Z pasją o podróżach, wycieczkach i wyjazdach

Pontonem po Pilicy i Wiśle

  • Pin It
Witold Borkowski
04.10.2010 , aktualizacja: 04.10.2010 12:50
A A A Drukuj
Most Siekierkowski w Warszawie Fot. Witold Borkowski Most Siekierkowski w Warszawie
Pontonem? Po Wiśle?! A tak! Było pięknie i dramatycznie. Długo nie zapomnę tej wyprawy. To lepsze, niż snuć się z rodziną w słoneczny weekend po supermarkecie...
Na brzegu Pilicy w Warce
Fot. Witold Borkowski
Na brzegu Pilicy w Warce
Straż pożarna i zabytkowy wóz gaśniczy w Warce
Fot. Witold Borkowski
Straż pożarna i zabytkowy wóz gaśniczy w Warce
Jest sierpniowy poranek, gdy pakuję do jednego worka mój czterokomorowy ponton, a do drugiego namiot, śpiwór, kuchenkę i dziecinny materac do pływania (tańszy i lżejszy od tego "zwykłego" do spania). Jeszcze tylko drewniane wiosła (wolę je, choć są cięższe, ale nie brudzą rąk i nie łamią się jak te aluminiowe o plastikowych piórach), jedzenie kupię na trasie. Ładuję wszystko na mój francuski składany wózek i jadę na dworzec Warszawa-Śródmieście, skąd odjeżdżają pociągi do Warki nad Pilicą.

***

Półtorej godziny i jestem na miejscu. Upał leje się z nieba, a ja ciągnę mój dobytek do centrum 11-tysięcznej Warki. Niemal nie czuję tych wszystkich kilogramów - mój wózek jest wspaniały, ma szerokie koła i bez trudu można nim przewozić nawet najcięższe ładunki. Po drodze mijam pomnik Lotników, którzy 23 sierpnia 1944 r. stoczyli tu pierwszą wyzwoleńczą potyczkę z hitlerowcami. W okolicy miało miejsce jeszcze wiele historycznych wydarzeń. 7 kwietnia 1656 r. w bitwie pod Warką polskie wojska zwyciężyły Szwedów, a od 19 do 22 czerwca 1794 r. przebywał w mieście Tadeusz Kościuszko, naczelnik insurekcji. Napotkawszy Biedronkę, robię zakupy na zapas (głównie woda). Po chwili jestem na Rynku i... cóż za oczarowanie! Rozległy plac wyłożony kostką otaczają kolorowe, zadbane kamieniczki. Wokół stylowe latarnie, kwietniki i ławeczki. W południowo-wschodnim rogu straż pożarna ze strzelistą wieżą o czerwonym dachu. Jeszcze tylko kilka pamiątkowych zdjęć na Rynku oraz przy zabytkowym konnym wozie strażackim i pora ruszyć w stronę rzeki...

Tylko przyroda i ja

Na brzeg Pilicy wiedzie polna droga. Znajduję czyste, piaszczyste zejście wśród gęstych trzcin i wiklinowych zarośli. Woda niemal przezroczysta, co jak na mazowiecką rzekę jest wręcz nieprawdopodobne. Jeszcze tylko pompowanie pontonu, coś na ząb i w drogę. Nurt - znacznie szybszy niż na mojej ukochanej Krutyni - niemal natychmiast mnie porywa. Brzegi są dość wysokie. Pierwsze zakręty i pierwsze wyłaniające się niespodziewanie spod wody piaszczyste łachy - całkiem ich sporo. Pojawiają się i najbardziej niebezpieczne dla pontonu gałęzie, a nawet pnie drzew. Dawno tędy nie płynąłem, zresztą nie ma to znaczenia - co kilka miesięcy rzeka zmienia nurt i dno, a przeszkód przybywa.

