Z pasją o podróżach, wycieczkach i wyjazdach

Serce zostało w Afryce

  • Pin It
not. Monika Utnik-Strugała
31.01.2011 , aktualizacja: 31.01.2011 11:05
A A A Drukuj
Afryka, Tam wystarczy po prostu być, by oderwać się od codzienności Fot. Shutterstock Afryka, Tam wystarczy po prostu być, by oderwać się od codzienności
Serce zostało w...Trudno wymienić jeden kraj czy kontynent, ale Afryka jest dla mnie miejscem specjalnym. Tam wystarczy po prostu być, by oderwać się od codzienności - mówi Agnieszka Grudowska, podróżniczka, organizatorka tzw. podróży motywacyjnych.
Afryka na rowerze
Fot. Archiwum Agnieszki Grudowskiej
Afryka na rowerze
A jeśli w dodatku podróżuję na rowerze, jest czas, by przyjrzeć się życiu ludzi i nasycić przyrodą. Pod koniec sierpnia wróciłam z półtoramiesięcznej podróży na rowerze po Zambii i Zimbabwe. Pokonałam ósmy i kawałek dziewiątego z planowanych 24 etapów wyprawy śladami Kazimierza Nowaka, reportera i fotografa. W latach 1931-36 wyruszył w samotną podróż po Afryce, z Trypolisu na Przylądek Igielny i z powrotem na północ do Algieru. Przemierzył ok. 40 tys. km, głównie na rowerze, ale też konno, czółnem, na wielbłądzie. Tę podróż opisywał w reportażach publikowanych na bieżąco w polskich i zagranicznych czasopismach, a także w listach do żony. Zmarł rok po powrocie do kraju na zapalenie płuc.

Nowakiem zainteresował się mój kolega Łukasz Wierzbicki. Przy okazji rozdania Kolosów razem z innymi pasjonatami podróży rowerowych wpadł na pomysł, by zorganizować wyprawę śladami słynnego podróżnika. Jednej osobie byłoby trudno pokonać tak długą trasę, powstał więc rodzaj sztafety. W każdym etapie biorą udział cztery osoby. Staramy się jak najwierniej odtworzyć trasę, jaką pokonał: odnaleźć miejsca, w których był, odszukać wspomniane przez niego osoby. Przejechałam ponad 1700 km na rowerze górskim marki Brennabor. Na brennaborze podróżował też Nowak, z tym, że jego model był typowym miejskim jednośladem z lat 30., a nie wytrzymałym "góralem". Niebawem chcę ponownie wziąć udział w sztafecie - myślę o odcinku prowadzącym przez Angolę.

Niezapomniane spotkanie miało miejsce...

w Tarze, niewielkiej miejscowości w południowej Zambii. Nowak zatrzymał się tam 80 lat temu na dwa dni, by zregenerować siły - chcieliśmy zobaczyć to miejsce. Przy stacji kolejowej spotkaliśmy tzw. head of the village, opowiedzieliśmy mu o wyprawie i spytaliśmy, czy w jego wiosce żyje ktoś, kto pamięta polskiego podróżnika. Zaprowadził nas do staruszka, który sam kiedyś był "głową" tej wioski, a teraz pędził spokojny żywot w glinianym domku. Nikt nie wiedział dokładnie, ile ma lat, ale wszyscy zgodnie twierdzili, że co najmniej 90. Spytaliśmy go o Nowaka i pokazaliśmy zdjęcie. Powiedział nam, że kiedy był małym chłopcem, do wioski przyjechał biały mężczyzna na rowerze. Potem przez kilka lat mieszkańcy wspominali ten dzień, bo dla nich to było wielkie wydarzenie. Naszej wizyty też pewnie prędko nie zapomną.

