Włochy. Wypady na Egady - Marettimo
13.09.2010
, aktualizacja: 13.09.2010 10:49
Marettimo, jedna z trzech wysp Archipelagu Egadzkiego, leży ok. 38 km od zachodniego krańca Sycylii. Wieczorami ucztuje się tu przy wielkich stekach z czerwonego tuńczyka, popijając Nero d'Avola...
ZOBACZ TAKŻE
- Włochy. Z Wałęsą w Dolomitach (25-10-10, 06:00)
- Włochy. Friuli - Wenecja Julijska (21-02-11, 06:00)
- Włochy. Bolonia - podróż kulinarna (12-11-10, 11:48)
- Jesień w raju. Zachodnia Sardynia (16-10-10, 06:00)
- Włochy dla smakoszy. Chiantigiana, czyli Droga Wina (30-08-10, 06:00)
- Włochy - Trani. Pod ostrogą włoskiego buta (06-04-09, 06:00)
Tego dnia dzieci z Marettimo nie popłynęły do szkoły na sąsiednią wyspę Favignana, obsiadły za to lodziarnię na głównym placyku wioski. A my, odcięci od świata, tkwiliśmy w porcie, towarzysząc rybakom łatającym sieci i słuchając melodyjnych głosów mężczyzn grających w karty. Wypatrywaliśmy statku, który z powodu sztormu nie przypływał na wyspę już od dwóch dni.
Wszystko w skali mikro
Marettimo, jedna z trzech obok Favignany i Levanzo wysp Archipelagu Egadzkiego, leży ok. 38 km od zachodniego krańca Sycylii. Od prawie dziesięciu lat archipelag jest morskim rezerwatem. Przypłynęliśmy tu wodolotem z sycylijskiego Trapani. W 241 r. p.n.e. na tutejszych wodach doszło do najważniejszej bitwy morskiej pierwszej wojny punickiej - zwycięski Rzym przejął ostatecznie sycylijskie kolonie Kartagińczyków. Legendy mówią, że krew zabarwiła wówczas wody wokół wysp na czerwono (jedna z plaż nazywa się Cala Rossa). Kultywuje się tu starą arabsko-hiszpańską tradycję połowu tuńczyka. Tzw. mattanza, czyli morska corrida odbywa się pod koniec wiosny, kiedy błękitne tuńczyki powracają na tarło. I tak jak niegdyś woda znów zabarwia się na czerwono. W jedynej osadzie na Marettimo mieszka kilkaset osób. Białe domki, mnóstwo łodzi na nabrzeżu, kolorowe sieci, mała kamienista plaża. Jest pięknie, wszystko w skali mikro, pod zieloną ścianą wysokich gór.
W porcie czeka Paolo, opiekun apartamentów, które wynajęliśmy. Idąc wąskimi uliczkami (na wyspie nie ma dróg dla samochodów), mijamy domy z niebieskimi okiennicami, żelaznymi giętymi balkonikami, latarenkami i wiszącym praniem. Wszystko spowite kępami kolorowych bugenwilli. Z okna mojego pokoju widać położoną poniżej osadę i port. Płaskie dachy z tarasami, werandami i zbiornikami na wodę urozmaicają pióropusze palm i kampanila kościoła. Z kuchni i tarasu na dachu naszego domu oglądamy wschody słońca i patrzymy na przypływające promy, pijąc poranne espresso. Słuchamy krzyku morskich ptaków, gotując spaghetti po sycylijsku, zajadamy się pachnącymi pomidorami i soczystymi arbuzami podczas południowej sjesty. A wieczorem ucztujemy przy wielkich stekach z czerwonego tuńczyka, popijając miejscowe Nero d'Avola. Cała wioska to kilka uliczek, placyk i dwa małe porty rybackie. Na domkach ceramiczne tabliczki z imionami i nazwiskami rodzin zamiast bezosobowych numerów.
