Turcja. Antalya i okolice

Kąpiel w świetle księżyca, sezamowe żniwa, antyczne ruiny wśród wawrzynów i oleandrów - przygoda z turkusową riwierą
Antyczne Aspendos dzieli od Antalyi 40 km. Po drodze zielone pagórki, mnóstwo sadów i upraw, a choć to druga połowa upalnego sierpnia, suszy nie widać - wszystko jest nawadniane. Na polach sezamowe żniwa. Zielone krzaczki są wysokie niczym zboże, z łodygi sterczą w górę małe listki i cienkie, podwójne strączki z ziarenkami sezamu (snopki będą się suszyć dwa tygodnie, potem młocka). Mimo szalonego w ostatnich latach rozwoju turystyki (9 mln gości w 2009 r.), rolnictwo wciąż jest głównym źródłem utrzymania 65 proc. mieszkańców regionu. Nic dziwnego, skoro mogą zbierać plony przez okrągły rok, po kilka razy. Jak zapewnia nasz cicerone Can Daglioglu, pięknie jest już w marcu, choć nieco deszczowo, zaś morskich kąpieli można zażywać do końca listopada. Nawet zimą temperatury nie spadają poniżej 10 stopni (w nocy 5), śniegu nie widuje się wcale.

Pamfilia - starożytna kraina

Aspendos to jeden z najlepiej zachowanych teatrów antycznego świata i najpiękniejsza budowla Pamfilii - starożytnej krainy, którą właśnie przemierzamy. Dziś to region Antalyi, który obejmuje też historyczną Licję. Teatr wznosi się pośród pól wsi Belkis. Z dwiema obronnymi wieżami po bokach przypomina z zewnątrz kamienny zamek. Jakimś cudem przetrwał nietknięty. Budowano go za panowania Marka Aureliusza przez 19 lat (161-180 r. n.e.), mieścił ok. 15-20 tys. widzów w 41 rzędach. A zaprojektował go słynny Zenon z Aspendos. Według legendy wygrał on rywalizację o rękę pięknej Belkis. Jej królewski ojciec obiecał sławę i królewnę temu, kto stworzy najwspanialszą budowlę. Wydawało się, że wygra akwedukt, ale gdy król - tuż przed werdyktem - znów odwiedził teatr, zachwyciła go doskonała akustyka i zmienił zdanie. W środku wygląda on niczym kamienna koncha zamknięta piętrową skene (tu aktorzy przebierali się i czekali na występ) - ma ona 100 m długości i 25 m wysokości. Jakże imponująco musiała wyglądać jej fasada zdobna w kolumny i nisze, gdy stały w nich 43 rzeźbione figury! Dla lepszej akustyki połączono ją z półokrągłym audytorium, które wieńczy galeria z 59 arkadami. Zabudowano je w XII w., gdy teatr stał się karawanserajem - to jedyna przeróbka w jego dziejach. Zmagania gladiatorów i dzikich zwierząt zastąpiły spektakle. Od 1994 r. w czerwcu-lipcu (data ruchoma) odbywają się tu przedstawienia Międzynarodowego Festiwalu Opery i Baletu. Obok - nieodkopany do końca stadion, a na wzgórzu - pozostałości rzymskiej bazyliki. Wytrwali odnajdą też ślady łaźni, gimnazjonu, akropolu i agory. Wśród łanów sezamu wyrastają imponujące arkady. Wysoki na blisko 15 m piętrowy akwedukt (gdzieniegdzie zachował się w całej okazałości) prowadził do Aspendos wodę z odległych o 19 km źródeł.

Miasto założyli ponoć wracający spod Troi trzej greccy wojownicy z Argos. Niemałe perypetie przeżywało za Aleksandra Wielkiego, który w 333 r. p.n.e. nałożył nań wysoką kontrybucję - 50 złotych talentów i tysiąc koni...Ale nie pora teraz na historyczne dywagacje - w zakolu pięknej rzeki Manavgat już czeka współczesny galeon, cały z jasnego drewna, z barem na pokładzie (zbawienne! - wciąż chce się pić, wysoka wilgotność powietrza i ponad 40-stopniowy upał robią swoje). Rzeka toczy swe przeczyste wody po równinie, wśród zarośli i łąk, meandrując. Na brzegach mnóstwo rybaków z wędkami. Szmaragdowa i zimna Manavgat wpada do lazurowej ciepłej zupy, w którą zamienia się latem Morze Śródziemne. Granicę tych dwóch wodnych światów stanowi cienki cypelek z kamyczków i piasku. Zanurzamy się to w słodkich, to w słonych falach, przebiegając szybko - na bosaka! - po gorącym jęzorze plaży. W morskiej wodzie unosimy się bez najmniejszego wysiłku - podobno jest trzykroć bardziej słona od Bałtyku, więc i wyporność ma o wiele większą.

