Południowe Chiny - prowincja Guangxi

22.11.2010 06:00
Wieś Xiabu

Wieś Xiabu (Fot. Nelly Kamińska)

W porze deszczowej ryżowe Tarasy Smoczego Grzbietu wyglądają najpiękniej...
Jak uprawiać zboże w górach? Już wieki temu ludzie wpadli na pomysł, by "rzeźbić" zbocza na kształt schodów, uzyskując skrawki płaskiego terenu. To niewyobrażalnie ciężka praca rozkładana na wiele pokoleń. Jej najbardziej spektakularne efekty widziałam w południowych Chinach, w prowincji Guangxi.

Tarasy Smoczego Grzbietu

Pola pod uprawę ryżu powstały tu między XIII i XVII w. na stokach gór, z których najwyższe mają ponad 1000 m n.p.m. Jedna z nich zwie się Longji (Smoczy Grzbiet), stąd nazwa całego obszaru - Tarasy Smoczego Grzbietu (Longji Titian). Ryżowe poletka tworzą nierealnie piękne pejzaże zmieniające kolory wraz z porami roku. Latem są soczyście zielone. W porze żniw dojrzały ryż barwi je na złoto, niebo jest błękitne, a powietrze przejrzyste. Zimą są białe od śniegu. My oglądamy je pod koniec czerwca, u progu pory deszczowej...

Tarasy zajmują ok. 60 km kw. Są dziełem m.in. ludu Zhuang - wprawnych rolników, najliczniejszej z 55 mniejszości etnicznych w Chinach (ok. 17 mln). Prócz nich żyją tu inne plemiona, np. Yao i Miao. Najludniejsze i najłatwiej dostępne wioski to Ping'an (zamieszkana przez Zhuang) i Dazhai (Yao).

Dazhai jest śliczna

Kusi nas 600-letnia Ping'an, ale w przewodniku piszą, że jeżdżą tam tłumy! Udajemy się więc do Dazhai (miejscowi wymawiają da-dze), która uchodzi za mniej turystyczną. Z miasta Guilin jedziemy minibusem najpierw do Longsheng (2 godz., 20 juanów), a stamtąd do Dazhai (2 godz., 8 juanów). Po drodze przysiadają się kobiety Yao w T-shirtach i czarnych spódnicach do kolan. Uszy mają rozciągnięte od srebrnych obręczy. Najbardziej intrygująca jest fryzura: z przodu sterczy gruby kok ozdobiony broszą z laki, włosy nad czołem lekko wygolone, a z tyłu głowy zawój (turban?) z czarnej tkaniny. Pojawia się też pani z biletami na teren tarasów i inkasuje od nas po 50 juanów. Od bramy wejściowej, gdzie stemplują bilety, mamy do wsi mniej więcej kilometr. Przyłącza się do nas Astrid, studentka z Austrii, która przyjechała tym samym autobusem. Nie mamy ochoty wspinać się z plecakami do wyżej położonych hoteli i wybieramy stojący na "parterze" Jin Keng Red Yao - drewniany dwupiętrowy dom z wielką zadaszoną werando-jadalnią. Dostajemy pokój z trzema łóżkami, telewizorem i zimnym prysznicem szlauchem. Gospodarz chce 20 juanów od głowy, ale po targach zgadza się na 15. Za darmo dostaniemy termos z wrzątkiem (jeśli poprosimy).

Dazhai jest śliczna. Domy z surowego drewna, o spadzistych dachach zdobią czerwone lampiony, które rozbłyskują po zmroku. Przez drobne dachówki przesącza się siwy dym. Z dachów zwieszają się wielkie pająki, pajęczyny błyszczą kropelkami deszczu. Wszędzie woda - spływa z gór wartkimi potokami, wpadając do rynienek z przepołowionych łodyg bambusa. Mimo turystycznej renomy Dazhai jakimś cudem nie zamieniła się w skansen. Niektórzy mieszkańcy prowadzą hotelowy biznes i sprzedają pamiątki, ale poza tym toczy się zwyczajne wiejskie życie. Po obejściach biegają kury i kaczki, z chlewów dobiega pochrząkiwanie świń. Owszem, są anteny satelitarne, ale niedostępność terenu sprawiła, że sposób uprawy ryżu nie zmienił się od setek lat! Na mapkach wyrysowanych na biletach widnieją trzy punkty widokowe: Muzyka z Raju, Drabina do Nieba o Tysiącu Szczeblach i Wierzchołek Złotego Buddy. Dla wygody cudzoziemców nazwano je platform number 1, 2 i 3. Może zdążymy na zachód słońca? Gospodarz podpowiada, że najlepiej obejrzeć go z Wierzchołka Złotego Buddy.