***
Codzienną atrakcją są poranne spacery do portu, kiedy przypływają rybacy z połowem. Czekają na nich mieszkańcy, turyści, wielkie morskie ptaki i koty. Ale każda pora dnia jest dobra na wypad do portu. Co kilka godzin senne nabrzeże odżywa, gdy zjawia się kolejny prom. Po dwóch dniach nie jesteśmy już anonimowi, z wieloma mieszkańcami wymieniamy „Buon giorno”. Jest tu kilka sklepów (piekarnia, rybny, dwa spożywcze) i knajpek. Osobne centrum stanowi okolica przystani promów i siedziby straży przybrzeżnej Guardia Costiera. Tu przychodzą, siedzą i rozmawiają wyłącznie mężczyźni. Podczas zmiany pogody śledzą najnowsze komunikaty. Co godzinę kościelny dzwon przypomina o upływie czasu. Raz wydzwaniał długo i natrętnie, wzywając pasażerów do portu na jedyny prom, który odpływał podczas sztormowej pogody. Wyspę przecina siatka kamienistych szlaków. Z naszych doświadczeń wynika, że czas przejścia podany na tabliczkach jest zaniżony, my szliśmy dłużej (przydadzą się buty z grubą, twardą podeszwą i kije trekkingowe). Ścieżki prowadzą do latarni i zatoki po drugiej stronie wyspy, na cypel z normańskim zamkiem Punta Troia i na szczyty - Semaforo oraz Monte Falcone, najwyższy w archipelagu Egad (686 m). Wybieramy się do Case Romane , rzymskich ruin z czasów, gdy wyspa była strategiczną bazą morską. Górska ścieżka wspina się nad wioską. Mijamy stada osłów, nieocenionych zwierząt w tej krainie. Ale to nie ruiny robią na nas największe wrażenie, lecz bizantyjski kościółek stojący wśród zieleni nad skrajem skalnej półki, z niesamowitym widokiem na morze i wyspy. W środku panuje chłód, nie ma nikogo, choć ławeczki, oliwne lampki i ikony świadczą o tym, że świątynia nie jest opuszczona. To dla nas wyjątkowa chwila wytchnienia. Nazajutrz kilkugodzinna wycieczka do Punta Troia zamienia się w aromatyczną inhalację - „marettimo” znaczy „morski tymianek”. Idąc ścieżką wśród krzewów tymianku i innych ziół, wdychamy wspaniałą woń. Szmaragdowo-turkusowa woda, kilkumetrowe agawy, dzikie kozy na skałach zawsze już będą mi się kojarzyć z tym intensywnym, pięknym zapachem.
Cztery dni na Marettimo
Nasze cztery dni na Marettimo rozpoczął trzygodzinny rejs wokół wyspy (15-20 euro/os.). Z zachodniego portu wypływamy tylko my z przewodnikiem, w ciągu kilku godzin spotykamy jedną łódź i kilka zacumowanych jachtów. Słoneczny dzień jest prawie bezwietrzny, woda gładka, widzialność w głąb ponad 30 m. Podziwiamy klifowe brzegi i morskie groty. Nasz skipper wpływa w skalne jamy, niemal ocierając burtami o ściany jaskini. Kolejna znajduje się pod cyplem i zamkiem Punta Troia . Pod niskimi łukami i otwartymi kominami groty woda ciągle zmienia kolor, w zależności od światła. Dno jest tuż, tuż, widać nawet muszelki. Jedna skała przypomina Madonnę, inna nazywa się Bombarda, bo fale wpadające tu w czasie sztormu dają akustyczny efekt wystrzałów. Kąpiemy się w lazurowej zatoce, uważając na czarne meduzy - spotkanie z nimi bywa gorące.
Potem wpływamy do kolejnych grot dotykając rękami ich ścian, obserwujemy dziwaczne czerwone glony porastające je tuż pod powierzchnią wody.