Perge wśród oleandrów

Nazajutrz kolej na Perge wśród białych i landrynkowych oleandrów (18 km na wschód od Antalyi). Dawna stolica Pamfilii robi na nas wielkie wrażenie mimo obezwładniającego upału. Nic dziwnego, że w 2009 r. trafiła na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Na szczęście Can Daglioglu zaopatrzył wszystkich w olbrzymie białe parasole, są też krany z wodą, więc można się ochlapać - musimy przetrwać kilka godzin w pozbawionych cienia ruinach.

Perge założyli w XIII w. p.n.e. greccy osadnicy. Wybrali wzgórze dobre do obrony, otoczone żyznymi ziemiami, ze źródłami słodkiej wody, a przez spławną wówczas rzekę Kestros (dziś Aksu Çayi) mające dostęp do morza. W czasach świetności miasto liczyło ok. 40 tys. mieszkańców. Tu również w 333 r. p.n.e. dotarł Aleksander Macedoński, przepędził Persów i ustanowił główną kwaterę dla armii. Podczas swojej pierwszej misji (46-48 r.) zjawił się w Perge Paweł Apostoł i wraz ze św. Barnabą założył gminę chrześcijańską. Ale nowa religia zdobywała wyznawców z trudem - zbyt silny był kult Artemidy, która miała tu imponującą świątynię. Oglądamy zaledwie jedną piątą miasta - wciąż trwają prace archeologiczne rozpoczęte w 1946 r., niedawno odkopano szpital i główną drogę.

Przechodzimy przez monumentalną bramę z III w. Za nią kolejna, jeszcze starsza, podobna do fortecy z dwiema niby-wieżami po bokach. Na lewo od placu Septymiusza Sewera - potężne łaźnie, chyba najlepiej zachowana budowla Perge. Świetnie widać system kanalizacyjny i rury, którymi płynęło gorące powietrze ogrzewające wnętrza caldarium i zimne, chłodzące frigidarium . Była tu także sala do ćwiczeń gimnastycznych oraz łaziebny sklepik (są pozostałości!). Idziemy świetną drogą wykładaną kamiennymi płytami, w której antyczne wozy wyżłobiły koleiny. Duży plac na prawo okolony fragmentami korynckiej kolumnady to agora bądź macellum (75x75 m). Otoczony był luksusowymi sklepami, a w środku wznosił się tholos - budowla o charakterze sakralnym, po której pozostały olbrzymie bloki. Marmurowa plansza z polami wyrytymi w kwadratowym wgłębieniu służyła do gry w tryktraka. To ślad po stojącej tu niegdyś winiarni, a rząd wspaniałych doryckich kolumn nieopodal to pozostałość portyków. Wodę dostarczał akwedukt. Środkiem głównej ulicy biegł też otwarty kanał, który zdobił centrum i dawał ochłodę. Niewiele pozostało ze świątyń, ale trzy kolumny z płaskorzeźbami Apolla i mitycznych założycieli miasta - Mopsosa i Kalchasa - wciąż wyglądają imponująco. Opuszczając Perge, spoglądamy jeszcze na nieźle zachowany stadion (ok. 244x44 m) i teatr na 12-15 tys. widzów (wstęp wzbroniony - trwają prace wykopaliskowe). Dla ochłody odwiedzamy Kursunlu Celalesi, na północ od miasteczka Aksu. To piękny naturalny park z pagórkami porośniętymi niemal tropikalną roślinnością i z malowniczymi wodospadami oplecionymi gęstwą lian i korzeni. Zraszani mgiełką przemierzamy ścieżki i przerzucone nad strumykami drewniane mostki. Można by tu piknikować, ale dziś mamy w planach rybną knajpkę.

