Tanzania. Wspinaczka na Mount Meru
28.02.2011
, aktualizacja: 28.02.2011 09:35
Nikt nie wierzył, że wejdziemy dłuższą z dwóch dostępnych tras, bez tragarzy i kucharza
ZOBACZ TAKŻE
- Armenia. Na szczyt wulkanu Aragats (04-04-11, 06:00)
- Tanzania. Kilimandżaro - najwyższy afrykański poziom (28-03-11, 11:00)
- Kenia. Kamienne miasto Lamu (13-12-10, 06:00)
- Kenia. Zwierzęta i ludzie (28-06-10, 06:00)
GALERIA ZDJĘĆ
- Kapsztad. Inna Afryka (15-02-11, 10:00)
W Tanzanii większość turystów jedzie na safari, wchodzi na Kilimandżaro, wypoczywa na Zanzibarze. Wszystko pięknie, tylko bardzo drogo. Można jednak zobaczyć dzikie zwierzęta, sprawdzić się w górach i wypocząć, nie wydając fortuny, a przy okazji poznać prawdziwą Tanzanię. Trzeba jednak zejść z utartych szlaków.
Po trzech dniach w Dar es Salaam jedziemy pociągiem do centralnej Tanzanii. Jeszcze przed odjazdem był spóźniony o 30 godz., teraz, z dalszym opóźnieniem, docieramy do Morogoro. Chcemy tu złapać autobus do Mikumi, gdyż droga wiedzie przez środek Parku Narodowego Mikumi. Można nią przejechać rejsowym autobusem, wtedy nie trzeba płacić za wstęp do rezerwatu, wynajęcie samochodu z kierowcą, noclegi na luksusowych kempingach. Nie stać nas na safari zwane tu game drive - 150 dol. dziennie. Na dworzec autobusowy w Morogoro docieramy przed godz. 6 rano. Kupujemy bilety, zajmujemy miejsca przy oknie i czekamy godzinę, aż autobus się zapełni.
Po godzinie podróży robi się bardziej zielono, pojawiają się znaki ostrzegające o dzikich zwierzętach i zakazie polowania. Mijamy granice parku Mikumi, kierowca nic sobie nie robi z ograniczenia prędkości. Wpatrujemy się w zielony gąszcz, ale widać tylko piękne, spłaszczone od góry akacje na sięgającej horyzontu równinie. Ale po chwili dostrzegamy guźca, zaraz potem aardvarka - zwierzątko wielkości świni, z długim ryjkiem. Parę kilometrów dalej mijamy wielkie stado antylop Granta, grupkę słoni i kilkadziesiąt pasących się spokojnie zebr. 50 km mija niepostrzeżenie, wysiadamy w Mikumi.
Jej wysokość Mount Meru
Mount Meru , druga co do wysokości góra w Tanzanii i w Afryce jest o 1500 m niższa od najwyższego szczytu - Kilimandżaro. Wejście na Meru ma także tę zaletę, że można je zorganizować samodzielnie. W dodatku wędruje się przez Park Narodowy Arusha - trekking jest więc jednocześnie okazją do obserwowania dzikich zwierząt, ale wędrować można tylko od godz. 10 do 15, potem zwierzęta muszą mieć spokój. Do Arushy (baza wypraw na Meru) docieramy z Babati wczesnym popołudniem. Idziemy wcześnie spać, bo nazajutrz musimy wstać przed godz. 5 (autobus do parku Arusha jeździ tylko raz dziennie o godz. 13, to za późno na rozpoczynanie trekkingu). Jedziemy więc o 6 rano daladalą do Usa River, a tam łapiemy okazję do Momela Gate.
