Z pasją o podróżach, wycieczkach i wyjazdach

Indie. Święto Świateł w Waranasi

  • Pin It
Magdalena Czarnecka
25.10.2010 , aktualizacja: 25.10.2010 14:53
A A A Drukuj
Kedar Ghat Fot. Magdalena Czarnecka Kedar Ghat
Podróżnych przyciąga tu niemal namacalna atmosfera świętości i mistycyzmu. Podczas pięciu dni święta Diwali wszyscy radują się ze zwycięstwa dobra nad złem...
Świt nad Gangesem
Fot. Magdalena Czarnecka
Świt nad Gangesem
Gliniane lampki na brzegu Gangesu
Fot. Magdalena Czarnecka
Gliniane lampki na brzegu Gangesu
Diwali, inaczej Dipawali, to najważniejsze hinduskie święto obchodzone ku czci bogini Lakszmi i boga Ramy (nazwa pochodzi od słów "dipa" - lampa i "awali" - rząd). Diwali przypada na przełomie października i listopada, w czasie nowiu. Podczas pięciu dni ludzie radują się ze zwycięstwa dobra nad złem, światła nad ciemnością.

Dzień 1. Dhanteras

"Dhan" znaczy bogactwo. Legenda mówi, że trzynastego dnia księżycowego miesiąca kartik kochająca żona tak oszołomiła boga śmierci blaskiem świec i złota, że odszedł, nie zabijając jej męża. Dlatego też dzień ten jest poświęcony zarówno Jamie, Panu Śmierci, jak i Lakszmi, bogini bogactwa. Jej przyjście symbolizują kolorowe odciski stóp nalepiane na progach domów. By zapewnić sobie pomyślność, wszyscy (w miarę możliwości) kupują w tym dniu ubrania i biżuterię, wyrzucają stare, zniszczone sprzęty, zastępując je nowymi.

W drodze z lotniska na stację kolejową w Delhi widzimy wszechobecną w Indiach biedę. Oby w tym roku Lakszmi była bardziej łaskawa. Wsiadamy do pociągu - przed nami 13 godzin podróży.

Dzień 2. Małe Diwali

Tego dnia Kriszna pokonał demona i uwolnił świat od strachu. Stacja kolejowa w Waranasi. Wstrząsający widok - leżący pokotem ludzie pokrywają prawie całe perony. Jest 2.40 w nocy, ale gdy wychodzimy z dworca, otacza nas chmara kierowców motoriksz. Wsiadamy do jednej z nich, opłacanej z góry (pre-paid taxi), płacąc 75 rupii (później przekonamy się, że kurs, za który płaci się u celu podróży, może być nawet dwukrotnie tańszy). Po kilkunastu minutach szaleńczej jazdy wysiadamy przed hotelem Sonmony. Recepcjonista prowadzi nas do jedynego wolnego pokoju, niezbyt czystego, ale za to z balkonem z widokiem na rzekę i płonące stosy pogrzebowe. Żąda 1000 rupii - nie pomagają tłumaczenia, że za kilka godzin snu to zbyt wygórowana cena. Wychodzimy zrezygnowani. Rikszarz jeszcze nie odjechał - w Indiach przewoźnik zawsze zostaje do momentu zakwaterowania turystów, licząc na kilka rupii prowizji od hotelarza. Prosimy, żeby zawiózł nas do innego hotelu. Sprawnie lawirując między śpiącymi przy ulicy ludźmi, krowami, rikszami, rowerami i ciężarówkami, obwozi nas po miejscach lepszych, gorszych i fatalnych. Wszędzie pełno. Tysiące pielgrzymów przybyło do miasta, by celebrować Diwali. Wracamy do jedynego hotelu, gdzie był wolny pokój za 300 rupii, dajemy sowity napiwek rikszarzowi, który przez dwie godziny obwoził nas po mieście. Brudno, wilgotno, duszno i gorąco, ale jest wiatrak i klimatyzator za dodatkowe 200 rupii. Noce są teraz na tyle chłodne, że kilka minut po otworzeniu okna i włączeniu wiatraka atmosfera w pokoju staje się znośna. Po 40 godzinach spędzonych w drodze jest nam wszystko jedno - byle tylko przyłożyć głowę do poduszki. Zgodnie z tradycją drugiego dnia Diwali powinno się wziąć kąpiel, natrzeć ciało olejkami i zbierać siły na następny, kulminacyjny dzień. Bierzemy szybki zimny prysznic pod wystającym ze ściany kranem. Spod sufitu czujnie obserwuje nas duża zielona jaszczurka. Pościel od dawna niezmieniana, przydały się zabrane z domu poszewki. Mimo tych niedogodności błyskawicznie zasypiamy.