Współczesna Antalya

Najcenniejsze znaleziska z Perge trafiły do Antalya Museum, jednego z najbogatszych i najpiękniejszych w Turcji. Wspaniale oświetlone i ciekawie zaaranżowane wnętrza wypełnia cudowna kolekcja rzeźb, steli, fryzów. Jako miłośniczka dawnych rzemiosł utknęłam na dłużej w skrzydle ze zbiorami dywanów i tkanin, bajecznej ceramiki i wyrobów kowalskich. W ogrodzie - lapidarium. Co prawda drzew i cienia niewiele, więc opuściwszy klimatyzowane wnętrza, trudno tu wytrzymać, ale figury kamiennych zwierząt i sarkofagi na trawnikach wśród agaw i palm to widok niezapomniany. Obiad w jemy w Arma Balik Evi z widokiem na zatokę i port. W menu ryby i owoce morza w najróżniejszych postaciach, a na deser kawałki arbuza tak soczyste, jak chyba nigdzie indziej na świecie.

Współczesna Antalya to blisko milionowe miasto o nieciekawej architekturze. Na szczęście nad zatoką, powyżej portu, przetrwała opasana murami stara dzielnica Kaleiçi. Z braku czasu i z obawy przed wpadnięciem w pułapkę zakupów omijam słynny bazar. Tym bardziej że w jego sąsiedztwie wznosi się niezwykły meczet Mehmeta Paszy z XVI w. (Tekeli Mehmet Pa a Camisi) - na planie kwadratu, nakryty dużą kopułą i kilkoma mniejszymi. W środku chłód grubych murów daje błogie wytchnienie od upału i zgiełku miasta. W dodatku pokrywają je wiekowe kafelki z Izniku, najsłynniejszej tureckiej manufaktury. Na nich kwiaty i arabeski w cudownych kolorach (niebieski, zielony, biały, żółty, pomarańczowy), którym stulecia tylko przydają urody. Okutana w wielką chustę sadowię się pod jedną z kolumn i... zasypiam na chwilę ukołysana szmerem modlitw.

Przy wąskich i krętych uliczkach - stare domy z epoki seldżuckiej i otomańskiej, drewniano-ceglane o zabudowanych długich i wąskich balkonikach, z wykuszami i wewnętrznymi dziedzińcami. Niestety, sporo w ruinie, ale wielu przywrócono blask, zamieniając je w hoteliki, knajpki, sklepiki i galerie. Znienacka natykam się na potężną, zrujnowaną antyczną budowlę otoczoną siatką, wstępu nie ma. Do jej boku przyklejony meczet Korkut z tzw. Uciętym Minaretem (Kesik Minare Camii). Jego losy to dzieje Antalyi w pigułce: na gruzach rzymskiej świątyni z II w. powstała w VI w. bizantyjska bazylika, w XIV w. zamieniona na meczet, później znów na kościół i raz jeszcze na meczet. Dziś w nie najlepszym stanie, zamknięty. Kiedy wydaje mi się, że zabłądziłam, natrafiam na nr 1wśród zabytków Antalyi - bramę Hadriana ze 130 r., upamiętniającą cesarską wizytę. Czas obszedł się łaskawie z jej trzema łukami zdobnymi w kolumny i ornamenty. Dziś stoi na granicy dzielnic starej i nowej.

"Antalya - miasto, w którym owiewa cię wiatr wprost z gór Taurus" - głosi reklamowy slogan. I wcale nie kłamie! Strome góry wyrastają tuż za nowiutkimi blokowiskami. Ich szczyty toną w gorącej mgle, która latem często spowija okolicę. Udajemy się tam malowniczą drogą wzdłuż wybrzeża, a potem pośród coraz wyższych pagórków porośniętych piniowo-cyprysowymi lasami, aż pojawi się drogowskaz z napisem "Olympos Teleferik". Ta najdłuższa kolejka linowa w Turcji wjeżdża na górę Tahtali wysoką na 2365 m, a jej hasłem jest: "Sea to Sky". Jak okiem sięgnąć, białe, szare i żółtawe rozpalone słońcem skały. Coraz wyższe i coraz bardziej niedostępne, znika zieleń karłowatych pinii. Robi się chłodno - co za ulga! Na samej górze kafeteria z pyszną herbatą podawaną w szklaneczkach o kształcie tulipanów i sklepiki z pamiątkami. Ale najważniejsze są widoki, trzeba tylko uważać na stromizny i piargi! Hen, hen majaczy poszarpana linia wybrzeża z plamami miasteczek o pomarańczowych dachach, turkus morza zlewa się z lazurem nieba.