Regulujemy należności, witamy się z Dominikiem (przydzielony nam uzbrojony strażnik) i o godz. 9 ruszamy. Jest piękna pogoda, ale szczytu nie widać - skrył się za chmurami. Nikt nie wierzy, że wejdziemy bez tragarzy i kucharza, a w dodatku dłuższą z dwóch dostępnych pierwszego dnia tras. W ciągu pierwszego kwadransa spotykamy stado żyraf i guźców pasących się na rozległej łące. Zaraz potem wchodzimy między gęste krzaki prosto na schowanego w nich guźca. Między gałęziami widzimy też ridboki (podobne do sarny) i jeszcze większe buszboki. Mijamy ogromne drzewo figowe, którego pień, z dziurą w środku, stoi w rozkroku nad drogą. Kawałek dalej stajemy jak wryci. Spomiędzy zarośli wystaje głowa żyrafy. Zwierzę przygląda się nam z nie mniejszym zainteresowaniem niż my jemu. Dominik nasłuchuje i zapowiada, że gdzieś w pobliżu są gerezy abisyńskie - rzadkie małpy z rodziny makakowatych, z długim czarno-białym futrem. Zagrożone wyginięciem, są bardzo płochliwe. Mamy szczęście, że udało nam się je zobaczyć. Spotykamy jeszcze dwa rodzaje kameleonów, geneta (cętkowany drapieżny kot) i suni, najmniejszą antylopę świata. Jest też mnóstwo wielkich, kolorowych motyli. Podczas pieszych wędrówek przez rezerwat można spotkać dużo więcej zwierząt niż na samochodowym safari. Ale są też minusy - tropikalna ulewa, która zrywa się niespodziewanie, moczy nas kompletnie.
Zbliżamy się do pierwszej bazy, mijając księżycowy krajobraz otaczający podstawę wulkanicznego krateru Ash Cone. Na zboczach z czarnych kamieni rosną niskie drzewa o rozłożystych gałęziach porośnięte mchami. W wilgotnym powietrzu ich zieleń jest niemal fosforyzująca. W bazie czeka na nas taras z widokiem na wystający nad chmury czubek Kilimandżaro. Dominik ostrzega nas, by po zmroku poruszać się z latarką. Mimo że jesteśmy na wysokości 2500 m, można spotkać słonia lub bawołu. Rano natykamy się na odchody obu wielkich ssaków.
Powoli pod górę
Cały dzień wchodzimy powoli pod górę. Wycięte w niej stopnie prowadzą przez kolejne strefy klimatyczne. Podziwiamy czerwone kule lilii zwanej fireball, dzwonkowate, pomarańczowe irysy i fioletowe gladiole. W połowie drogi spoglądamy na dobrze dziś widoczny Meru. Po sześciu godzinach docieramy do drugiej bazy, tuż przed kolejną ulewą. Kiedy się trochę przejaśnia, idziemy na Little Meru (3800 m) sprawdzić, jak organizm zareaguje na tę wysokość - na szczęście nie mamy żadnych niepokojących objawów. Zaczyna lać. Idziemy w strugach zimnego deszczu. Ścieżka zamienia się w rwącą rzeczkę, a ze szczytu nic nie widać. O godz. 18 kładziemy się spać. Pobudka o północy: gorące kakao, 5 l wody do plecaka, i ruszamy. Pogoda idealna: bezchmurne niebo, gwiazdy, widać wyraźnie Little Meru i Kilimandżaro. Idziemy noga za nogą za Dominikiem, w równym tempie, bez zatrzymywania się. Wtedy organizm najlepiej radzi sobie z coraz niższym ciśnieniem.
