Planeta Indie
10.12.2010
, aktualizacja: 13.12.2010 13:16
Jeśli usłyszycie opowieść o Indiach, która wyda wam się niewiarygodna, przesadzona, czy wręcz zmyślona, nie osądzajcie swojego rozmówcy. Na tej "planecie" wszystko jest możliwe i każdy może opisać ją inaczej. Poniżej nasza relacja z pierwszego lądowania.
ZOBACZ TAKŻE
- Norwegia. Wizyta w krainie fiordów (16-12-10, 14:43)
- Podróż dookoła świata: Peru - nie tylko Machu Picchu (14-03-11, 09:43)
- Indie. Pocztówka z Delhi. W rytmie tabli (18-07-11, 06:00)
- Indie. Trekking w Ghatach Zachodnich (18-04-11, 06:00)
- Indie. Błękitne Wzgórza w Tamil Nadu (21-03-11, 06:00)
- Tanie loty do Azji: Delhi za 1639PLN, Chiny za 1699PLN (03-03-11, 11:48)
- Indie nieturystyczne. Parkala (28-02-11, 06:00)
- Z Warszawy do Delhi za 1420 PLN w dwie strony (07-02-11, 11:18)
- Indie. Święta z jogą w klasztorze w Kerali (10-01-11, 14:00)
- Mongolia najładniej wygląda w galopie (02-09-10, 11:20)
- Podróż dookoła świata: Indonezja - archipelag tysiąca wysp (15-02-11, 16:42)
- Nowy Jork. Coney Island (13-12-10, 06:00)
- Podróż dookoła świata: Borneo - w sercu dżungli (31-01-11, 13:30)
- Serce zostało w Indiach (20-12-10, 12:47)
- Podróż dookoła świata. Zakochaj się w Wietnamie - część I (02-11-10, 12:34)
- Chiny - pożegnanie bez sentymentów (25-10-10, 11:13)
- Birma wśród nocnej ciszy (17-01-11, 11:21)
- Chiny - osiem dni w Tybecie (11-10-10, 11:03)
- Tajlandia - kraina przyjemności (30-12-10, 14:32)
- Kambodża. W biednym, pięknym kraju (29-11-10, 13:05)
- Zakochaj się w Wietnamie - część 2. (15-11-10, 18:36)
- Chiny - imperium w czerwonym kolorze (13-09-10, 16:47)
- Rosja od zmierzchu do świtu (19-08-10, 16:08)
- Kazachstan - człowiek na torach (12-08-10, 15:14)
- Podróż dookoła świata: Argentyna - wino, kobiety, śpiew i konie (11-04-11, 11:57)
- Podróż dookoła świata: Paragwaj - w sercu Ameryki Południowej (26-04-11, 09:31)
Welcome to India
Idziemy przez lotnisko w New Delhi jak amerykańscy żołnierze wkraczający do Iraku. Mamy oczy dookoła głowy, odmawiamy jakichkolwiek rozmów, trzymamy ręce przy kieszeniach. Na szczęście kierowca wysłany przez hotel po dwóch awaryjnych telefonach odnajduje się i po wstępnym przywitaniu: "Welcome to India my friend", zaprowadza do samochodu. Po chwili dochodzimy do pojazdu, który można nazwać powiększonym skuterem, przeznaczonym maksymalnie dla czterech osób. Niemożliwe okazuje się możliwe - jedzie nas sześcioro, w tym wesoły Argentyńczyk i sporych rozmiarów Amerykanin. Asi plecak dociska mnie do brudnej szyby, zdesperowany próbuję nogami ugnieść Amerykanina. Argentyńczyk z wrażenia gubi szkło kontaktowe, gdy kierowca wymusza pierwszeństwo na wielkiej ciężarówce. Powinniśmy nie żyć po raz pierwszy.
ZOBACZ całą galerię zdjęć z Indii!
