Z pasją o podróżach, wycieczkach i wyjazdach

Indie nieturystyczne. Parkala

  • Pin It
Kalina Jankowska
28.02.2011 , aktualizacja: 28.02.2011 14:36
A A A Drukuj
Targ kwiatowy w Udupi Fot. Patryk Machaj Targ kwiatowy w Udupi
Dosyć turystycznych rejonów Indii. Teraz chcemy zakosztować normalnego życia, zbliżyć się do ludzi i żyć jak oni. Parkala w stanie Karnataka nadaje się do tego indealnie.
Jaśmin we włosach
Fot. Patryk Machaj
Jaśmin we włosach
Dosyć się najeździliśmy po turystycznych miejscach Indii. Teraz chcemy zakosztować normalnego życia, zbliżyć się do ludzi i żyć jak oni na tyle, na ile się da. Nadarza się okazja, bo Viśwa, właściciel i kierownik szkółki artystycznej dla dzieci, którego poznaliśmy kilka lat temu, zaprasza mnie i mojego męża na swój ślub. Telepiemy się więc pociągiem przez dwa dni i dwie noce z północy kraju na południe - do Parkali w stanie Karnataka. Wioska leży wśród bujnej tropikalnej zieleni, ok. 10 km od Oceanu Indyjskiego. Do najbliższego miasteczka Manipal mamy stąd 3 km, do trochę większego Udupi - 9.

Rytm dnia

Chociaż ślub odbył się 15 maja (ponad trzy miesiące temu), ciągle mieszkamy w Chandra School of Art, czyli Księżycowej Szkole Artystycznej („ćandra” to w sanskrycie „księżyc”). Na niej banner z nazwą po angielsku i w języku kannada, którym mówi ponad 50 mln osób (w Parkali używa się również tulu, z tej samej rodziny języków, tyle że nie istnieje w piśmie). Nasz tymczasowy dom jest prosty, przyjazny, bezpretensjonalny. Codziennie po południu odbywają się tu lekcje, więc przez pokój, w którym śpimy na matach rozłożonych na podłodze, stale przewijają się ludzie. Ale cóż - w Indiach nie istnieje pojęcie prywatności.

Rano wstajemy, kąpiemy się, robimy ręcznie pranie, pichcimy śniadanie. Ok. godz. 10 przychodzi Viśwa i odmawia krótką modlitwę przed ołtarzykiem Ganeśa w swoim gabinecie. Potem wszyscy troje pracujemy aż do obiadu. My zajmujemy się głównie pisaniem podań o sponsorowanie szkoły bądź o dotacje na rezydencje artystyczne dla Viśwy i jego uczniów. Ok. godz. 14 Viśwa idzie do domu na obiad, a my jedziemy autobusem do naszej ulubionej knajpki wegetariańskiej w Manipalu. Po obiedzie wracamy do szkoły, gdzie Viśwa i jeden z nauczycieli prowadzą już lekcje rysunku bądź malowania. My mamy czas wolny - ja maluję, a mąż dalej pisze i poprawia podania o granty. Po godz. 16 Lakszmi, żona Viśwy, robi dla wszystkich dorosłych masala ćaj - herbatę z mlekiem, cukrem i korzennymi przyprawami. Ok. 18 zaczyna gotować kolację. Na moją prośbę od paru tygodni uczy mnie tajników kuchni południowoindyjskiej. Tłuczemy i smażymy przyprawy, rozbijamy i mielemy kokosy, kroimy i dusimy warzywa z przyprawami, gotujemy wielki gar ryżu (nigdy nie wiadomo, czy ktoś nie wpadnie). Lekcje kończą się ok. 19, a ok. 20 jemy kolację, która jest tak samo dużym posiłkiem jak obiad. Potem Viśwa znowu modli się przed swoim ołtarzem i przed Ganeśą (bóg pod postacią człowieka z głową słonia). W wielu domach i biurach hinduskich dzień rozpoczyna się i kończy modlitwą, zapaleniem lampki oliwnej na ołtarzu bóstw, paleniem kadzideł.

Jest tak ciepło i wilgotno, że trzeba się kąpać przynajmniej raz, a często dwa razy dziennie. Co rano zakłada się świeżo uprane ubrania, a często po południu przebiera się po raz wtóry (stąd w całych Indiach tyle prania i tyle pięknych sari, powiewających na sznurkach, wiszących na płotach, suszących się na trawie). Hindusi są niewiarygodnie czyści. Nawet bezdomni codziennie się kąpią lub myją. Niemal w każdej świątyni jest łazienka, gdzie bezpłatnie można się umyć, bądź basen świątynny, gdzie można się wykąpać. Nie mówiąc o jedzeniu - przynajmniej raz dziennie można przyjść na darmową (wspaniałą) michę. Zgodnie z tradycją w promieniu kilku kilometrów od świątyni nikt nie powinien głodować.

