Z pasją o podróżach, wycieczkach i wyjazdach

Mongolia. Pod niebem stepu

  • Pin It
Grzegorz Szymanik
14.03.2011 , aktualizacja: 14.03.2011 13:56
A A A Drukuj
Droga w stepie Fot. Grzegorz Szymanik Droga w stepie
Piękny, dumny kraj, którym nikt, no, prawie nikt, nie zawraca sobie głowy.
Relikt mongolskiego szamanizmu
Fot. Grzegorz Szymanik
Relikt mongolskiego szamanizmu
Gospoda przy drodze Hatgal - Ułan Bator
Fot. Grzegorz Szymanik
Gospoda przy drodze Hatgal - Ułan Bator
Kumys w butelce po coli
Fot. Grzegorz Szymanik
Kumys w butelce po coli
Słońce Islamu ma złote zęby, co widać, kiedy uśmiecha się szeroko i krzyczy: - Dokumient! Wsie paszporty podbite? Przygnębiający poranek. Szron na oknach, na plecach mrowienie. Drzwi do wagonu trzaskają co chwila. Ale już koniec, pociąg rusza. Słońce Islamu siada, odkłada czapkę, odchyla brudną firankę. A za firanką step - smutny kazachski step.

Słońce Islamu, czyli Nurislam pracuje na granicy rosyjsko-kazachskiej. Teraz fajrant. Fioletową od pieczątek ręką chwyci flaszkę. Zanim flaszka się skończy, a pociąg zatrzyma na stacji w Semey, powie: - Bez Mongolii i Mongołów nie ma Kazachstanu. Nie ma Azji Środkowej. Nie ma historii Rosji i Iranu. Wyruszyli w świat i zmienili go nie do poznania. A potem się rozpłynęli. Mongolia? Tam już nic nie ma!

Czarna wrona łapie kaczkę karambaj*

Pociągiem przez Syberię (za oknem brzozy, brzozy, brzozy), autobusem z Ułan Ude do granicy w Kiachcie jedziemy do kraju, "w którym nic nie ma". Od Kiachty do Ułan Bator prowadzi długa, prosta asfaltowa szosa, jakich niewiele w Mongolii. Na szosę wypływa zielony, soczysty step. Ale zmierzamy nie do Ułan Bator, tylko dalej, do Hatgal, nad brzegi Hovsgul, raju górskich włóczęgów. Rozległe, błękitne jezioro zupełnie nie pasuje do stepowego obrazu Mongolii znanego z pocztówek. Tak jak tundra na północy. Jak pustynia Gobi na południu. Jak wysokie pasma Ałtaju Mongolskiego, Gobijskiego, Czangaj i Czentej (szczyty sięgają 4000 m n.p.m.). A jednak wszystko to można tu znaleźć.

Z Darkhan jedziemy nocnym pociągiem do Edernet, drugą klasą, za grosze, w ekstremalnych warunkach, w zimnie (latem temperatura w dzień 30 stopni C, ale noce bywają bardzo zimne), na twardych pryczach. Za oknem mgła i wielbłądy. Z Edernet jeszcze ponad dobę w marszrutce wyładowanej po brzegi. Siedzimy przyciśnięci do okien, z dziećmi, które ktoś posadził nam na kolanach. Między rozsianymi po całym kraju jurtami wiją się drogi - trawiaste szlaki z ubitej ziemi. Czasem taka droga ma trzy, cztery odgałęzienia. To biegną blisko siebie, to rozdzielają się na kilkaset metrów. A potem znów łączą się, przecinają, krzyżują, zapętlają. W górę, w dół. Pan Erdokhan (geolog, pracuje nad silnikami gazowymi), którego poznaliśmy w Ułan Bator, ma takie marzenie - kiedyś całą Mongolię pokryje sieć doskonałych dróg. Wygląda jak skaut: krótkie spodenki, sandały, koszula khaki, przylizane włosy. Kiedyś po wymarzonych drogach Erdokhana jeździć będą auta na silniki gazowe - bez spalin, tanio, bezpiecznie. I do każdego miejsca w Mongolii będzie można takim autem dojechać, i do Morön, i na Gobi.