New Dehli aż dech zapiera
Albo wstrzymamy oddech, albo zwymiotujemy. Przed nami odcinek z trzema kontenerami wypełnionymi śmiećmi, których "zapach" znieść może jedynie wygłodniała krowa lub pies. Wstrzymujemy więc oddech i przebiegamy na drugą stronę ulicy. Obtrąbia nas okropnym, piskliwym klaksonem kierowca moto-rikszy. Wytrąceni z równowagi omal nie wpadamy w dziurę w chodniku, pod którym płynie ściek czarny jak smoła. Byliśmy już w paru chaotycznych krajach, ale i tak nie potrafimy uwierzyć własnym oczom. New Delhi - za wyjątkiem paru reprezentacyjnych ulic w centrum miasta - wygląda jak zdemolowane podczas krwawych zamieszek. Chodzimy w kółko próbując bezskutecznie wyciągnąć pieniądze z niedziałających bankomatów. Mimo to każdego z nich pilnuje żołnierz z karabinem na ramieniu.
Na starym mieście trwa już prawdziwe zamieszanie. Trafiamy akurat na muzułmańskie święto Eid al-Adha, czyli czas rytualnego skladania ofiar ze zwierzat i dzielenia się mięsem z potrzebującymi. Przez bramy meczetu Jama Masjid wylewa się tłum ludzi z pobłogosławionymi na ofiarę zwierzętami. Wokół kręcą się równierz małpy, psy, wałęsające się bez celu krowy, różnej maści naganiacze i żebracy. Nie mogłem wcześniej uwierzyć w historie o setkach dzieci zagubionych w trakcie pielgrzymek religijnych. Teraz już nie wątpię, że jest to możliwe.
ZOBACZ całą galerię zdjęć z Indii!
Panowie na lewo, panie na prawo
Zostajemy mile zaskoczeni po wejściu do metra. Jest czysto, spokojnie i przede wszystkim przestronnie. Tylko dlaczego jestem tutaj jedynym facetem? Rozglądam się wokoło i widzę same kobiety, w końcu dostrzegam ciekawskie spojrzenia mężcyzn zbitych jak sardynki w drugim przedziale. Domyślam się, że muszę opuścić to przytulne miejsce i docisnąć się do towarzyszy tej samej płci. Na każdej stacji segregacji płciowej pilnuje strażnik, jeśli ktoś umknie jego uwadze kobiety same podniosą rwetes. Wszystko to z szacunku dla płci pięknej oraz ochrony przed molestowaniem w ścisku przez niewyżytych nastolatków. Asia jedzie wniebowzięta w wagonie "Only for ladies", ja tłoczę się z resztą pospólstwa.
ZOBACZ całą galerię zdjęć z Indii!
"Krajoznawcze wycieczki" z dusza na ramieniu
Wracamy wieczorem w godzinie szczytu. Nie liczą się już zasady savoir-vivre'u. Biedny strażnik omal nie zostaje zadeptany przez samców z furią w oczach szturmujących wagon kobiecy - wśród nich znajduję się ja. W połowie tunelu stajemy na dobre - dwadzieścia, sześćdziesiąt, sto minut mija w nerwowym oczekiwaniu. Pierwszy raz w życiu zaczynam mieć ataki klaustrofobii. Po dwóch godzinach docieramy na najbliższą stację, aby dowiedzieć się, że dalej nie pojedziemy z powodów technicznych. Delhi to ogromne, trzynastomilionowe miasto - do hostelu mamy jeszcze dwadzieścia kilometrów. O tej porze i w tych okolicznościach jesteśmy zdani na łaskę cwanych taksówkarzy, oferujących "krajoznawcze wycieczki" za sto i więcej dolarów. Zatrzymuje się w końcu stara, zdezelowana gablota, pamiętająca czasy Mahatmy Gandhi'ego. Chyba dopisało nam szczęście - uśmiechnięty Sikh za kierownicą ma uczciwe spojrzenie. Po krótkej jeździe zaczynamy jednak krążyć po coraz ciemniejszych ulicach, bo Sikh - jak twierdzi, jeszcze nigdy nie był w tej części miasta i nie wie jak jechać. Wyciągam z plecaka gaz łzawiący i patrzę na każdy ruch kierowcy. Tym razem niepotrzebnie - wjeżdżamy w znajomą ulicę i z radości prawie wyskakujemy z samochodu. Sikh wścieka się, że nie wiedział przy ustalaniu ceny, że odległość będzie taka duża. Radzę mu myśleć pozytywnie i zamykam bez słowa drzwi taksówki. Docieramy bezpiecznie do spokojnego hostelu i siadamy w cichym ogrodzie aby z innymi gośćmi podzelić się przeżyciami minonego dnia.