Po półtorej godziny jesteśmy na Rhino Point - stąd widać nasz cel, hen, w górze. Ścieżka prowadzi dalej przez wulkaniczny stok, nogi zapadają się w żużlu, ale idzie się dość wygodnie. Po godzinie - pierwszy trawers przez oblodzone głazy. Od tej pory aż do samego szczytu będziemy iść bardzo ostrożnie, łapiąc się skał, szukając oparcia dla stóp między śliskimi kamieniami. Jest ciemno, więc nie widać stromych zboczy i przepaści, które zobaczymy w drodze powrotnej. Świta. Na horyzoncie pojawia się czerwona linia. Zmęczenie nagle znika, przyspieszamy. Po 20 min stajemy na szczycie, w momencie gdy słońce wychyla się zza Kilimandżaro. W dole owalny otwór krateru Ash Cone. Jest pięknie i piekielnie zimno (-5 st.), mokre buty zamarzają. Zbieramy się więc z powrotem. Przed nami cały dzień wędrówki na dół. Nagrodą będą stada bawołów, żyraf, zebr, słoni i guźców pasących się na łąkach wokół rzeki Ngare Nanyuki.
Warto wiedzieć
• Waluta. Szyling tanzański, 1000 szylingów = ok. 2,13 zł.
• Wiza. Można kupić np. na lotnisku - 50 dol.
• Dojazd. Do Dar es Salaam można polecieć liniami Swiss - najtańszy bilet ok. 3 tys. zł, lot z przesiadką w Zurychu i międzylądowaniem w Nairobi trwa 9,5 godz.
• Ceny (umowne, w dolarach). Trzydniowe wejście, bez tragarzy - ok. 200; wstęp do parku - 35/12 godz.; nocleg w domku - 20; kemping - 30-50; obowiązkowa opłata za (ewentualną) akcję ratunkową - 20 za osobę; obowiązkowy uzbrojony strażnik - 15.
• Wejście zorganizowane przez agencję turystyczną - od 500 dol. za osobę, w tym wszystkie koszty - polecam Wiliama Msacka, wiliamumsack@yahoo.com.
• Transport. Po Tanzanii najwygodniej poruszać się autobusami i daladala, które dojeżdżają niemal wszędzie. Bilety niedrogie - daladala 200-300 szylingów, autobusy Morogoro - Mikumi - 6 tys.
Są tylko dwie linie kolejowe - pociągi kursują najwyżej trzy razy w tygodniu, są bardzo wolne - bilet III klasy na trasie Dar es Salaam - Morogoro - 5 tys.
• Nocleg. W każdej większej miejscowości są hoteliki i tzw. guest house'y dla miejscowych - ceny niskie, warunki bardzo skromne.
Po trzech dniach w Dar es Salaam jedziemy pociągiem do centralnej Tanzanii. Jeszcze przed odjazdem był spóźniony o 30 godz., teraz, z dalszym opóźnieniem, docieramy do Morogoro. Chcemy tu złapać autobus do Mikumi, gdyż droga wiedzie przez środek Parku Narodowego Mikumi. Można nią przejechać rejsowym autobusem, wtedy nie trzeba płacić za wstęp do rezerwatu, wynajęcie samochodu z kierowcą, noclegi na luksusowych kempingach. Nie stać nas na safari zwane tu game drive - 150 dol. dziennie. Na dworzec autobusowy w Morogoro docieramy przed godz. 6 rano. Kupujemy bilety, zajmujemy miejsca przy oknie i czekamy godzinę, aż autobus się zapełni.
Po godzinie podróży robi się bardziej zielono, pojawiają się znaki ostrzegające o dzikich zwierzętach i zakazie polowania. Mijamy granice parku Mikumi, kierowca nic sobie nie robi z ograniczenia prędkości. Wpatrujemy się w zielony gąszcz, ale widać tylko piękne, spłaszczone od góry akacje na sięgającej horyzontu równinie. Ale po chwili dostrzegamy guźca, zaraz potem aardvarka - zwierzątko wielkości świni, z długim ryjkiem. Parę kilometrów dalej mijamy wielkie stado antylop Granta, grupkę słoni i kilkadziesiąt pasących się spokojnie zebr. 50 km mija niepostrzeżenie, wysiadamy w Mikumi.
