Serce zostało w Boliwii
10.01.2011
, aktualizacja: 06.01.2011 14:12
Serce zostało w... Boliwii. To już dziesięć lat minęło od mojej trwającej miesiąc wyprawy do Ameryki Południowej. Wspomina Maria Przyszychowska, malarka
ZOBACZ TAKŻE
- Rumunia, Maramuresz, Norwegia, Mazowsze - podróże życia (18-06-11, 06:00)
W Peru i Brazylii spędziliśmy tylko kilka dni, resztę czasu poświęcając na spotkania z Boliwią, a przede wszystkim z jej mieszkańcami. Naszym przewodnikiem był mój szwagier, który spędził w tamtych stronach sporo czasu - najpierw zwiedzając, a potem pracując w sierocińcu prowadzonym przez polskie siostry zakonne (wiele ciekawych informacji można znaleźć na stronach stworzonego przez niego przewodnika: www.boliwia.net.pl). Dzięki temu mogliśmy poznać prawdziwe życie na prowincji. Boliwia jest mi bliska również dlatego, że od kilku lat mam w rodzinie Indiankę z tego kraju. Poza tym jego górzyste rejony są ojczyzną alpak - cudownych zwierzaków o wyjątkowej wełnie. Każdy, kto je zobaczy, z miejsca się w nich zakochuje, ja też!
Dojechałam tam...
a właściwie doleciałam z pięcioma przesiadkami, żeby było taniej. Po drodze spędziliśmy noc w rzymskim hotelu i jedną na ławce na lotnisku w Rio de Janeiro, czekając na połączenie. To była wyjątkowo długa podróż, po której mieliśmy przez dłuższy czas wstręt do lotnisk i uśmiechniętych stewardes.
Niezapomniany dzień...
przeżyłam w Peru na Machu Picchu. Miejsce to zrobiło na mnie wielkie wrażenie, ale pozostanie niezapomniane z powodu mojej - delikatnie rzecz ujmując - niefrasobliwości. Gdy dotarliśmy tam po dwudniowej wspinaczce Drogą Inków, zdjęłam ciężki plecak, ściągnęłam z szyi torebkę z paszportem i pieniędzmi, położyłam tuż obok na ławce i... zostawiłam. Potem zeszliśmy do położonego w dolinie miasteczka Aguas Calientes, by złapać pociąg do Cuzco. Nieświadoma straty czekałam na pociąg, popijając wodę, gdy wtem podszedł do mnie jakiś Peruwiańczyk pytając: - Maria? Zdębiałam. Trzymał w ręce mój paszport i szukał wśród turystów osoby ze zdjęcia. Miałam niewiarygodne szczęście! Pieniądze z torebeczki zniknęły, ale był paszport i można było jechać dalej.
Najlepsze wakacje spędziłam...
na Suwalszczyźnie. Od kilku lat wybieramy takie miejsca, w których można pojeździć konno. Ostatnie wakacje spędziliśmy w pięknie położonej wśród pagórków stajni Okliny. Siedlisko to leży z dala od drogi, wokół jedynie zielone łąki, na których pasą się konie. Cisza, spokój, konie i psy, kąpiele w cudownie przejrzystej Czarnej Hańczy - raj! Właśnie tam po raz pierwszy w życiu ujrzałam pełny łuk tęczy.
W Polsce lubię...
jej różnorodność. Sporo już się po niej najeździłam, ale ciągle jeszcze nie mogę powiedzieć, że ją dobrze znam. Pozostaje wciąż tyle do zobaczenia i doświadczenia, nie trzeba wcale jechać w daleki świat.
Podróżuję z...
mężem. Wszystkie większe eskapady odbyliśmy razem. Mamy też na koncie kilkaset kilometrów na rowerach po Polsce - od Słupska po Przemyśl.
Niebo w gębie poczułam...
w północnej Turcji. Jako nastolatka pojechałam do Samsunu na wymianę młodzieżową. Rodzina, u której mieszkałam, prowadziła restaurację specjalizującą się w lokalnej potrawie o nazwie mante. Są to maleńkie pierożki z nadzieniem z jagnięciny, zanurzone w gęstym jogurcie i obficie posypane bajecznie kolorowymi przyprawami, których nazw już nie pamiętam. Ale wciąż pamiętam ten smak!
Na wyprawę zawsze zabieram...
szkicownik. Bardzo lubię po dłuższym czasie wrócić do wspomnień, oglądając rysunki i przypominając sobie okoliczności ich powstania. Czasem powstaje z nich obraz.
Moja noga nigdy więcej nie postanie...
w "plażowej" miejscowości nad polskim morzem w pełni sezonu. Spędzaliśmy wakacje nad morzem kilka lat z rzędu ze względu na małe dzieci, ale bardzo męczył nas tłum, hałas i wszędobylski handel. Nie potrafię tak odpoczywać. Jeśli pojadę jeszcze nad piękny Bałtyk, to tylko wówczas, gdy będzie tam pusto i zimno.
Wkrótce będę w drodze do...
Londynu. Mam zamiar wybrać się sama w odwiedziny do rodziny i przy okazji utonąć w galeriach (sztuki!).
Wymarzony cel podróży:
za naszą wschodnią granicę. Jeszcze nigdy jej nie przekroczyłam, a bardzo bym chciała pojechać np. na Ukrainę i dalej w stepy.