ZOBACZ całą galerię zdjęć z Indii!
Rishikesh duchowym sanatorium
Jechaliśmy do Rishikesh'u - świętego miejsca hinduizmu i światowej stolicy jogi i medytacji, aby wyciszyć się na krótko przed kolejnym zanurzeniem w kakofonię hinduskiej cywilizacji. Zostaliśmy tam przez tydzień - eskperymentując z najwrażliwszym organem człowieka - duszą. Zaczęliśmy jak typowi biali turyści: kupiliśmy sobie szerokie spodnie, koszulki z napisem "Om" (święte słowo hinduizmu), dostaliśmy za dziesięć rupii czerwoną kropkę na czoło z błogosławieństwem od brahmina, i tym samym w ciągu kilku godzin wyglądaliśmy jak sadhu (święty mędrzec) na wakacjach . Zaszliśmy następnie do księgarni, aby nabyć parę książek: "Droga jogi", "Podstawy hinduizmu" i "Wspomnienia o Babie" (Baba to inaczej mistrz, guru). Zapytaliśmy przyjaźnie nastawionego księgarza, czy nie zna jakiegoś dobrego miejsca do rozpoczęcia przygody z jogą. Mężczyzna zadumał się i odrzekł głosem pełnym powagi: "Wiele osób przyjeżdża do Rishikesh'u, płaci dużo pieniędzy i nie dostaje tego co chce. Myślę, że powinniście pójść do aszramu".
ZOBACZ całą galerię zdjęć z Indii!
Aszram - (nie)udana wędrówka w głąb siebie
Rishikesh słynie z aszramów (hinduistycznych klasztorów), odkąd w 1968 roku do jednego z nich przyjechali Beatlesi na spotkanie z guru Maharishi Maheshem. Aszram Beatlesów jest obecnie w stanie ruiny zamieszkanej jedynie przez małpy, ale jego miejsce zapełniły tuziny innych o gorszej lub lepszej reputacji. Księgarz zaprowadził nas do aszramu, w którym sam pobierał nauki. Trzeba przyznać, że na pierwszy rzut oka jego wnętrze wywarło na nas magiczne wrażenie. Główny hol do medytacji w kształcie wielkiego koła, tonie w półmroku i bezwzględnej ciszy. W jego ścianie wykuto wnęki - mini pieczary, w których jak kamienne posągi tkwią uczniowe sztuki medytacji. Nie wiem dlaczego, ale spodobała się nam surowość tego miejsca. "Jeśli mamy czegoś spróbować, to najlepiej u źródła, prawdziwie i głęboko" - powiedzieliśmy do siebie i postanowiliśmy zostać. Czar prysnął, kiedy zobaczyliśmy pokój, w którym przyszło nam spędzić kilka kolejnych dni. Brudny, mroczny, zimny, odpychający - przekraczał nasz wyrobiony w podróży system odporności. Jak można się zrelaksować i wyciszyć w miejscu, w którym wszystko mówi ci: "Uciekaj!"? Jak można być bliżej natury tam, gdzie przez okno widać tylko gruzy i blaszane ogrodzenie, a uliczny hałas nie pozwala zasnąć?
ZOBACZ całą galerię zdjęć z Indii!
Udaliśmy się na kolację z nadzieją porozmawiania z innymi "kuracjuszami" i rozweselenia trochę duszy. Do jedzenia dostaliśmy zimną breję, a za rozmówcę mieliśmy przygłuchego dziadka, który raz po raz wpadał w krótkie stany medytacji. Po kolacji czekało nas jeszcze obowiązkowe aarti - czyli ceremonia dziękczynna dla guru i opiekuńczych bogów. Czuliśmy się niezręcznie śpiewając pieśni, których słów nie rozumiemy i uczestnicząc w obcych rytuałach. Po aarti nastąpiła dwógodzinna medytacja - stanowczo za długa jak na nasze możliwości. Po męczącej nocy spędzonej na bitwie z myślami ostatecznie bladym świtem spakowaliśmy się i uciekliśmy z tego więzienia na własne życzenie. Nie chcę w tym tekście potępiać broń Boże niczego i nikogo. To tylko i wyłącznie nasza wina, że nieprzygotowani udaliśmy się do miejsca dla ludzi z konkretnym celem - pogłębianiem medytacji. Surowość egzystencji nas przerosła, choć można znaleźć aszramy wygodniejsze, bardziej nastawione na duchową turystykę (nasz znajomy księgarz oskarżał je jednak o zbytnią komercję). Wróciliśmy z dziecięcą radością do naszego cudownego pokoiku w hostelu na szczycie wzgórza, gdzie kadżego poranka wchłanialiśmy to, co jest najbardziej potrzebne do spokoju ducha - słoneczną energię. Wykupiliśmy sobie zwykłe lekcje jogi, pomiędzy którymi leniuchowaliśmy na tarasie popijając herbatę z miodem i żeń-szeniem. Udało mi się także dokonać rytualnej kąpieli w Gangesie, który w tym miejscu zdaje się być wyjątkowo czysty.