Największą atrakcją jest piąta lub szósta z kolei grota - ciągnie się wzdłuż brzegu i ma dwa wejścia. Wyskakujemy z łodzi i płyniemy wpław w jej kierunku (dobrze, że zabrałam piankę, maskę i płetwy). Ściany jaskini opadają pionowo w dół, sklepienie obniża się, a wąski tunel prowadzi do czarnego wnętrza. Za zakrętem wpływamy w czarną czeluść, nie wiemy, co jest przed nami i co pod wodą. W końcu widzimy niebieskawe światło odbijające się na ścianach. Płyniemy coraz szybciej, w końcu jest słońce i nasza łódź u wejścia do jaskini. Opływając wyspę, widzimy, że to jedna wielka skała wynurzająca się z morza. Jedynie wioska leży na dosyć płaskiej powierzchni, reszta to urwiska opadające pionowo do morza. Na cyplu drugiej, bezludnej części stoi jedynie latarnia morska na przylądku Punta Libeccio (z wioski kilka godzin marszu).
***
Chcemy zobaczyć wyspy i archipelag z najwyższego punktu - Monte Falcone („falcone” to „sokół”). Wyruszamy po południu w wyjątkowo wietrzny dzień, kiedy wschodnia część wyspy jest już w cieniu. Ścieżka wiedzie nad skalistym brzegiem dość wysoko, oferując nam wspaniałe widoki na niknącą w oddali wioskę, cypel z normańskim zamkiem i ściany szczytu nad nami. Na nieosłoniętych krzewami graniach silne podmuchy wiatru ścinają nas z nóg. Bywa, że idziemy skuleni, trzymając się krzaków i skał. Drewniany drogowskaz z tabliczkami wskazującymi szlaki dygocze z hukiem na wietrze, jakby za chwilę miał odlecieć. Do słupka na szczycie Monte Falcone dochodzimy na czworaka. Ze wszystkich stron widać morze, ogarniamy wzrokiem całą wyspę. W oddali Favignana i Levanzo, między nimi majaczy we mgle brzeg Sycylii. Wiatr wieje i gwiżdże. Przytuleni do skał podziwiamy widoki z perspektywy sokoła.
Informacje praktyczne
Przelot Lufthansą Warszawa - Palermo (przez Mediolan), codziennie - 600-1200 zł, Ryanairem Kraków - Trapani, dwa razy w tygodniu - 300-600 zł; godzinny rejs Trapani - Marettimo - 17 euro w jedną stronę; autobus z lotniska w Trapani do portu, 40 min - 4,5, z lotniska w Palermo, 2 godz. - 10-20. B&B na Marettimo - 30-40 euro. Obiad 8-15 euro/danie, kawałek pizzy - od 2
Wszystko w skali mikro
Marettimo, jedna z trzech obok Favignany i Levanzo wysp Archipelagu Egadzkiego, leży ok. 38 km od zachodniego krańca Sycylii. Od prawie dziesięciu lat archipelag jest morskim rezerwatem. Przypłynęliśmy tu wodolotem z sycylijskiego Trapani. W 241 r. p.n.e. na tutejszych wodach doszło do najważniejszej bitwy morskiej pierwszej wojny punickiej - zwycięski Rzym przejął ostatecznie sycylijskie kolonie Kartagińczyków. Legendy mówią, że krew zabarwiła wówczas wody wokół wysp na czerwono (jedna z plaż nazywa się Cala Rossa). Kultywuje się tu starą arabsko-hiszpańską tradycję połowu tuńczyka. Tzw. mattanza, czyli morska corrida odbywa się pod koniec wiosny, kiedy błękitne tuńczyki powracają na tarło. I tak jak niegdyś woda znów zabarwia się na czerwono. W jedynej osadzie na Marettimo mieszka kilkaset osób. Białe domki, mnóstwo łodzi na nabrzeżu, kolorowe sieci, mała kamienista plaża. Jest pięknie, wszystko w skali mikro, pod zieloną ścianą wysokich gór.