Najpiękniejszy zachód słońca

Kobieta z koszykiem na plecach na migi pokazuje, że nas zaprowadzi. Astrid, która uczy się chińskiego, próbuje uzgodnić cenę za usługę. Nie dogadują się, a przewodniczce zapłacimy 10 juanów (Yao słabo znają chiński, ich język to kim mun). Pniemy się ścieżką między tarasami ułożoną z kamiennych płyt. Jest mglisto i parno, pot leje się z nas strumieniami. W bambusowym gąszczu hałasują cykady - przypomina to zwielokrotniony odgłos piły mechanicznej. Kiedy po 2 godz. docieramy do celu, słońce właśnie zachodzi. Wokół latają wielkie pomarańczowe motyle. Widok odbiera nam mowę... Jakąż tytaniczną pracę wykonali Zhuang, by zamienić tak rozległe zbocza w pola uprawne! Tarasowe "schody" pokrywają niemal wszystkie pochyłości terenu, łagodnymi falami opadając ku dolinie. Wschodzący ryż przypomina rzadkie kępki trawy, ale już wkrótce zmieni się w miękki zielony dywan. We wszystkich przewodnikach napisano, że właśnie teraz, w porze deszczowej, tarasy wyglądają najpiękniej. Rzeczywiście, zalane wodą przywodzą na myśl srebrne wstęgi oplatające zbocza. Kiedy na jedną sekundę promień słońca przebija się przez chmury, zaczynają lśnić jak lustro. Pracujące w pocie czoła pokolenia nie rąbały górskich stoków z pobudek estetycznych, nie obmyślały efektu końcowego. A jednak to, co stworzyły, cechuje doskonałość dzieła sztuki... Schodząc do wioski, spotykamy kobietę z pękiem długich, czarnych, sztucznych włosów w ręku. Kobiety Yao z racji bardzo długich włosów figurują w Księdze rekordów Guinnessa (120 cm to standard, rekordzistka wyhodowała ponoć 175 cm). Jak widać, niektóre muszą je sobie doczepiać, by dochować tradycji!

Drabina do Nieba

Ambitny plan wymarszu o 4.30 na number 1 na wschód słońca bierze w łeb. Całą noc błyskało i grzmiało, po niebie snują się ołowiane chmury. To dobra wymówka, by jeszcze pospać. Wychodzimy ok. 8 po spałaszowaniu pysznego makaronu z jajkiem i warzywami. Pytamy o drogę. O dziwo, ludzie nieznający przecież słowa po angielsku, reagują na "number one", "number two" i "number three" (uwaga! czasem nie rozumieją, ale i tak kiwają głowami i wskazują kierunek - jakikolwiek). Ścieżką dochodzimy najpierw do wsi Tiantou (ok. 1 godz. pod górę). Staruszek w czarnym turbanie przygląda się nam z okna, po czym wychodzi przed dom, sadowi się na ławeczce, nabija fajkę i pyka dymem, dając do zrozumienia, że możemy fotografować. W zamian oczekuje 30 juanów (pokazuje na palcach). W wyższych partiach tarasów też są hotele. W ich wielkich jadalniach wyposażonych w lodówki z napojami i stoiska z rękodziełem chronimy się przed deszczem. Number 1 (Muzyka z Raju) znajduje się nad Tiantou, przed hotelem Panorama, na sporej kamiennej platformie. Wzgórza na horyzoncie przykrywa mleczny kożuch chmur. Kontury spadających kaskadami tarasów roztapiają się w gęstej mgle, która jeszcze potęguje wrażenie baśniowości. Po prawej stronie skupisko dachów, znad którego unoszą się smużki dymu - to nasza Dazhai. Nie schodząc do Tiantou, kluczymy wysoko położonymi ścieżkami do number 2. Każdy zakręt odsłania nowe widoki.