Wytężam wzrok. Południowe, mocne słońce, liczne odblaski na wodzie i odbicia płynących w górze wspaniałych białych obłoków nie ułatwiają nawigacji. Nagle czuję się niczym jeździec wysadzony z siodła, pod którym rumak gwałtownie stanął dęba - "siedzę" na pierwszej łasze. Nie jestem w stanie wiosłami zepchnąć pontonu, na który silnie napiera rzeka. Wysiadam. Jeszcze nie wiem, że za kilka godzin moja wyprawa z wodnej zamieni się niemal w pieszą. Im dalej, tym więcej zakrętów, kręcę się we wszystkich kierunkach. Podziwiam zielone pola i strome brzegi wysokie na 2-3 m, z których co chwila podrywają się kolorowe zimorodki. Tak długo im się przyglądam, że omal nie nadziewam się na zanurzony stary pień. Robię gwałtowny zwrot, nie ma mowy o cofnięciu się - nurt zbyt szybki, a ponton zbyt lekki. Ufff, ominąłem!

Obiecuję sobie, że ptaszkom i kwiatkom przyjrzę się na biwaku. Ale zanim tam dopłynę, mijam podwodne przeszkody mostu drogowego na wschodnim skraju Warki. Most jest nowy, ale nie uprzątnięto z dna resztek starego i tego, co pozostało po remoncie. Jestem już kilka kilometrów za miastem. Krajobraz tu całkiem inny: płaski, niewysoki brzeg gwałtownie zamienia się w lesiste, 20-metrowe zbocze. Czuję się, jakbym płynął przełomem Dunajca u stóp Trzech Koron. Fantastyczny widok! Słońce dotyka już wierzchołków drzew. Czas na odpoczynek. Staję na środku rzeki, na nieco zarośniętej piaszczystej wyspie. Trudno mi określić, gdzie jestem - wijąca się rzeka nie ułatwia zadania. Brzegi Pilicy porasta mocno spleciona łozina, nie da się wypatrzyć żadnych punktów odniesienia. W trzcinach wesoło buszują kaczki, nurogęsi i łabędzie. Rozbijam namiot. Jest, jak lubię: wokół nikogo, tylko przyroda i ja. Zasypiam tuż po wspaniałym, pomarańczowym zachodzie słońca. Wiem, że rano długo nie pośpię.

Królowa Polskich Rzek

I wcale się nie mylę! Już przed brzaskiem rozpoczyna się ptasi koncert. Patrzę na tańczące poranne mgły, na pierwsze promienie słońca. Śniadanie, pakowanie i w drogę.

Po kilku kilometrach - uregulowane ujście Pilicy do Wisły (kamienne brzegi). Za chwilę zmierzę się z Królową Polskich Rzek. Rozpościera się przede mną rozległy błękit rozdzielony odległym cieniutkim paseczkiem horyzontu. Co za widok! Po prawej stronie strzeliste drzewa tworzące potężny zielony pas, po lewej zaś gęste zarośla. Jestem oczarowany ogromem tej przestrzeni, porannym błękitem i pustką. Wisła jest tu bardzo szeroka i płynie leniwie.

Szukam znaków nawigacyjnych. Nie ma. Tzn. są: drewniane tyczki lub wręcz patyczki grubości palca, niedbale wetknięte w dno. Na próżno ich zresztą wypatrywać, rozstawiono je rzadko, w odległości nieraz ponad kilometra, znikają na tle zielonych brzegów. Za sprawą tej niefrasobliwości "opiekunów" rzeki moja podróż nabierze charakteru pieszego, a pod Warszawą spotkają mnie dramatyczne przygody...Łatwo jest wypatrywać łach i przeszkód, gdy się stoi na 3-4-metrowym brzegu. Ale z pokładu pontonu to niemal niewykonalne, tym bardziej że bijący od rzeki blask po prostu oślepia. Płynę, trzymając się lewego brzegu, z nadzieją, że kilkucentymetrowe zanurzenie pontonu pozwoli mi utrzymać ten kurs przez cały czas. Jeszcze nie wiem, w jak wielkim jestem błędzie! Choć brzmi to nieprawdopodobnie, Wisła - zwłaszcza na szerokich odcinkach - jest tak płytka, że często wysiadam z pontonu i idę środkiem rzeki. Niestety, spowalnia to bardzo moją żeglugę.