W porcie czeka Paolo, opiekun apartamentów, które wynajęliśmy. Idąc wąskimi uliczkami (na wyspie nie ma dróg dla samochodów), mijamy domy z niebieskimi okiennicami, żelaznymi giętymi balkonikami, latarenkami i wiszącym praniem. Wszystko spowite kępami kolorowych bugenwilli. Z okna mojego pokoju widać położoną poniżej osadę i port. Płaskie dachy z tarasami, werandami i zbiornikami na wodę urozmaicają pióropusze palm i kampanila kościoła. Z kuchni i tarasu na dachu naszego domu oglądamy wschody słońca i patrzymy na przypływające promy, pijąc poranne espresso. Słuchamy krzyku morskich ptaków, gotując spaghetti po sycylijsku, zajadamy się pachnącymi pomidorami i soczystymi arbuzami podczas południowej sjesty. A wieczorem ucztujemy przy wielkich stekach z czerwonego tuńczyka, popijając miejscowe Nero d'Avola. Cała wioska to kilka uliczek, placyk i dwa małe porty rybackie. Na domkach ceramiczne tabliczki z imionami i nazwiskami rodzin zamiast bezosobowych numerów.
***
Codzienną atrakcją są poranne spacery do portu, kiedy przypływają rybacy z połowem. Czekają na nich mieszkańcy, turyści, wielkie morskie ptaki i koty. Ale każda pora dnia jest dobra na wypad do portu. Co kilka godzin senne nabrzeże odżywa, gdy zjawia się kolejny prom. Po dwóch dniach nie jesteśmy już anonimowi, z wieloma mieszkańcami wymieniamy „Buon giorno”. Jest tu kilka sklepów (piekarnia, rybny, dwa spożywcze) i knajpek. Osobne centrum stanowi okolica przystani promów i siedziby straży przybrzeżnej Guardia Costiera. Tu przychodzą, siedzą i rozmawiają wyłącznie mężczyźni. Podczas zmiany pogody śledzą najnowsze komunikaty. Co godzinę kościelny dzwon przypomina o upływie czasu. Raz wydzwaniał długo i natrętnie, wzywając pasażerów do portu na jedyny prom, który odpływał podczas sztormowej pogody. Wyspę przecina siatka kamienistych szlaków. Z naszych doświadczeń wynika, że czas przejścia podany na tabliczkach jest zaniżony, my szliśmy dłużej (przydadzą się buty z grubą, twardą podeszwą i kije trekkingowe). Ścieżki prowadzą do latarni i zatoki po drugiej stronie wyspy, na cypel z normańskim zamkiem Punta Troia i na szczyty - Semaforo oraz Monte Falcone, najwyższy w archipelagu Egad (686 m). Wybieramy się do Case Romane , rzymskich ruin z czasów, gdy wyspa była strategiczną bazą morską. Górska ścieżka wspina się nad wioską. Mijamy stada osłów, nieocenionych zwierząt w tej krainie. Ale to nie ruiny robią na nas największe wrażenie, lecz bizantyjski kościółek stojący wśród zieleni nad skrajem skalnej półki, z niesamowitym widokiem na morze i wyspy. W środku panuje chłód, nie ma nikogo, choć ławeczki, oliwne lampki i ikony świadczą o tym, że świątynia nie jest opuszczona. To dla nas wyjątkowa chwila wytchnienia. Nazajutrz kilkugodzinna wycieczka do Punta Troia zamienia się w aromatyczną inhalację - „marettimo” znaczy „morski tymianek”. Idąc ścieżką wśród krzewów tymianku i innych ziół, wdychamy wspaniałą woń. Szmaragdowo-turkusowa woda, kilkumetrowe agawy, dzikie kozy na skałach zawsze już będą mi się kojarzyć z tym intensywnym, pięknym zapachem.
Cztery dni na Marettimo
Nasze cztery dni na Marettimo rozpoczął trzygodzinny rejs wokół wyspy (15-20 euro/os.). Z zachodniego portu wypływamy tylko my z przewodnikiem, w ciągu kilku godzin spotykamy jedną łódź i kilka zacumowanych jachtów. Słoneczny dzień jest prawie bezwietrzny, woda gładka, widzialność w głąb ponad 30 m. Podziwiamy klifowe brzegi i morskie groty. Nasz skipper wpływa w skalne jamy, niemal ocierając burtami o ściany jaskini. Kolejna znajduje się pod cyplem i zamkiem Punta Troia . Pod niskimi łukami i otwartymi kominami groty woda ciągle zmienia kolor, w zależności od światła. Dno jest tuż, tuż, widać nawet muszelki. Jedna skała przypomina Madonnę, inna nazywa się Bombarda, bo fale wpadające tu w czasie sztormu dają akustyczny efekt wystrzałów. Kąpiemy się w lazurowej zatoce, uważając na czarne meduzy - spotkanie z nimi bywa gorące.