Idziemy przez lotnisko w New Delhi jak amerykańscy żołnierze wkraczający do Iraku. Mamy oczy dookoła głowy, odmawiamy jakichkolwiek rozmów, trzymamy ręce przy kieszeniach. Na szczęście kierowca wysłany przez hotel po dwóch awaryjnych telefonach odnajduje się i po wstępnym przywitaniu: "Welcome to India my friend", zaprowadza do samochodu. Po chwili dochodzimy do pojazdu, który można nazwać powiększonym skuterem, przeznaczonym maksymalnie dla czterech osób. Niemożliwe okazuje się możliwe - jedzie nas sześcioro, w tym wesoły Argentyńczyk i sporych rozmiarów Amerykanin. Asi plecak dociska mnie do brudnej szyby, zdesperowany próbuję nogami ugnieść Amerykanina. Argentyńczyk z wrażenia gubi szkło kontaktowe, gdy kierowca wymusza pierwszeństwo na wielkiej ciężarówce. Powinniśmy nie żyć po raz pierwszy.
ZOBACZ całą galerię zdjęć z Indii!
New Dehli aż dech zapiera
Albo wstrzymamy oddech, albo zwymiotujemy. Przed nami odcinek z trzema kontenerami wypełnionymi śmiećmi, których "zapach" znieść może jedynie wygłodniała krowa lub pies. Wstrzymujemy więc oddech i przebiegamy na drugą stronę ulicy. Obtrąbia nas okropnym, piskliwym klaksonem kierowca moto-rikszy. Wytrąceni z równowagi omal nie wpadamy w dziurę w chodniku, pod którym płynie ściek czarny jak smoła. Byliśmy już w paru chaotycznych krajach, ale i tak nie potrafimy uwierzyć własnym oczom. New Delhi - za wyjątkiem paru reprezentacyjnych ulic w centrum miasta - wygląda jak zdemolowane podczas krwawych zamieszek. Chodzimy w kółko próbując bezskutecznie wyciągnąć pieniądze z niedziałających bankomatów. Mimo to każdego z nich pilnuje żołnierz z karabinem na ramieniu.
Na starym mieście trwa już prawdziwe zamieszanie. Trafiamy akurat na muzułmańskie święto Eid al-Adha, czyli czas rytualnego skladania ofiar ze zwierzat i dzielenia się mięsem z potrzebującymi. Przez bramy meczetu Jama Masjid wylewa się tłum ludzi z pobłogosławionymi na ofiarę zwierzętami. Wokół kręcą się równierz małpy, psy, wałęsające się bez celu krowy, różnej maści naganiacze i żebracy. Nie mogłem wcześniej uwierzyć w historie o setkach dzieci zagubionych w trakcie pielgrzymek religijnych. Teraz już nie wątpię, że jest to możliwe.
ZOBACZ całą galerię zdjęć z Indii!
Panowie na lewo, panie na prawo
Zostajemy mile zaskoczeni po wejściu do metra. Jest czysto, spokojnie i przede wszystkim przestronnie. Tylko dlaczego jestem tutaj jedynym facetem? Rozglądam się wokoło i widzę same kobiety, w końcu dostrzegam ciekawskie spojrzenia mężcyzn zbitych jak sardynki w drugim przedziale. Domyślam się, że muszę opuścić to przytulne miejsce i docisnąć się do towarzyszy tej samej płci. Na każdej stacji segregacji płciowej pilnuje strażnik, jeśli ktoś umknie jego uwadze kobiety same podniosą rwetes. Wszystko to z szacunku dla płci pięknej oraz ochrony przed molestowaniem w ścisku przez niewyżytych nastolatków. Asia jedzie wniebowzięta w wagonie "Only for ladies", ja tłoczę się z resztą pospólstwa.
