyś przysłużyła się do wzbogacenia języka hebrajskiego - dizengoffować znaczyło tyle, co wychodzić ze znajomymi, żeby popatrzeć na wystawy sklepowe i napić się kawy. U zbiegu tych ulic znajduje się popularny Carmel Market - bazar z prawdziwego zdarzenia. Jest część z egzotycznymi owocami, z rzodkiewkami wielkości pięści, z przyprawami (ale te najlepiej kupować na ul. Levinsky), z rzeczami do wszystkiego i część z ubraniami (choć te lepiej kupować u młodych izraelskich projektantów w dzielnicy Gan Ha'hashmal).

Mniej przyjemne wąskie uliczki ze świeżo dostarczonym mięsem w przeróżnej postaci prowadzą do dzielnicy jemeńskiej. Z szerokich, rozświetlonych słońcem bulwarów Tel Awiwu przenoszę się na chwilę w inny wymiar. Bo dzielnica jemeńska jest skurczona, maleńka, ze sklepikami wciśniętymi w ściany domów, z jadłodajniami na ulicach. Zapachy drażnią żołądek, więc zamawiam jemeńską zupę - żółtą, lekko kwaśną, lekko ostrą, z wyraźnym posmakiem rosołu (pływa w niej udko kurczaka). Jedzenie jej to cały rytuał ze skrapianiem cytryną, topieniem w zupie świeżej cebuli albo rwanej palcami gąbczastej pity, z dodawaniem przypraw, np. hilbehu (mieszanka ziół z namoczonymi nasionami kozieradki) albo zhugu - ostrego jak ogień sosu z papryczek, kolendry, czosnku i mieszanki przypraw - jemeńskiego skarbu. Bo na kuchni jemeńscy Żydzi znają się jak nikt! Przez tysiące lat, odcięci w Jemenie od diaspory przechowali tradycje z czasów króla Salomona, jak utrzymują. Do Izraela dostali się dzięki operacji "Magiczny dywan" z 1949 r., kiedy z pustyni Ar-Rab al-Chali przewieziono samolotami prawie 50 tys. ludzi. Izrael zapełnił się pięknymi głosami i świetną kuchnią.

Jafa

Ale dopiero spacer po Jafie pokazuje zupełnie inny świat. Jafa, wcześniej samodzielne miasto, dziś jest arabską dzielnicą Tel Awiwu. Ale ta dzielnica to jedno z najstarszych miast świata. Nazwa wywodzi się od Jafeta, syna Noego, który po pamiętnym potopie osiadł dokładnie w tym miejscu. Niektórzy źródeł nazwy doszukują się w hebrajskim słowie yoffi - piękny. Jafa jest piękna. Szczególnie stare miasto z uliczkami wśród beżowych domków. W latach 50. domy rudery przekazano artystom. Dziś na każdym zakręcie mieszczą się galerie: ceramiki, biżuterii, mebli, obrazów, ubrań. Cała szalona kreatywność skupia się w XVIII-wiecznym domu Ilany Goor, pierwszym żydowskim domu w Jafie, który jest zarazem muzeum, pracownią i sypialnią artystki. Jednych zachwycą magiczne rzeźby, innych meble. Mnie zachwycił widok z kuchni i ukwieconego tarasu. Morze ciągnie się po horyzont, widać czerwono-białą morską latarnię i port - kiedyś sławny na cały świat, dziś skromny, trochę bez wyrazu. To tu przywożono libańskie cedry do budowy świątyni, stąd Jonasz wyruszył na wyprawę zakończoną w brzuchu wieloryba. Gdyby trochę przekręcić głowę, może udałoby się zobaczyć skały Andromedy, o które z hukiem rozbijają się fale. Przykuto do nich piękną Andromedę złożoną w ofierze dla morskiego potwora. Przed ohydną paszczą w ostatniej chwili uratował ją Perseusz w skrzydlatych butach.

Ze świata mitów i biblijnych przypowieści przenoszę się do nowszej części Jafy. Wkraczam w znajomy świat suku, nargilli i kawy z kardamonem. Życie skupia się wokół pchlego targu, na którym znaleźć można wszystko: menory, arabskie dywany, stare buty, zardzewiałe gramofony, różowe plastikowe konie naturalnej wielkości. To istny raj dla tych, którzy lubią rytuał targowania się. Teatr zdziwienia, oburzenia i zaskoczenia... z obydwu stron.

Kogokolwiek spytacie, co należy zjeść w Jafie, odpowiedź zawsze będzie ta sama - hummus w Ali Karavan. W Izraelu hummus to sprawa narodowa. I choć każdy teoretycznie wie, jak go przyrządzić (przepis jest prosty), każdemu wychodzi trochę inaczej. Różnice w konsystencji i smaku są przedmiotem wielu sporów, ale Ali Karavan godzi większość z nich. Przed otwartymi na oścież drzwiami i oknami kręci się tłum ludzi. Hałas, pośpiech, gorączka. Wielkimi łychami z garów wyjmowany jest cudowny, gładki, delikatny hummus. Posypuje się go orzeszkami pinii, doprawia ostrą papryką, dodaje cebulę, ostry sos winegret i ciepłą pitę. Miejsc zazwyczaj brakuje, można zjeść na stojąco, usiąść na murku naprzeciwko albo wziąć hummus na wynos i zjeść (jeszcze ciepły) na plaży. Ali Karavan działa tylko do godz. 14.45, bo mniej więcej wtedy kończy się hummus. Kuszą też irackie jadłodajnie z sabich (pita wypchana smażonym bakłażanem, jajkiem na twardo, sałatką i ostrym sosem z mango), falafele serwowane prawie na każdym rogu. Spór o to, gdzie są najlepsze, ciągle trwa. Bardzo dobre jadłam w Hakosem (po hebrajsku "magik") na rogu King George i Shlomo Hamelech.

***

Z Jafy wracam na piechotę do Tel Awiwu. Zachodzące słońce rysuje błyski na morskich falach, różowi stare mury Jafy, odbija się w wieżowcach. Jest godz. 22, siadam w otwartej całą dobę restauracji Benedict. O tej porze nie ma wielu ludzi, ale w ciągu dnia widziałam zakręcające kolejki. Dzień i noc serwuje się tu tylko śniadania: angielskie, francuskie, niemieckie, izraelskie, meksykańskie i - króla królów - amerykańskie. Jajka Benedict z bekonem albo łososiem, placuszki z owocami i syropem klonowym, bajgle z delikatnym serkiem. Do tego do wyboru: bellini, mimosa i różne wariacje na temat drinków z szampanem (nie martwcie się, kawa też jest). I zawsze świeże bułeczki: słodkie, słone, oliwkowe z masłem, nutellą i dżemem podanymi na szklanych spodeczkach.

Zobacz także
Brak komentarzy