Klimat Olympos

Wracając do hotelu, zbaczamy 11 km z głównej drogi, do Olympos (80 km od Antalyi). Na dziobatym, górzystym cypelku leży wioska przypominająca filmowy Dziki Zachód - skromne pensjonaty z tarasami otaczają płoty z grubych bali, można mieć też lokum w domku na palach czy na drzewie. Odpoczywa tu wielu miejscowych oraz hipisi i niskobudżetowi turyści. Wokół mandarynkowe sady i sosnowe zagajniki, zewsząd dobiega śpiew cykad. Ścieżka ku morzu wiedzie przez antyczne ruiny. Wśród gęstwiny jeżyn, oleandrów i wawrzynów majaczą zarysy kamiennych budowli. Już w II w. p.n.e. było tu ważne miasto i port (dzisiejszy strumyk Akcay, dawny Olympos, był potężną rzeką, pływały nim wielkie statki). Słynęło z kultu Hefajstosa, boskiego kowala, niedaleko miała też swoją pieczarę Chimera - ziejący wiecznym ogniem potwór z trzema głowami: lwa, smoka i kozy. Rzymianie w 78 r. p.n.e. zniszczyli Olympos, a potem odbudowali; czas jakiś był gniazdem piratów, przeżył najazd Arabów, po epoce wypraw krzyżowych opuszczony i zapomniany. Wytrwali mogą tropić ślady świątyń Apolla, Zeusa, Hefajstosa i Ateny oraz łaźni i dwóch nekropolii. We wklęsłej niecce opierającej się o wzgórze można się domyślać kształtu teatru. Pokonujemy strumień, podziwiając grobowce z II w. wykute w skalnych niszach - jeden z głową Afrodyty w lokach, drugi z modelem statku (szkoda, że zadaszone plastikiem). I już jesteśmy w zatoce osłoniętej wysoką skałą, z której sterczą wenecko-genueńskie fortyfikacje. Plaża w kształcie rożka, cała w drobnych kamieniach, przypomina mi niezwykłą kąpiel w środku nocy kilka lat temu, podczas moich pierwszych tureckich wakacji...

Turkusowe wybrzeże licyjskie

Im bliżej Finike (i naszego nadmorskiego hotelu Presa di Finica), tym bardziej płasko i zielono, daleko na horyzoncie rysują się wzgórza. Wokół hektary szklarniowych daszków. Jesteśmy w prawdziwym owocowo-warzywnym zagłębiu, a okoliczne miasteczka wystawiły na rondach pomniki pomidorom, bakłażanom i kiściom winogron. Korzystając z wolnego popołudnia kąpiemy się w cieplutkim o każdej porze dnia (i nocy) morzu, dziwiąc się tym, którzy wolą hotelowe baseny.

Nazajutrz jedziemy w stronę Kale (26 km od Finike). Kręta droga "wisi" tuż nad szmaragdową taflą. Powietrze jest tak rozgrzane, że staje się niemal srebrne i odbiera nam siły do podziwiania widoków. Drogę wyrąbano w skale, której przekrój przypomina kremowo-pomarańczowy tort. Wyżej bieleją nagie zbocza z kępkami karłowatych krzewów i oliwek.