Potem wpływamy do kolejnych grot dotykając rękami ich ścian, obserwujemy dziwaczne czerwone glony porastające je tuż pod powierzchnią wody.
Największą atrakcją jest piąta lub szósta z kolei grota - ciągnie się wzdłuż brzegu i ma dwa wejścia. Wyskakujemy z łodzi i płyniemy wpław w jej kierunku (dobrze, że zabrałam piankę, maskę i płetwy). Ściany jaskini opadają pionowo w dół, sklepienie obniża się, a wąski tunel prowadzi do czarnego wnętrza. Za zakrętem wpływamy w czarną czeluść, nie wiemy, co jest przed nami i co pod wodą. W końcu widzimy niebieskawe światło odbijające się na ścianach. Płyniemy coraz szybciej, w końcu jest słońce i nasza łódź u wejścia do jaskini. Opływając wyspę, widzimy, że to jedna wielka skała wynurzająca się z morza. Jedynie wioska leży na dosyć płaskiej powierzchni, reszta to urwiska opadające pionowo do morza. Na cyplu drugiej, bezludnej części stoi jedynie latarnia morska na przylądku Punta Libeccio (z wioski kilka godzin marszu).
***
Chcemy zobaczyć wyspy i archipelag z najwyższego punktu - Monte Falcone („falcone” to „sokół”). Wyruszamy po południu w wyjątkowo wietrzny dzień, kiedy wschodnia część wyspy jest już w cieniu. Ścieżka wiedzie nad skalistym brzegiem dość wysoko, oferując nam wspaniałe widoki na niknącą w oddali wioskę, cypel z normańskim zamkiem i ściany szczytu nad nami. Na nieosłoniętych krzewami graniach silne podmuchy wiatru ścinają nas z nóg. Bywa, że idziemy skuleni, trzymając się krzaków i skał. Drewniany drogowskaz z tabliczkami wskazującymi szlaki dygocze z hukiem na wietrze, jakby za chwilę miał odlecieć. Do słupka na szczycie Monte Falcone dochodzimy na czworaka. Ze wszystkich stron widać morze, ogarniamy wzrokiem całą wyspę. W oddali Favignana i Levanzo, między nimi majaczy we mgle brzeg Sycylii. Wiatr wieje i gwiżdże. Przytuleni do skał podziwiamy widoki z perspektywy sokoła.
Informacje praktyczne
Przelot Lufthansą Warszawa - Palermo (przez Mediolan), codziennie - 600-1200 zł, Ryanairem Kraków - Trapani, dwa razy w tygodniu - 300-600 zł; godzinny rejs Trapani - Marettimo - 17 euro w jedną stronę; autobus z lotniska w Trapani do portu, 40 min - 4,5, z lotniska w Palermo, 2 godz. - 10-20. B&B na Marettimo - 30-40 euro. Obiad 8-15 euro/danie, kawałek pizzy - od 2
-
Marettimo- super, zazdroszczę.
maciejkozlowski
28.11.10, 08:47
Ładny tekst. Oh jakbym chciał tak sobie po prostu tam pojechać. Niestety - pieniądze. Widzę, że tania to ta podróz i pobyt nie są. Szkoda.»
- hotele
- loty
- Oferty Booking.com
- Oferty FRU.PL
Podróże.gazeta.pl na Facebooku
Aktualna oferta

Podróżuj z nami co tydzień.
Przykładowy newsletterZaplanuj wakacje
Polska na weekend
Kontakt z redakcją
- ul. Czerska 8/10
- 00-732 Warszawa
- redakcja.podroze@gazeta.pl