Chciałabym jeszcze raz...

wziąć udział w obchodach Dnia św. Jana na wybrzeżu wenezuelskim - w najbardziej afrykańskim rejonie tego kraju. W najdłuższą noc w roku potomkowie niewolników pracujących na plantacjach trzciny cukrowej organizują 24-godzinne święto. Na głównym rynku rozstawiają figurki świętego pożyczone z kościołów, a potem tańczą w rytm hipnotycznego dźwięku bębnów tambores. Leje się rum i guarapita (lokalna wódka). O północy barwny korowód idzie nad rzekę, gdzie odbywa się rytualna kąpiel.

W Afryce niezwykłe wrażenie zrobił na mnie...

spływ rzeką Zambezi. W dzień kluczyliśmy między krokodylami i hipopotamami, w nocy rozbijaliśmy namioty na niewielkich wysepkach. Podróżowaliśmy tak pięć dni, myjąc się w wiaderku, bo do rzeki strach było wejść.

Afrykańskie potrawy...

nie są zbyt wyszukane. Podczas wyprawy śladami Nowaka czasami zatrzymywaliśmy się u misjonarzy i tam przyrządzano dla nas prawdziwe pyszności. Ale najczęściej nocowaliśmy w wioskach i jedliśmy to, co tubylcy, czyli rozgotowaną papkę z mąki kukurydzianej, zupełnie bez smaku, ale za to niezwykle odżywczą i zapychającą żołądek. Czasem podawana jest z fasolką, czasem z jajkiem lub z kawałkiem mięsa. W Zambii nazywa się nsima, w Zimbabwe sadza, a jeszcze gdzie indziej - ugali. W sklepach kupowaliśmy kaszki, mleko w proszku, zupki chińskie i ciastka. Miejscowości Zimbabwe dzieliliśmy na mniejsze - wioski, i większe - miasteczka. Jeśli można było dostać zupkę, to znaczy, że byliśmy w miasteczku. Za to coca-colę można kupić prawie wszędzie.

Nigdy nie zapomnę...

roku spędzonego w Indonezji. Kończyłam właśnie studia zarządzania na Uniwersytecie Warszawskim, zaczęłam pracować, miałam wytyczoną tzw. ścieżkę kariery. Nie mogłam się pogodzić z tym, że odtąd będę miała tylko dwutygodniowe urlopy, za bardzo ciągnęło mnie do podróży. Postanowiłam przedłużyć sobie studenckie życie i znalazłam stypendium kulturoznawcze. Artystką nie jestem, ale wśród takich zajęć, jak taniec indonezyjski czy gra na tradycyjnym instrumencie, zaplanowano też naukę języka indonezyjskiego, który (tłumaczyłam sobie) na pewno mi się przyda w kontaktach biznesowych.

I tak trafiłam do Yogyakarty na Jawie. Nazwałam ją "Krakowem na Jawie", bo tak jak stolica Małopolski Yogya jest miastem kultury. Jest tu m.in. kamienna świątynia Borobudur - jeden z cudów świata, największa budowla buddyjska na świecie wzniesiona przez władców z dynastii Sailendra. Jest świątynia hinduistyczna Prambanan i Pałac Sułtana. Są wyższe uczelnie, do których zjeżdża młodzież z całej Indonezji. Ludzie są bardzo mili i bardzo ciekawi, żeby nie powiedzieć - wścibscy. Gdy wychodziłam z domu, zawsze pytali: Gdzie idziesz, po co, dlaczego. Gdy wracałam, dopytywali: Skąd przychodzisz, co robiłaś. Podróżowałam po całym kraju, odwiedzaliśmy się wzajemnie z innymi uczestnikami stypendium, braliśmy udział w różnych wspólnych przedsięwzięciach. Jak w filmie "Jak to się robi", "śpiewem i tańcem zarabiałam na życie". To było wspaniałe międzynarodowe towarzystwo. Pamiętam niekończące się rozmowy o sztuce, polityce, kulturze. I indonezyjską różnorodność, bo kraj leży na tysiącach wysp, a każda ma swoją specyfikę.

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

  • hotele
  • loty
  • Oferty Booking.com
  • Oferty FRU.PL

Podróże.gazeta.pl na Facebooku