Dzień 3. Happy Diwali!

Wedle Ramajany książę Rama (wcielenie Wisznu) przyszedł na świat w mieście Ajodhja jako jeden z czterech królewskich synów. Gdy dorósł, pokonał rywali ubiegających się o rękę księżniczki Sity utożsamianej z boginią Lakszmi. Rama był prawowitym następcą tronu, jednak w wyniku intrygi jednej z królewskich małżonek został na 14 lat wygnany z kraju, a władzę przejął jeden z jego młodszych braci. Rama wraz z Sitą (uosobienie wiernej żony) i oddanym bratem Lakszmanem zamieszkali w leśnej głuszy, gdzie z mędrcami i ascetami poznawali dharmę - podstawowe zasady etyczne hinduizmu. Pewnego dnia Sitę podstępem porwał demon Rawana (uosobienie czystego zła) i uwięził na Sri Lance. Zrozpaczonym braciom pomocy udzielił generał Hanuman ze swym zastępem małp. W czasie wielkiej bitwy dobro pokonało zło. Oswobodzona Sita oraz jej mąż, jego ukochany brat i waleczny Hanuman wrócili do Ajodhji. Ludzie, ciesząc się z ich powrotu i okazując wdzięczność za uwolnienie świata od demona zła, oświetlali im drogę lampkami oliwnymi, zapalali kadzidła.

Także dziś, by uczcić nadejście nowego roku oraz symboliczne zwycięstwo dobra i światła nad ciemnymi mocami nocy, Hindusi zapalają setki tysięcy oliwnych świeczek, a fasady budynków ozdabiają łańcuchami lampek. Nad Gangesem trwają intensywne przygotowania do Diwali. Na stopniach ghatów (schody prowadzące na brzeg rzeki) dorośli, dzieci, całe rodziny stawiają tysiące prostych lampek diya - miseczek z wypalonej gliny z knotem zanurzonym w oliwie. Układają je w rzędach, tworzą z nich swastyki - znaki om, postaci boga Ganeśi przynoszące szczęście.

Ostrożnie stąpamy między rzędami lampek. Zaczepiają nas mężczyźni oferujący wynajęcie łodzi, by z oddali mieć lepszy widok na spektakl świateł. Przewodniki radzą, by wynająć łódź za pośrednictwem pracowników hotelu. Właściciel naszego pensjonatu zaprowadził nas do osoby, która za kurs zażądała 1200 rupii. Grzecznie podziękowaliśmy - wolimy pozostać dziś w nocy na brzegu, razem z Hindusami. Zaczyna zmierzchać. Nad wodą pojawia się coraz więcej pielgrzymów, wypływają oświetlone łodzie pełne turystów. Słychać wystrzały petard. Tłum wokół gęstnieje, mimo to nikt nas nie popycha, nie potrąca, nie depcze. Szybko przyzwyczajamy się do hałasu, muzyki i gryzącego w oczy dymu kadzideł. Mężczyźni przyglądają się nam bez skrępowania, ukradkiem robią zdjęcia, ale nie są natarczywi. Najbardziej napastliwe są dzieci sprzedające za 5-10 rupii lampki, które puszcza się na wodę. Chcą, by robić im zdjęcia, proponują malowanie dłoni, oprowadzanie po mieście. Kupujemy świeczki zrobione z kropelki wosku umieszczonej na miseczce z zeschniętych liści i kładziemy je na wodzie. Wtapiamy się w wielobarwny tłum zasłuchani w religijny śpiew, poddajemy się dźwiękom muzyki oszołomieni feerią barw i świateł.