ZOBACZ całą galerię zdjęć z Indii!
"Krajoznawcze wycieczki" z dusza na ramieniu
Wracamy wieczorem w godzinie szczytu. Nie liczą się już zasady savoir-vivre'u. Biedny strażnik omal nie zostaje zadeptany przez samców z furią w oczach szturmujących wagon kobiecy - wśród nich znajduję się ja. W połowie tunelu stajemy na dobre - dwadzieścia, sześćdziesiąt, sto minut mija w nerwowym oczekiwaniu. Pierwszy raz w życiu zaczynam mieć ataki klaustrofobii. Po dwóch godzinach docieramy na najbliższą stację, aby dowiedzieć się, że dalej nie pojedziemy z powodów technicznych. Delhi to ogromne, trzynastomilionowe miasto - do hostelu mamy jeszcze dwadzieścia kilometrów. O tej porze i w tych okolicznościach jesteśmy zdani na łaskę cwanych taksówkarzy, oferujących "krajoznawcze wycieczki" za sto i więcej dolarów. Zatrzymuje się w końcu stara, zdezelowana gablota, pamiętająca czasy Mahatmy Gandhi'ego. Chyba dopisało nam szczęście - uśmiechnięty Sikh za kierownicą ma uczciwe spojrzenie. Po krótkej jeździe zaczynamy jednak krążyć po coraz ciemniejszych ulicach, bo Sikh - jak twierdzi, jeszcze nigdy nie był w tej części miasta i nie wie jak jechać. Wyciągam z plecaka gaz łzawiący i patrzę na każdy ruch kierowcy. Tym razem niepotrzebnie - wjeżdżamy w znajomą ulicę i z radości prawie wyskakujemy z samochodu. Sikh wścieka się, że nie wiedział przy ustalaniu ceny, że odległość będzie taka duża. Radzę mu myśleć pozytywnie i zamykam bez słowa drzwi taksówki. Docieramy bezpiecznie do spokojnego hostelu i siadamy w cichym ogrodzie aby z innymi gośćmi podzelić się przeżyciami minonego dnia.
ZOBACZ całą galerię zdjęć z Indii!
Rishikesh duchowym sanatorium
Jechaliśmy do Rishikesh'u - świętego miejsca hinduizmu i światowej stolicy jogi i medytacji, aby wyciszyć się na krótko przed kolejnym zanurzeniem w kakofonię hinduskiej cywilizacji. Zostaliśmy tam przez tydzień - eskperymentując z najwrażliwszym organem człowieka - duszą. Zaczęliśmy jak typowi biali turyści: kupiliśmy sobie szerokie spodnie, koszulki z napisem "Om" (święte słowo hinduizmu), dostaliśmy za dziesięć rupii czerwoną kropkę na czoło z błogosławieństwem od brahmina, i tym samym w ciągu kilku godzin wyglądaliśmy jak sadhu (święty mędrzec) na wakacjach . Zaszliśmy następnie do księgarni, aby nabyć parę książek: "Droga jogi", "Podstawy hinduizmu" i "Wspomnienia o Babie" (Baba to inaczej mistrz, guru). Zapytaliśmy przyjaźnie nastawionego księgarza, czy nie zna jakiegoś dobrego miejsca do rozpoczęcia przygody z jogą. Mężczyzna zadumał się i odrzekł głosem pełnym powagi: "Wiele osób przyjeżdża do Rishikesh'u, płaci dużo pieniędzy i nie dostaje tego co chce. Myślę, że powinniście pójść do aszramu".
ZOBACZ całą galerię zdjęć z Indii!