W naszej łazience i toalecie zawsze jest bieżąca woda. W Indiach nie zawsze tak bywa. Jedną z przyczyn jest niewystarczająca ilość elektryczności - wodę pompuje się ze studni do zbiorników na dachach, żeby było ciśnienie w kranach. Codziennie myjemy się do woli, po uprzednim nabraniu wody do kubła. Woda tylko chłodna, ale za to klimat gorący. Toaleta też wspaniała - staje się na "łapkach" i kuca (jest to o wiele zdrowsze niż siedzenie na sedesie). Zamiast papieru toaletowego kubeł z wodą i małym kubeczkiem używanym do podmywania (jest to o wiele bardziej higieniczne niż papier toaletowy). Należy pamiętać, że w Indiach je się tylko prawą ręką, bezpośrednio, a nie sztućcami. Resztę w sklepie podaje się tylko prawą ręką, przyjmuje się wszystko od innych osób też tylko prawą ręką - tak nakazuje dobry obyczaj.

Mamy małą, prostą kuchnię. Parę naczyń ze stali nierdzewnej (takich używa się w całych Indiach), kuchenka gazowa dwupalnikowa (to zadziwiające, że w wielodzietnych rodzinach hinduskich są głównie takie kuchenki, a tyle jest zawsze dań ze świeżo ugotowanych składników!). Lodówki nie mamy - w południowych Indiach prawie nikt ich nie ma. Jedzenie kupujemy prawie codziennie, bo jak coś zostanie, to na pewno dobiorą się mrówki lub szczury. Noszę sari, najpiękniejszy strój dla kobiet, jaki znam. Po parotygodniowej wprawie wiązanie sari zajmuje mi ok. 15 min, bez pomocy Lakszmi (na początku zabierało mi to godzinę). Sari to kawał materiału długości ok. 6 m. Wkłada się pod nie bluzeczkę do pasa (wprowadzili ją pruderyjni wiktoriańscy Brytyjczycy) i halkę-spódnicę sięgającą do kostek. W odpowiednio założonym sari kobiecie nie widać ani kostek, ani halki. Moda kobieca w południowych Indiach, przynajmniej w mniejszych, tradycyjnych miejscowościach, sprowadza się do posiadania najprzeróżniejszych, bajecznie kolorowych sari - dwóch takich samych jeszcze nie widziałam. Codziennie, jak miliony Hindusek, kupuję kwiaty do włosów, zwykle cudownie pachnący orientalny jaśmin. Wszystkie kobiety w stanie Karnataka (a więc i ja) noszą dźwięczące bransoletki (najlepiej szklane) i srebrne łańcuszki na stopy. Mężatki noszą srebrne obrączki na drugich (od największych) palcach u stóp. Jeśli jakiś przystojny dżentelmen chce sprawdzić, czy kobieta jest mężatką, patrzy na stopy, a nie, jak u nas, na serdeczny palec prawej dłoni.

Parkala

Nikt nie potrafi powiedzieć, ilu mieszkańców ma Parkala, pewnie kilka tysięcy. Jedna główna ulica (przelotowa szosa) ze sklepami, w których jest mydło i powidło. Koło sklepów leżą na ziemi świeże kokosy (do picia na miejscu, 7 rupii, ok. 50 gr). Największa jest świątynia Śiwy, w okolicy jest też kilka świątyń Dewi (boska matka, żeńska manifestacja energii kosmicznej). Na głównej ulicy oprócz ludzi, samochodów, autobusów, motocykli, auto-rykszy (dwunapędowe taksówki) leniwie chodzą święte krowy, bawią się koty, spadają dojrzałe owoce mango i wyrzucane są śmieci, których kupki podpala się każdego wieczora. Wszędzie chodzą krowy, bezdomne psy oraz kozy i wyjadają odpadki - swoisty indyjski recykling.

W Parkali jest parę knajpek, do których czasami wpadamy coś przegryźć. Najczęściej sada dosa - rodzaj placków ryżowo-grochowych z białym, ostrym sosem ze świeżego kokosa (6 rupii, ok. 45 gr), do kompletu sambar - ostra zupka-sos. W każdej knajpce jest obowiązkowo zlew - przed jedzeniem (i po) wszyscy myją prawą dłoń i płuczą usta.