Dzień 4. Nowy Rok

Waranasi, nazwane tak z powodu położenia u ujścia rzek Aśi i Waruny, znane także jako Benares lub Kaśi - Miasto Świateł - to jedno z najstarszych miast świata nieprzerwanie zaludnione od 3 tys. lat. Mark Twain napisał o Benares: "Jest starsze niż historia, starsze niż tradycja, starsze nawet niż legenda, wydaje się dwukrotnie starsze, niż wszystkie one razem wzięte". 3-milionowa metropolia nie może się pochwalić znaczącymi zabytkami - zostały zniszczone w trakcie licznych najazdów muzułmańskich. Ocalała m.in. pokryta drogocennym kruszcem Złota Świątynia, niedostępna dla wyznawców innych religii. Do Benares przyciąga podróżnych niemal namacalna atmosfera świętości i mistycyzmu. Wędrujemy uliczkami tak wąskimi, że nie mieszczą idących obok siebie dwóch osób. Według słów jednego z ulicznych sprzedawców tylko tu, w Old City, można odnaleźć prawdziwy klimat Waranasi. Udajemy się tam, skąd dochodzą smakowite aromaty. W wielkich rondlach na głębokim oleju skwierczą apetyczne pączuszki. Obok maleńka cukiernia kusi ciasteczkami na jeden kęs. Kupujemy po jednym z każdego rodzaju - są bardzo pikantne i smakują... rybą. Część słodkości też ma ten dziwny posmak. Wściekle głodni oddajemy nasz niedoszły obiad psom i chudym jak szkielety kozom (w zaułkach Starego Miasta co rusz mijamy wygłodzone zwierzęta). Sprzedawcy namawiają do zakupu przepięknych, ręcznie tkanych jedwabnych sari, z których słynie miasto, ale naszą uwagę przyciąga sklep muzyczny z dużym wyborem sitarów, tradycyjnych indyjskich instrumentów (ceny od 100 euro). Największy wirtuoz gry na sitarze, znany na całym świecie Ravi Shankar, pochodzi właśnie z Waranasi.

Klucząc w tym labiryncie, gdzie życie toczy się nieomal na ulicy, podglądamy ukradkiem, jak wyglądają mieszkania. Jedno pomieszczenie, pod ścianami sienniki lub leżaki, brak okien, otwór bez drzwi, kuchenka na podłodze, na klepisku bawią się dzieci. Ktoś chce nam sprzedać chiński haszysz, ktoś inny kolumbijską kokę, a następny może zaprowadzić pod płonące stosy w zamian za drobny datek na fikcyjne stowarzyszenie charytatywne. Należy wystrzegać się takich osób i nie dawać wiary ich zapewnieniom, że podglądanie z bliska ceremonii nikomu nie przeszkadza. Jest to takie samo naruszenie prywatności jak w każdym innym miejscu na ziemi. Płonące stosy można oglądać z odpowiedniego oddalenia, nie należy robić przy tym zdjęć, podobnie jak osobom zażywającym rytualnych kąpieli w rzece.

Dzień 5. Dzień Braci i Sióstr

Tego dnia Pan Śmierci Jama odwiedził swą siostrę Jamunę. Uradowana wizytą nałożyła mu na czoło czerwoną kropkę chroniącą od zła, tzw. tilakę. Ostatniego dnia obchodów Diwali bracia odwiedzają więc swoje siostry, przy okazji sprawdzając, czy w domu męża traktowane są z szacunkiem i miłością.

Wstajemy przed świtem i pospiesznie udajemy się nad rzekę. Ganges albo - jak wolą hindusi - Matka Ganga, rozpoczyna bieg w himalajskich lodowcach. Jest najświętszą rzeką dla wyznawców hinduizmu, a pielgrzymka do jej źródeł to marzenie większości z nich. Jedna z przypowieści o powstaniu rzeki głosi, że król Bhagiratha tak długo żył w ascezie, aż uprosił Śiwę, aby Ganga spłynęła na ziemię i oczyściła z grzechów prochy jego przodków. Rokrocznie tysiące osób zmierza do Waranasi, by tu umrzeć. Daje to szansę na wyrwanie się z kręgu wcieleń i osiągnięcie mokszy - zbawienia.

Idziemy w górę rzeki do Ghatu Dasaswamedh, gdzie najwięcej łodzi oczekuje na pielgrzymów i turystów. Przysiadamy na schodach i czekamy, aż właściciele łódek zaczną nas zagadywać, dzięki czemu mamy większą szansę na wynegocjowanie uczciwej ceny za kurs, niż gdybyśmy sami zaczęli poszukiwania. W końcu wsiadamy do rozsypującej się łajby. Kierujący nią staruszek ściąga z szyi szal, żebyśmy nie siedzieli na wilgotnych deskach. Nie mówi po angielsku, ale stara się, jak może, zwracać naszą uwagę na interesujące rzeczy.