Jej wysokość Mount Meru
Mount Meru , druga co do wysokości góra w Tanzanii i w Afryce jest o 1500 m niższa od najwyższego szczytu - Kilimandżaro. Wejście na Meru ma także tę zaletę, że można je zorganizować samodzielnie. W dodatku wędruje się przez Park Narodowy Arusha - trekking jest więc jednocześnie okazją do obserwowania dzikich zwierząt, ale wędrować można tylko od godz. 10 do 15, potem zwierzęta muszą mieć spokój. Do Arushy (baza wypraw na Meru) docieramy z Babati wczesnym popołudniem. Idziemy wcześnie spać, bo nazajutrz musimy wstać przed godz. 5 (autobus do parku Arusha jeździ tylko raz dziennie o godz. 13, to za późno na rozpoczynanie trekkingu). Jedziemy więc o 6 rano daladalą do Usa River, a tam łapiemy okazję do Momela Gate.
Regulujemy należności, witamy się z Dominikiem (przydzielony nam uzbrojony strażnik) i o godz. 9 ruszamy. Jest piękna pogoda, ale szczytu nie widać - skrył się za chmurami. Nikt nie wierzy, że wejdziemy bez tragarzy i kucharza, a w dodatku dłuższą z dwóch dostępnych pierwszego dnia tras. W ciągu pierwszego kwadransa spotykamy stado żyraf i guźców pasących się na rozległej łące. Zaraz potem wchodzimy między gęste krzaki prosto na schowanego w nich guźca. Między gałęziami widzimy też ridboki (podobne do sarny) i jeszcze większe buszboki. Mijamy ogromne drzewo figowe, którego pień, z dziurą w środku, stoi w rozkroku nad drogą. Kawałek dalej stajemy jak wryci. Spomiędzy zarośli wystaje głowa żyrafy. Zwierzę przygląda się nam z nie mniejszym zainteresowaniem niż my jemu. Dominik nasłuchuje i zapowiada, że gdzieś w pobliżu są gerezy abisyńskie - rzadkie małpy z rodziny makakowatych, z długim czarno-białym futrem. Zagrożone wyginięciem, są bardzo płochliwe. Mamy szczęście, że udało nam się je zobaczyć. Spotykamy jeszcze dwa rodzaje kameleonów, geneta (cętkowany drapieżny kot) i suni, najmniejszą antylopę świata. Jest też mnóstwo wielkich, kolorowych motyli. Podczas pieszych wędrówek przez rezerwat można spotkać dużo więcej zwierząt niż na samochodowym safari. Ale są też minusy - tropikalna ulewa, która zrywa się niespodziewanie, moczy nas kompletnie.
Zbliżamy się do pierwszej bazy, mijając księżycowy krajobraz otaczający podstawę wulkanicznego krateru Ash Cone. Na zboczach z czarnych kamieni rosną niskie drzewa o rozłożystych gałęziach porośnięte mchami. W wilgotnym powietrzu ich zieleń jest niemal fosforyzująca. W bazie czeka na nas taras z widokiem na wystający nad chmury czubek Kilimandżaro. Dominik ostrzega nas, by po zmroku poruszać się z latarką. Mimo że jesteśmy na wysokości 2500 m, można spotkać słonia lub bawołu. Rano natykamy się na odchody obu wielkich ssaków.
Powoli pod górę
Cały dzień wchodzimy powoli pod górę. Wycięte w niej stopnie prowadzą przez kolejne strefy klimatyczne. Podziwiamy czerwone kule lilii zwanej fireball, dzwonkowate, pomarańczowe irysy i fioletowe gladiole. W połowie drogi spoglądamy na dobrze dziś widoczny Meru. Po sześciu godzinach docieramy do drugiej bazy, tuż przed kolejną ulewą. Kiedy się trochę przejaśnia, idziemy na Little Meru (3800 m) sprawdzić, jak organizm zareaguje na tę wysokość - na szczęście nie mamy żadnych niepokojących objawów. Zaczyna lać. Idziemy w strugach zimnego deszczu. Ścieżka zamienia się w rwącą rzeczkę, a ze szczytu nic nie widać. O godz. 18 kładziemy się spać. Pobudka o północy: gorące kakao, 5 l wody do plecaka, i ruszamy. Pogoda idealna: bezchmurne niebo, gwiazdy, widać wyraźnie Little Meru i Kilimandżaro. Idziemy noga za nogą za Dominikiem, w równym tempie, bez zatrzymywania się. Wtedy organizm najlepiej radzi sobie z coraz niższym ciśnieniem.