Pewnie do dziś Parkala byłaby wiochą zabitą dechami, gdyby przed 20 laty nie zaczęły się budować wielkie uczelnie w Manipalu. Jest tu uniwersytet MAHE (Manipal Academy of Higher Education), Akademia Medyczna (Kasturba Medical Collage) - wielki, nowoczesny szpital MIT (Manipal Institute of Technology) i kilkanaście innych uczelni. Średnia wieku w Manipalu to chyba 20 lat - tylu jest tu studentów z całych Indii, Azji, Europy, a nawet z Australii. Wykłady prowadzone są w języku angielskim. Na każdym rogu międzynarodowe firmy przesyłkowe, kafejki internetowe, kilka pubów i kafejek w zachodnim stylu, gdzie wypijemy cappuccino i cafe latte. Ceny odpowiednie, np. w sieciowej kawiarni Café Coffee Day cafe latte kosztuje ok. 100 rupii, a zwykła kawa w zwykłej knajpce 5-10 rupii (1 zł = 15 rupii).

Większe od Parkali jest Udupi, miasto Pana Gwiazd (w sanskrycie "udu" to gwiazdy, "pa" - Bóg, Pan). A Pan Gwiazd to Księżyc (Viśwa twierdzi, że taka interpretacja nazwy to propaganda braminów z lokalnej świątyni, aby stworzyć mitologię Udupi). Udupi jest znane głównie ze wspaniałego kompleksu świątyń Kryszny stojących wokół rynku, na którym znajdziemy liczne sklepy z dewocjonaliami, zobaczymy świętych mężów, kobiety (czasami mężczyzn) sprzedające świeże kwiaty, świątynnego słonia błogosławiącego pielgrzymów. Mnie najbardziej podobała się świątynia Śiwy, najstarsza w mieście - wielkie lampy olejne, do których pielgrzymi dolewają oliwy, dźwięczny odgłos dzwonów i dzwoneczków kapłanów odprawiających modły. Piękna jest też niewielka świątynia Ćandra, czyli Boga Księżyca. Panuje tam spokój i nastrój jak w czasie cichej, gorącej nocy na polanie w środku lasu przy pełni księżyca. Warta odwiedzin jest 400-letnia świątynia Matki Kali - Ambalapady Mahakali Temple (ok. 2-3 km od rynku). Dostojna statua Matki Kali w sercu świątyni, cała ze srebra, ma ok. 2 m. Od zewnątrz świątynię pokrywa dziewięć niezwykłych rzeźb Bogini Durgi. Tam, wraz z paroma tysiącami innych osób co piątek bywaliśmy na darmowym, wspaniałym obiedzie (w piątek w stanie Karnataka szczególnie oddaje się hołd Dewi). Gdy słońce zaczyna się chylić ku zachodowi, warto skoczyć na plażę Malpe (3 km od Udupi, dojazd miejskim autobusem z dworca, ok. 20 min). Na plaży trochę palm, mnóstwo ludzi brodzących w wodzie. Parę osób kąpie się (w ubraniu!) w Morzu Arabskim - kobiety w sari, mężczyźni w lungi (kawałek materiału owinięty wokół bioder). Jest tu mnóstwo straganów z chłodnymi napojami, kokosami i czymś do przegryzienia.

Świątynia Sringeri

Ale moim ulubionym miejscem w Indiach jest Sringeri w paśmie niewysokich gór Western Ghats (ok. 2 godz. autobusem od Parkali). Po drodze przejeżdża się przez przepiękny, górzysty i zielony Narodowy Park Agumbe. Sringeri to jedna z czterech indyjskich świątyń, które w IX w. założył święty Śankaćarja w czterech rogach Indii. Przeszedł Indie on pieszo wzdłuż i wszerz, głosząc nauki duchowe płynące z objawień świętych pism Wed. Kompleks świątyń w Sringeri jest przepiękny. Położony wśród soczystej zieleni, po obu brzegach wijącej się rzeki Tungi, gdzie jest taka cisza, że słychać nurt tej rzeki - jej duszę. Jedynym dźwiękiem w okolicy jest krzyk pawi. Sringeri to jedno z niewielu odwiedzonych przez nas miejsc w Indiach, w którym zamieszkała CISZA. Z zakwaterowaniem do trzech dni nie ma problemu - przyświątynny dom pielgrzyma stoi otworem. Pokoiki proste, czyste, z cudownymi widokami na świątynię i Western Ghats (nocleg w pokoju dwuosobowym 75 rupii, czyli 5 zł, wyżywienie bezpłatnie w świątyni).

Raj na ziemi. Kiedyś tam zamieszkamy

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

  • hotele
  • loty
  • Oferty Booking.com
  • Oferty FRU.PL

Podróże.gazeta.pl na Facebooku