Nareszcie jesteśmy w Hatgal. Od razu otaczają nas przewodnicy. Za 80 dol. dziennie można wynająć dwa konie, przewodnika, konia jucznego i... ruszać! Nocą do ogniska przysiadają się czasem Mongołowie, częstują kumysem i gotowaną baraniną albo mocną wódką, którą zagryzają cukierkami. Ktoś głaszcze kozę, tak jak głaszcze się małego kotka. Przewodnik nuci pod nosem i patrzy smutno w niebo . Wokół góry, jezioro, lasy, niebo, ogień, zimna noc.

Przyszedł na świat, ściskając w prawej dłoni skrzep krwi wielkości kostki

Cień prezydenta Enkhbayara jest krótki, zdjęcie zrobiono więc wiosną albo latem, około południa. Enkhbayar to jowialny poczciwiec ubrany w deel , mongolski płaszcz ze stójką. Uśmiecha się szeroko, podpiera pod bokiem. Drodzy pobratymcy! To ja, wasz prezydent! Deel prezydenta ma brunatno-złoto-brązowe zdobienia - geometryczne wariacje piękne jak sklepienie katedry. Przepięty koralowym busem z klamrą - okrągłą, żółtą. Z tyłu sprężysty, gniady koń, prezydent trzyma go za uzdę. Możliwe, że wieje lekki wiatr, bo Enkhbayar marszczy brwi, ale tylko trochę. Niebo jest jasne, a trawa soczysta. Zieleń kipi i wylewa się z obrazka. To jedna z widokówek, jakie można kupić w sklepach z pamiątkami w Ułan Bator.

Prezydent wiedział, co robi, fotografując się na koniu w tradycyjnym stroju. Tradycja dla Mongołów to nie puste gadanie. Tu każdy brzdąc jest mistrzem konnej jazdy. Na festiwal Naadam w Ułan Bator (11-12 lipca), święto zapaśników, łuczników i wyścigów konnych, ściągają tłumy. A i w innych ajmakach odbywają się wtedy jarmarki i turnieje.

Albo Dżyngis-chan. W barze spróbuj powiedzieć złe słowo na Dżyngis-chana, tego co "przyszedł na świat, ściskając w prawej dłoni skrzep krwi wielkości kostki". Bez guza nie wyjdziesz. Tacy dumni. Wciąż zadają jedno pytanie: słyszałeś? - Słyszałeś o Dżyngisie? To był największy człowiek świata! - mówią. - Słyszałeś o naszej historii? - wypinają pierś do przodu. - Słyszałeś o naszych podbojach? - nagabują i zataczają rękoma koło, że taaakie duże były te podboje.

W Ułan Bator rosną nowoczesne budynki ze szkła i metalu. Mrugają reklamy i szyldy modnych sklepów. Ale prowincja jest ważniejsza niż miasto (do XX w. nie było tu miast, pałace z czasów Dżyngis-chana zburzyli Chińczycy jeszcze w XIV w.). Prowincja zaczyna się już w stolicy, kilkanaście ulic za biurowcami, hotelami i budynkiem Wielkiego Churału. Drewniane budy z powykrzywianych desek. Farba łuszczy się i odchodzi płatami, gwoździe nie trzymają, blaszany dach nagrzewa mocne słońce, komin z metalowej rury. Wydaje się, że wystarczy silniejszy wiatr, a wszystkie te deski, paliki i blaszane dachy wylądują po drugiej stronie chińskiego muru. Za płotami stoją jurty, biegają dzieci bez koszulek, dojrzewa kumys w skórzanych workach.

W mieście Darkhan są takie domy - domki z zapałek, postawione na suchej ziemi. Mieszka tu 100 tys. ludzi. Gdzie są ci ludzie? Gdzie się pochowali? Trzeba wdrapać się na pobliską górę, żeby zobaczyć ciągnące się bez końca budki z metalowymi kominami. Spróchniałe płoty wiją się bez końca. Morze baraków rozlewa się po stepie. Dla nich dom to nadal coś niestałego, jak jurta, ger , namiot. Aż gdzieś zaczyna się step. Pusty - 1,7 osoby na km kw., 3 mln mieszkańców, z czego 1 mln w Ułan Bator! Wiatr świszczy między wzgórzami. Przejdziesz jedno, jest następne. Wejdziesz na drugie, rozciąga się kolejne. I lasy, i jeziora. Kilkuletni chłopcy na koniach zaganiają stado owiec albo czarnych kóz. Wszędzie bieleją wojłokowe jurty. Przed nimi anteny satelitarne i stoły bilardowe. Jakby ktoś na mapie Azji rozsypał worek ryżu.