Drabina do Nieba o Tysiącu Szczeblach (drewniana zadaszona weranda) przyćmiewa chyba wszystko, co dotąd widziałam. Jak okiem sięgnąć tarasy! Układają się w malownicze esy-floresy, tworzą piętrowe torty, gigantyczne spiralne muszle, niekończące się schody, a te szczytowe przypominają wielkie misy wypełnione wodą. Drobne postaci brodzą w niej niczym czaple, wyrywając chwasty i rozrzucając nawóz. Po południu schodzimy do głównej "ulicy", by odetchnąć przy piwie w sklepie Jin Shan Ge. W mig obstępują nas kobiety sprzedające wyszywane chusty, kapoty, portmonetki i pasy (Yao słyną z kunsztu tkackiego i hafciarskiego), pocztówki, wątpliwej jakości bransolety. Rozkładają na stole towar, wykrzykując "luka-luka!" (co ma znaczyć "look look!"). Są nieustępliwe, więc dla świętego spokoju kupujemy kilka pocztówek.

Luka-luka i foto-foto

Nazajutrz znów pada, a nad wsią wisi mgła. W domu naprzeciwko wesoło buzuje ogień, nad nim dynda wok obrośnięty czarną skorupą sadzy. Uliczkami przemykają postaci pod parasolami. Dwa objuczone konie przykryte folią stukają kopytami o kamienne schodki. Na dachu moknie ptaszek, strząsając co chwila wodę ze skrzydełek. Kilka minut po 7 dziecięcymi głosami rozbrzmiewa piosenka na rozpoczęcie szkoły. Na dziś zaplanowałyśmy całodzienny trekking do Ping'an przez Tiantou i Zhongliu, ale zamiast niego czeka nas siedzenie w jadalni, granie w karty i przyglądanie się, jak gospodyni przesiewa ryż. Ok. 15 mamy dość i łapiemy parasole. W deszczu kamienne chodniki zalewają potoki wody, trzeba uważać, by się nie poślizgnąć. Chcemy ponownie wspiąć się na number 2, jednak zmieniamy plany pod wpływem intrygującego drogowskazu z napisem "Xiabu village". Przez godzinę idziemy przez gęste zarośla, aż do szerokiej utwardzonej kamieniami drogi, z której dostrzegamy pierwsze zabudowania. Xiabu leży tuż nad szczytowymi tarasami. Niektóre domy - podparte palami - wprost wiszą nad zalanymi wodą poletkami. Parter zajmują zagródki dla zwierząt i składy drewna na opał.

Nie ma tu hoteli ani sprzedawców pamiątek. Czasem ktoś wychyli się z okna i krzyknie "Nihau!" ("dzień dobry" po chińsku) albo zagada w kim mun. Może proponuje nocleg? Odpowiadamy więc na migi, że my tu tylko luka-luka i foto-foto, a śpimy w Dazhai. Trafiamy do szkoły z dwiema klasami, w każdej po ok. 10 uczniów. Nauczycieli brak (może są w polu albo grają w karty?). Robimy kilka zdjęć. Kiedy pokazujemy je na wyświetlaczu, dzieci wybuchają spontaniczną radością, ale nie ruszają się z ławek. Za chwilę wszystkie w skupieniu piszą coś w zeszycikach, nie zwracając na nas uwagi. Aha, więc tak wygląda wpajana od małego dyscyplina! Wracamy na główną drogę. Kilku mężczyzn podąża na pole z koszami na plecach pełnymi zielonych pędów lub z nosidełkami wypełnionymi po brzegi krowieńcem. Za wioską podziwiamy regularne stożki gór od wierzchołka do podstawy pokryte tarasami. Zbocze przecięte w poprzek rdzawoczerwoną nitką drogi tonie w dzikiej zieleni. Mógłby tu powstać number 4! Nazwałabym go - parafrazując nazwę jednego z chińskich ogrodów - Zakątkiem Kojącej Zieleni i Słuchania Cykad. Jak mówi chłopak w rozklekotanej półciężarówce, droga prowadzi do Zhongliu. A także do Dazhai, ale to co najmniej 3 godz. marszu. Wracamy więc po własnych śladach na skróty przez zarośla. Powietrze pachnie wilgotną zielenią i kwiatami. Las wokół żyje, słychać ptasie śpiewy, cykanie, kumkanie, rechotanie, gwizdy, świsty, chrzęsty i chroboty. Wieczór spędzamy przy telewizji. Program na hiszpańskojęzycznym kanale nadawanym z Pekinu zachwala uroki miasta Lijiang. A za oknem huczą cykady... Rankiem przez otwarte okno wdziera się do pokoju zapach ogniska. Do hotelu wprowadzili się chińscy turyści, właśnie ćwiczą na werandzie tai-chi. Gospodarz przygotowuje dla nich na grillu bamboo rice - ryż zapiekany w łodygach bambusa. A my ruszamy na przystanek przy dźwiękach tej samej szkolnej piosenki, oglądając się na osnutą dymem z palenisk Dazhai. Gdy tylko ładujemy się do busa, znów zaczyna lać...8,6 juana = 1 dolar