Aszram - (nie)udana wędrówka w głąb siebie
Rishikesh słynie z aszramów (hinduistycznych klasztorów), odkąd w 1968 roku do jednego z nich przyjechali Beatlesi na spotkanie z guru Maharishi Maheshem. Aszram Beatlesów jest obecnie w stanie ruiny zamieszkanej jedynie przez małpy, ale jego miejsce zapełniły tuziny innych o gorszej lub lepszej reputacji. Księgarz zaprowadził nas do aszramu, w którym sam pobierał nauki. Trzeba przyznać, że na pierwszy rzut oka jego wnętrze wywarło na nas magiczne wrażenie. Główny hol do medytacji w kształcie wielkiego koła, tonie w półmroku i bezwzględnej ciszy. W jego ścianie wykuto wnęki - mini pieczary, w których jak kamienne posągi tkwią uczniowe sztuki medytacji. Nie wiem dlaczego, ale spodobała się nam surowość tego miejsca. "Jeśli mamy czegoś spróbować, to najlepiej u źródła, prawdziwie i głęboko" - powiedzieliśmy do siebie i postanowiliśmy zostać. Czar prysnął, kiedy zobaczyliśmy pokój, w którym przyszło nam spędzić kilka kolejnych dni. Brudny, mroczny, zimny, odpychający - przekraczał nasz wyrobiony w podróży system odporności. Jak można się zrelaksować i wyciszyć w miejscu, w którym wszystko mówi ci: "Uciekaj!"? Jak można być bliżej natury tam, gdzie przez okno widać tylko gruzy i blaszane ogrodzenie, a uliczny hałas nie pozwala zasnąć?
ZOBACZ całą galerię zdjęć z Indii!
Udaliśmy się na kolację z nadzieją porozmawiania z innymi "kuracjuszami" i rozweselenia trochę duszy. Do jedzenia dostaliśmy zimną breję, a za rozmówcę mieliśmy przygłuchego dziadka, który raz po raz wpadał w krótkie stany medytacji. Po kolacji czekało nas jeszcze obowiązkowe aarti - czyli ceremonia dziękczynna dla guru i opiekuńczych bogów. Czuliśmy się niezręcznie śpiewając pieśni, których słów nie rozumiemy i uczestnicząc w obcych rytuałach. Po aarti nastąpiła dwógodzinna medytacja - stanowczo za długa jak na nasze możliwości. Po męczącej nocy spędzonej na bitwie z myślami ostatecznie bladym świtem spakowaliśmy się i uciekliśmy z tego więzienia na własne życzenie. Nie chcę w tym tekście potępiać broń Boże niczego i nikogo. To tylko i wyłącznie nasza wina, że nieprzygotowani udaliśmy się do miejsca dla ludzi z konkretnym celem - pogłębianiem medytacji. Surowość egzystencji nas przerosła, choć można znaleźć aszramy wygodniejsze, bardziej nastawione na duchową turystykę (nasz znajomy księgarz oskarżał je jednak o zbytnią komercję). Wróciliśmy z dziecięcą radością do naszego cudownego pokoiku w hostelu na szczycie wzgórza, gdzie kadżego poranka wchłanialiśmy to, co jest najbardziej potrzebne do spokoju ducha - słoneczną energię. Wykupiliśmy sobie zwykłe lekcje jogi, pomiędzy którymi leniuchowaliśmy na tarasie popijając herbatę z miodem i żeń-szeniem. Udało mi się także dokonać rytualnej kąpieli w Gangesie, który w tym miejscu zdaje się być wyjątkowo czysty.
1
2
następne »
-
Planeta Indie
cieciek
14.01.11, 10:03
No to teraz niech autorzy artykułu przygotują się na wiadro pomyj wypisywane przez wszystkich bezgranicznie zakochanych w Indiach, którzy nie dostrzegają tego wszechobecnego chaosu i syfu na»
-
Planeta Indie
bartekjamajka
14.01.11, 14:40
h2go.geoblog.pl/podroz/10451/indie-2010 polecam bloga od Ziomkow :-) pol roku na motorkach po calych Indiach :-) pozdRO!!!»
- hotele
- loty
- Oferty Booking.com
- Oferty FRU.PL
Podróże.gazeta.pl na Facebooku
Aktualna oferta

Podróżuj z nami co tydzień.
Przykładowy newsletterZaplanuj wakacje
Polska na weekend
Kontakt z redakcją
- ul. Czerska 8/10
- 00-732 Warszawa
- redakcja.podroze@gazeta.pl
