Nadal ani śladu znaków nawigacyjnych. Tymczasem mój ponton pędzi wprost na olbrzymie zatopione drzewo, czyhające w cieniu rzucanym na wodę przez zagajnik na brzegu. Sytuacja robi się poważna. To nie kajak, którym można by się cofnąć. Niemal siłą woli zmieniam kurs i - dosłownie ocierając się burtą o wystające konary - omijam przeszkodę. Kilometr dalej nurt popycha mnie w stronę przeciwległego brzegu. I tak będzie aż do samej Warszawy - od brzegu do brzegu. Rozległe, ciągnące się nieraz kilometrami piaszczyste łachy (podwodne bądź zamienione w wyspy), okolice pozbawione zabudowań, wysokie na kilka metrów splątane gałęzie łoziny, szpalery ogromnych topól, dębów i klonów - tak właśnie wygląda Wisła. Błękitna przestrzeń rozlewa się hen, hen, niczym jakaś Amazonka. Nocuję na prawym brzegu. Wspaniały zachód słońca barwi na pomarańczowo całą okolicę. Po kilkunastu minutach na rzekę opada granatowa kurtyna ze złotymi ognikami, które szybko zbliżają się do mnie. Wtem znikają. Słychać tylko szum odrzutowych silników - to przecież droga podejścia dla samolotów na Okęcie!

W rzece pluskają ryby. Nad ranem widzę wyskakujące nad jej powierzchnię wielkie okazy - zdumiewające, zważywszy na to, że stan czystości rzeki pozostawia wiele do życzenia (ja używam składanego prysznica, a wodę doń wiozę w butelkach). Jeszcze bardziej zaskakuje mnie widok kormoranów i spacerujących czapli. Wszak i one w kwestii jakości wód są bardzo wymagające. Nie zraża mnie już brak nawigacyjnych boi. Ani to, że znów muszę wysiadać. Nurt odpłynął podstępnie w lewo, a ja dostaję się pomiędzy dwie łachy niczym w objęcia olbrzymich nożyc. Cóż, kolejna "piesza wycieczka". Przed Górą Kalwarią widzę na wodzie białe, nieruchome pojemniki. To pierwsze "boje", ale ponieważ nie oznakowano ich na zielono czy czerwono, są bezużyteczne (zielona wyznacza lewą granicę toru żeglugowego, czerwona - prawą). Pozostaje więc polegać na bystrości spojrzenia i intuicji.

Pontonem? Po Wiśle?!

Przed Warszawą płynę wzdłuż lewego brzegu zgodnie z zieloną tyczką. Następnej nie dostrzegam, zresztą są rozstawiane zbyt daleko od siebie, by je zauważyć. Nagle silny nurt skręca gwałtownie w prawo, pomiędzy wyspy rozdzielone ogromnym grzebieniem z zatopionych drzew. Rozpaczliwie poszukuję w miarę szerokiej dziury między gęsto rozstawionymi „zębami”. Udaje się! Po chwili znów przeszkoda: koparka i zwisająca z niej lina po jednej, a jakieś inne urządzenia po drugiej stronie wąskiego przejścia pomiędzy lądem a ogromną wyspą, przez które nurt pędzi jak wściekły. Co gorsza, potężny wir to wysadza mój ponton do góry, to zasysa gwałtownie w dół. W końcu wrzuca mnie na karuzelę kręcącego się w kółko nurtu. Robię bezsilnie dwa okrążenia, zanim dostrzegę przepływającego tuż obok wyspy rybaka na łódce. Sprężam się i resztką sił wyrywam ponton z karuzeli w jego kierunku. Nurt łagodnieje. Serce wali jak oszalałe.

Wreszcie Warszawa! Ląduję przy Trasie Łazienkowskiej, na lewym brzegu. Przechodzący obok spacerowicze ze zdumieniem komentują: - Pontonem? Po Wiśle?! A tak! Było pięknie i dramatycznie. Długo nie zapomnę tej wyprawy. To lepsze, niż snuć się z rodziną w słoneczny weekend po supermarkecie.

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

  • hotele
  • loty
  • Oferty Booking.com
  • Oferty FRU.PL

Podróże.gazeta.pl na Facebooku