Maria Przyszychowska jest absolwentką warszawskiej ASP (dyplom w pracowni prof. Jarosława Modzelewskiego, 2003 r., cykl obrazów "Zakonnice"). Uprawia malarstwo i rysunek. Od kilku lat bohaterami jej obrazów są artyści - najczęściej są to przemalowane zdjęcia ukazujące znanych twórców przy pracy i w życiu prywatnym. W foyer warszawskiej redakcji "Gazety Wyborczej" do końca miesiąca można oglądać wystawę "Lubię być kobietą. Nie wiem jak inne kobiety". Znalazły się na niej obrazy Marii Przyszychowskiej inspirowane m.in. filmem poświęconym Alinie Szapocznikow oraz poświęcone kobietom artystkom. Wernisaż w środę 12 stycznia o godz. 19.30, ul. Czerska 8/10, wstęp wolny
Dojechałam tam...
a właściwie doleciałam z pięcioma przesiadkami, żeby było taniej. Po drodze spędziliśmy noc w rzymskim hotelu i jedną na ławce na lotnisku w Rio de Janeiro, czekając na połączenie. To była wyjątkowo długa podróż, po której mieliśmy przez dłuższy czas wstręt do lotnisk i uśmiechniętych stewardes.
Niezapomniany dzień...
przeżyłam w Peru na Machu Picchu. Miejsce to zrobiło na mnie wielkie wrażenie, ale pozostanie niezapomniane z powodu mojej - delikatnie rzecz ujmując - niefrasobliwości. Gdy dotarliśmy tam po dwudniowej wspinaczce Drogą Inków, zdjęłam ciężki plecak, ściągnęłam z szyi torebkę z paszportem i pieniędzmi, położyłam tuż obok na ławce i... zostawiłam. Potem zeszliśmy do położonego w dolinie miasteczka Aguas Calientes, by złapać pociąg do Cuzco. Nieświadoma straty czekałam na pociąg, popijając wodę, gdy wtem podszedł do mnie jakiś Peruwiańczyk pytając: - Maria? Zdębiałam. Trzymał w ręce mój paszport i szukał wśród turystów osoby ze zdjęcia. Miałam niewiarygodne szczęście! Pieniądze z torebeczki zniknęły, ale był paszport i można było jechać dalej.
Najlepsze wakacje spędziłam...
na Suwalszczyźnie. Od kilku lat wybieramy takie miejsca, w których można pojeździć konno. Ostatnie wakacje spędziliśmy w pięknie położonej wśród pagórków stajni Okliny. Siedlisko to leży z dala od drogi, wokół jedynie zielone łąki, na których pasą się konie. Cisza, spokój, konie i psy, kąpiele w cudownie przejrzystej Czarnej Hańczy - raj! Właśnie tam po raz pierwszy w życiu ujrzałam pełny łuk tęczy.
W Polsce lubię...
jej różnorodność. Sporo już się po niej najeździłam, ale ciągle jeszcze nie mogę powiedzieć, że ją dobrze znam. Pozostaje wciąż tyle do zobaczenia i doświadczenia, nie trzeba wcale jechać w daleki świat.
Podróżuję z...
mężem. Wszystkie większe eskapady odbyliśmy razem. Mamy też na koncie kilkaset kilometrów na rowerach po Polsce - od Słupska po Przemyśl.
Niebo w gębie poczułam...
w północnej Turcji. Jako nastolatka pojechałam do Samsunu na wymianę młodzieżową. Rodzina, u której mieszkałam, prowadziła restaurację specjalizującą się w lokalnej potrawie o nazwie mante. Są to maleńkie pierożki z nadzieniem z jagnięciny, zanurzone w gęstym jogurcie i obficie posypane bajecznie kolorowymi przyprawami, których nazw już nie pamiętam. Ale wciąż pamiętam ten smak!
Na wyprawę zawsze zabieram...
szkicownik. Bardzo lubię po dłuższym czasie wrócić do wspomnień, oglądając rysunki i przypominając sobie okoliczności ich powstania. Czasem powstaje z nich obraz.
Moja noga nigdy więcej nie postanie...
w "plażowej" miejscowości nad polskim morzem w pełni sezonu. Spędzaliśmy wakacje nad morzem kilka lat z rzędu ze względu na małe dzieci, ale bardzo męczył nas tłum, hałas i wszędobylski handel. Nie potrafię tak odpoczywać. Jeśli pojadę jeszcze nad piękny Bałtyk, to tylko wówczas, gdy będzie tam pusto i zimno.
Wkrótce będę w drodze do...
Londynu. Mam zamiar wybrać się sama w odwiedziny do rodziny i przy okazji utonąć w galeriach (sztuki!).
Wymarzony cel podróży:
za naszą wschodnią granicę. Jeszcze nigdy jej nie przekroczyłam, a bardzo bym chciała pojechać np. na Ukrainę i dalej w stepy.
Maria Przyszychowska jest absolwentką warszawskiej ASP (dyplom w pracowni prof. Jarosława Modzelewskiego, 2003 r., cykl obrazów "Zakonnice"). Uprawia malarstwo i rysunek. Od kilku lat bohaterami jej obrazów są artyści - najczęściej są to przemalowane zdjęcia ukazujące znanych twórców przy pracy i w życiu prywatnym. W foyer warszawskiej redakcji "Gazety Wyborczej" do końca miesiąca można oglądać wystawę "Lubię być kobietą. Nie wiem jak inne kobiety". Znalazły się na niej obrazy Marii Przyszychowskiej inspirowane m.in. filmem poświęconym Alinie Szapocznikow oraz poświęcone kobietom artystkom. Wernisaż w środę 12 stycznia o godz. 19.30, ul. Czerska 8/10, wstęp wolny
- hotele
- loty
- Oferty Booking.com
- Oferty FRU.PL
Podróże.gazeta.pl na Facebooku
Aktualna oferta

Podróżuj z nami co tydzień.
Przykładowy newsletterZaplanuj wakacje
Polska na weekend
Kontakt z redakcją
- ul. Czerska 8/10
- 00-732 Warszawa
- redakcja.podroze@gazeta.pl