Woda w Gangesie jest niewiarygodnie brudna, tylko trochę rzadsza niż błoto. Z mieszaniną podziwu i obrzydzenia obserwujemy Hindusów, którzy pływają w tej zawiesinie. Kobiety, stojąc na brzegu, zanurzają się rytualnie w brunatnej wodzie, namydleni ludzie myją w rzece zęby. Jeden z hinduskich naukowców stwierdził, że "jego serce chce tej kąpieli, ale rozum się przeciwko niej buntuje". Przez długi czas Ganga miała zdolność samooczyszczania się, co przypisywano związkom srebra trafiającym do wody w pobliżu źródeł w Himalajach. Ale gwałtowny wzrost zaludnienia w miastach nad rzeką i brak oczyszczalni ścieków zniszczyły tę delikatną równowagę. Wzdłuż kilkukilometrowego nabrzeża w Waranasi, poza setką ghatów, świątyniami i pałacami z XVIII i XIX w. znajdują się ujścia kilkunastu kanałów. W ramach kampanii mającej zmniejszyć zanieczyszczenie wód, które już dawno przekroczyło obowiązujące normy kilkaset tysięcy razy, wybudowano w mieście oczyszczalnie. Jednak podczas codziennych kilkugodzinnych przerw w dostawach prądu do Gangesu wciąż trafiają ścieki.

Woda niesie wszystko: nagietki nawleczone na nitki, resztki jedzenia, butelki, świeczki, odchody. Na szczęście nie widać ludzkich szczątków, co podobno czasem się zdarza, gdy rodziny zmarłego nie stać na wystarczającą ilość drewna, która pozwoliłaby na spopielenie całego ciała. Poza tym nie wszyscy mogą zostać spaleni na stosie, np. osoby, które umarły od ukąszenia węża, kobiety w ciąży lub święci mężowie sadhu. Nasza łódź kieruje się na południe. Dopływamy w okolice ghatu pogrzebowego Harishchandra. Poprzez poranne mgły widać płonące stosy, podświetlone ogniem ludzkie szczątki, ubranych na biało mężczyzn otaczających zwłoki (kobiety są wykluczone z udziału w ceremonii). Najbardziej znanym miejscem kremacji jest owiany licznymi legendami Manikarnika Ghat. Tu, na kamiennej płycie, na której ponoć widać ślady stóp Wisznu, płoną stosy najważniejszych Hindusów. Niektóre ghaty zostały zdominowane przez piorących odzież ludzi, inne przez modlące się o potomstwo kobiety. Na kolejnych widzimy ćwiczących jogę lub sadhu wpatrzonych w rozmyty horyzont. Dostrzegamy również przedstawiciela kontrowersyjnego ruchu Aghori, który nazwę wziął od słowa "nieustraszony". Asceci Aghori wierzą, że droga do wyzwolenia prowadzi poprzez łamanie tabu. Ubierają się w całun pogrzebowy, smarują ciało popiołem z miejsc kremacji, czasem spożywają także fragmenty zwłok. Nie wzbudzamy zainteresowania handlarzy, ale obok lepszych, wypełnionych turystami łodzi suną pływające sklepiki z tandetnymi pamiątkami. Hindus wiosłujący naszą łodzią pokazuje nam, żebyśmy spojrzeli w drugą stronę. Z mlecznobiałej mgły wyłania się krwistoczerwone słońce. Słychać tylko plusk wioseł zagłębiających się w wodę. Choćby dla tej jednej, pełnej magii chwili warto było tu przyjechać.

Informacje praktyczne

Pociąg z Delhi do Waranasi, 780 km, 13 godz. - ok. 70 zł (komfortowa podróż w tzw. AC2), miejsce w najtańszym wagonie sypialnym trzy razy mniej. Najtańsze noclegi w guest house'ach - dwójka z łazienką i wiatrakiem 400 rupii (pierwsza cena, jaką usłyszymy, jest jedynie punktem wyjścia do negocjacji). Obfity obiad - ok. 160 rupii, śniadania i kolacje - połowa; większość potraw jest wegetariańska. 100 rupii indyjskich = 6,3 zł

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

  • hotele
  • loty
  • Oferty Booking.com
  • Oferty FRU.PL

Podróże.gazeta.pl na Facebooku