Dobrze jest, kiedy ubranie ma kołnierz

Na 800 lat świat zapominał o Mongolii, strącał ją do kronik i legend. A tymczasem między Buriacją a Chinami, między pasmem Ałtaju na zachodzie a Mandżurią na wschodzie, pod niebem stepu był kraj. Wielkiego muru nie zbudowano przeciwko dzikim plemionom Azji. Mur zbudowano przeciwko ich koniom. Człowiek pokona mur, może się wdrapać, wspiąć. A koń? Temudżynowi, synowi Jesügeja, potomkowi Bortë Czino, udało się mur sforsować. Podbił Chiny, Chorezm i Syberię. Ochrzcili go Dżyngis-chanem. A on posyłał swych wodzów, swoje cztery psy, dokąd chciał. I oni przywozili mu głowy władców, książąt i sułtanów. Podbili Iran, wyrżnęli Bagdad, ujarzmili Rosję, splądrowali Polskę. Dżyngis był tolerancyjny, nie narzucał religii ani stylu życia. Wymagał jedynie posłuszeństwa. Stworzył państwo, w którym wszystko podporządkowane było wojnie, ekspansji. I w momencie, kiedy podbojów zaprzestano, wielkie imperium zaczęło się rozpadać.

Komunizm wprowadzano w Mongolii brutalnie. Wymordowano mnichów buddyjskich i lamów, wysieczono mongolską szlachtę i arystokrację - 20 proc. społeczeństwa. Z 750 klasztorów przetrwały tylko 4, a i te częściowo. Powstawały gospodarstwa kolektywne, w których zmuszano Mongołów do pracy na roli, o czym nie mieli pojęcia. Panował głód, ludzie padali jak muchy. Mongolski alfabet zastąpiono cyrylicą w 1941 r.

Dziś miejskie place wybudowane przez radzieckich przyjaciół porasta trawa. Gwiazdy na fasadach budynków już dawno przestały być czerwone. Blaszane wizerunki robotników, kobiet na traktorach, dzieci w pszenicy - przeżarte krwawą rdzą. A klasztory odżywają. Największy monastyr buddyjski Erdene Zuu Khiid znajduje się w Karakorum, w okolicach byłej stolicy mongolskiego imperium (ale z imperium została kupa gruzu, ślady wykopalisk i cztery granitowe żółwie na obrzeżach miasta). Olbrzymi teren ogrodzony zabytkowym białym murem. Przetrwały tylko niektóre zabudowania klasztorne, główna część została zniszczona w 1937 r. Dziś mnisi zbierają pieniądze na odbudowę. Za to w środku świątyń bogata sztuka sakralna - 16 złotych posągów Buddy.

Przetrwała też świątynia Gandan w Ułan Bator, celowo oszczędzona przez komunistów, by mogli pokazywać ją zagranicznym delegacjom i mówić: "patrzcie, to tylko plotki, my nie burzymy klasztorów". Ale... przecież to "kraj, w którym nic nie ma". Ma rację Słońce Islamu - w Mongolii nie ma wielkiego bogactwa, nie ma wspaniałych miast, nawet dróg nie ma.

Słońce Islamu, nie masz racji: spójrz na Stany Zjednoczone! Spójrz na Chiny! A spójrz na Mongolię. 800 lat temu była potęgą świata. Dziś to piękny, dumny kraj, którym nikt, no, prawie nikt, nie zawraca sobie głowy. To, co zawiera się pomiędzy tymi stanami, jest wszystkim. Nie usłyszał. Błysnął zębami i wysiadł na stacji w Semey.

* Śródtytuły pochodzą z "Tajnej historii Mongołów", kroniki z XIII w. w przekładzie Stanisława Kałużyńskiego

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

  • Mongolia. Pod niebem stepu orphelin 05.04.11, 22:03

    Ach, tez marzy mi się taka podróż koleją do Mongolii .... Bardzo ciekawie napisany artykuł, szkoda tylko, że taki krotki.Pozdrawiam»

  • hotele
  • loty
  • Oferty Booking.com
  • Oferty FRU.PL

Podróże.gazeta.pl na Facebooku