Po półtorej godziny jesteśmy na Rhino Point - stąd widać nasz cel, hen, w górze. Ścieżka prowadzi dalej przez wulkaniczny stok, nogi zapadają się w żużlu, ale idzie się dość wygodnie. Po godzinie - pierwszy trawers przez oblodzone głazy. Od tej pory aż do samego szczytu będziemy iść bardzo ostrożnie, łapiąc się skał, szukając oparcia dla stóp między śliskimi kamieniami. Jest ciemno, więc nie widać stromych zboczy i przepaści, które zobaczymy w drodze powrotnej. Świta. Na horyzoncie pojawia się czerwona linia. Zmęczenie nagle znika, przyspieszamy. Po 20 min stajemy na szczycie, w momencie gdy słońce wychyla się zza Kilimandżaro. W dole owalny otwór krateru Ash Cone. Jest pięknie i piekielnie zimno (-5 st.), mokre buty zamarzają. Zbieramy się więc z powrotem. Przed nami cały dzień wędrówki na dół. Nagrodą będą stada bawołów, żyraf, zebr, słoni i guźców pasących się na łąkach wokół rzeki Ngare Nanyuki.
Warto wiedzieć
• Waluta. Szyling tanzański, 1000 szylingów = ok. 2,13 zł.
• Wiza. Można kupić np. na lotnisku - 50 dol.
• Dojazd. Do Dar es Salaam można polecieć liniami Swiss - najtańszy bilet ok. 3 tys. zł, lot z przesiadką w Zurychu i międzylądowaniem w Nairobi trwa 9,5 godz.
• Ceny (umowne, w dolarach). Trzydniowe wejście, bez tragarzy - ok. 200; wstęp do parku - 35/12 godz.; nocleg w domku - 20; kemping - 30-50; obowiązkowa opłata za (ewentualną) akcję ratunkową - 20 za osobę; obowiązkowy uzbrojony strażnik - 15.
• Wejście zorganizowane przez agencję turystyczną - od 500 dol. za osobę, w tym wszystkie koszty - polecam Wiliama Msacka, wiliamumsack@yahoo.com.
• Transport. Po Tanzanii najwygodniej poruszać się autobusami i daladala, które dojeżdżają niemal wszędzie. Bilety niedrogie - daladala 200-300 szylingów, autobusy Morogoro - Mikumi - 6 tys.
Są tylko dwie linie kolejowe - pociągi kursują najwyżej trzy razy w tygodniu, są bardzo wolne - bilet III klasy na trasie Dar es Salaam - Morogoro - 5 tys.
• Nocleg. W każdej większej miejscowości są hoteliki i tzw. guest house'y dla miejscowych - ceny niskie, warunki bardzo skromne.
-
Tanzania. Wspinaczka na Mount Meru
sowa_46
18.03.11, 02:37
Ile osób było w Waszej grupie i jakiej wielkości grupa jest odpowiednia do takich wędrówek?Może autor tu zajrzy i odpowie :-))»
- hotele
- loty
- Oferty Booking.com
- Oferty FRU.PL
Podróże.gazeta.pl na Facebooku
Aktualna oferta

Podróżuj z nami co tydzień.
Przykładowy newsletterZaplanuj wakacje
Polska na weekend
Kontakt z redakcją
- ul. Czerska 8/10
- 00-732 Warszawa
- redakcja.podroze@gazeta.pl
