Stajemy w porcie, w którym cumują stateczki blue cruises wożące turystów po wodach uznanych za najczystsze w kraju, zwanych też turkusowym wybrzeżem licyjskim. Płyniemy co najmniej pół godziny, zanim dotrzemy w pobliże wyspy Kekova i pozostałości antycznej Simeny, którą w II w. pogrążyło w odmętach trzęsienie ziemi. Nasz przewodnik Salim Dikici wskazuje resztki murów, które dziś niewiele różnią się od skał, i wiodące pod wodę schody. A ponieważ ma ona kolor wyblakłej akwamaryny i jest niemal przezroczysta, przez szybkę w dnie łodzi widać ślady budowli, amfory, odłamki tympanonów. Vis-a-vis, już na stałym lądzie, wyrasta Kalekoy - rybacka wioska z zamkiem kawalerów maltańskich. Na wzgórzach wokół portu sterczą licyjskie grobowce w kształcie kamiennych domków i uli. Płyniemy dalej, pośród jasnych skał bezludnych wysepek. Cumujemy w dogodnym miejscu, a pływacy dają nura do wody wprost z pokładu - co za rozkosz! Szkoda, że nie można tu spędzić całego dnia (dwugodzinny rejs ok. 30-40 euro za osobę).

Kale

Kale (zwane też Demre) jest niezbyt ciekawe. Hektary szklarni opasały nawet ruiny antycznej Myry na jego obrzeżach (w starożytności była jednym z ważniejszych miast tzw. związku licyjskiego). Tej zaś największą sławę przyniósł biskup Mikołaj, filantrop i wspomożyciel biedaków, protektor chcących wyjść za mąż dziewic i żeglarzy (przysłowie mówi, że to on trzyma rumpel). Miał urodzić się w nieodległej Patarze ok. 280 r. W kolejnym stuleciu nad jego sarkofagiem wzniesiono kościół, który obecną postać zyskał w XI w. W latach 60. XIX w. zrekonstruowali go Rosjanie, prace finansował car Aleksander I (Mikołaj to także patron prawosławnej Rosji). Pozbawioną dachu i od wieków nieużywaną świątynię chroni "namiot" z blachy falistej i płótna. Wokół potężne eukaliptusy i kwitnące czerwono hibiskusy. Jest i pomnik Mikołaja w otoczeniu dzieci - w długiej szacie i czapie, z workiem na plecach przypomina jakąś średniowieczną postać. Choć to niemal tylko gołe ściany, wzniesiony z głazów i cegieł kościół robi ogromne wrażenie. Przed prostym ołtarzem sześć kolumn korynckich, nad nimi beczkowy sufit. Na ścianach pozostałości bizantyjskich fresków z IX w., m.in. ewangeliści i Jezus z apostołami. Stąpamy po cudownych geometrycznych mozaikach z kolorowych kamyków i po marmurowych płytach. Od V w. ciągną tu pielgrzymki. Niestety, włoscy kupcy w 1087 r. ukradli szczątki świętego i wywieźli je do Bari

(część przechowuje Antalya Museum). Romański sarkofag z szarego marmuru z wyłamanym kawałkiem wieka uchodzi za grobowiec Mikołaja, ale brak na to dowodów. W okolonym wysokimi ścianami kamiennym atrium złożono potrzaskane kolumny i kawałki rzeźb. Jest tu i baptysterium, które przypomina zatopioną w ziemi marmurową misę. Około 2 km stąd - ruiny starożytnej Myry. Zza szeregu sklepików z pamiątkami i napojami wyłaniają się stosy niezwykłych kamiennych głów i fryzów. Co za widok! Za nimi oparty o zbocze wspaniały teatr z II-III w. n.e., na 8 tys. widzów. A w głębi - wykute w skałach licyjskie groby z V-IV w. p.n.e., o fasadach w kształcie świątyń.

***

Zanim wrócimy na ostatni nocleg do hotelu, nieoceniony Can Daglioglu pomaga nam w zakupach, doradzając wyborne czarne i zielone oliwki, ostre i łagodne sery krowie i owcze, chałwę z pistacjami i kandyzowanymi owocami. Ja zdobywam też butelkę mojej ulubionej wody kolońskiej do skrapiania rąk - jej zapach nawet zimą przypomni mi smak tureckich wakacji. Dzisiejszej nocy czeka nas jeszcze kąpiel na golasa przy księżycu w pełni. Ach, jak trudno rozstać się z tureckim morzem!

Antalyę łączy z Polską Corendon - pierwsza tania linia turecka, istnieje od 2004 r. Od marca/kwietnia do końca października lata z Antalyi do Gdańska, Katowic, Krakowa, Łodzi, Poznania, Warszawy i Wrocławia (10 lotów tygodniowo)

www.corendonairlines.com