Stworzenie świata według Yao

Najsłynniejszy mit (...) opowiada o Pangu, który wyłonił się po 18 tys. lat z chaosu mającego formę jajka. Kiedy się ocknął, rozrąbał chaos siekierą: najlżejsze elementy uniosły się w górę i stworzyły niebo, cięższe opadły i stały się ziemią. Pangu rozpościerał się pomiędzy nimi i przez następne 18 tys. lat rósł, powiększając odległość pomiędzy niebem i ziemią, a kiedy znalazły się one na właściwych miejscach, zmarł. Jego oddech stał się chmurami i wiatrem, głos grzmotem, lewe oko słońcem, prawe oko księżycem, członki ciała utworzyły góry, krew zamieniła się w wody, skóra i owłosienie przekształciły się w roślinność, broda zaś w gwiazdy. Według jednej z wersji rzeki powstały z jego łez. Kiedy zamykał oczy, zapadała noc, kiedy je otwierał, nastawał dzień. Kiedy robił wdech, zrywała się burza, gdy wydech - szalał huragan. ()

Inny mit związany z Pangu czyni go przodkiem rodzaju ludzkiego. Żona Niebiańskiego Cesarza przez trzy lata cierpiała na ból ucha, aż wreszcie wyszedł z niego czerw - umieściła go w tykwie przykrytej talerzem. Z robaka powstał pies nazwany Pangu (tzn. urodzony w tykwie przykrytej talerzem). Tymczasem Niebiański Cesarz został zaatakowany przez wroga i obiecał rękę swej córki temu, kto dostarczy mu jego głowę. Nieprzyjaciel nie miał się na baczności przed Pangu, który go zabił, a jego głowę przyniósł swemu panu. Nie dostał jednak córki cesarza za żonę i był bardzo zmartwiony. Zapytany przez cesarza o powód smutku, przemówił ludzkim głosem: wystarczy przetrzymać go pod dzwonem przez siedem dni, a zmieni się w mężczyznę. Jednakże wścibska księżniczka uniosła dzwon już szóstego dnia, co sprawiło, że Pangu zachował psią głowę. Wyruszyli razem do odległej krainy i mieli trzech synów i córkę, dając początek rodzajowi ludzkiemu.

Jacques Pimpaneau "Chiny. Kultura i tradycja", wyd. Dialog, Warszawa 2001

Zobacz także
  • Chiny, Pekin Airbusem A380 do Pekinu już za 1522 PLN
  • Wieża Dzwonu Chiny. Międzynarodowa Wystawa Ogrodnicza w Xi'an
  • La gomera, widok na Teneryfę Wyspy Kanaryjskie. Dzika Gomera
Skomentuj:
Południowe Chiny - prowincja Guangxi
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

  • Hotele
  • Szukaj hotelu

  • Szukaj hotelu w Zurychu

  • Szukaj hotelu w Bazylei