Z kartek Afrykańskiego Dziennika: Kilimadżaro
24.08.2010
, aktualizacja: 24.08.2010 15:14
Trasa Machame na Kilimanjaro - widowiskowo położony biwak w Shira Camp na wysokości około 3850 m n.p.m.
Na początku tempo narzucone przez Michaela wydawało mi się zbyt powolne. Dla zabicia czasu liczyłam, ile już kroków zrobiłam albo prosiłam Seide, by uczył mnie Suahili. Wyciągaliśmy aparaty i robiliśmy zdjęcia. Potem jednak zmęczenie i brak tlenu zrobił swoje. Już niczego nie liczyłam, niczego się nie uczyłam, niczego nie chciałam wiedzieć. Chciałam tylko dotrzeć na szczyt.

Fot. Włodek Serwiński
Aby przełamać nieśmiałość dziewczynki w maleńkiej wiosce na Zanzibarze zainscenizowałem niby walkę bokserską

Fot. Włodek Serwiński
Polujący w dzień gepard zapatrzony w przyszłą zdobycz traktuje nadjeżdżające samochody niczym powietrze.

Fot. Włodek Serwiński
Masajskie dzieci spędzają wiele czasu przy drodze czekając na przejeżdżające samochody z turystami.

Fot. Włodek Serwiński
Zanzibarscy wieśniacy wykorzystują odpływ na połowy - można wtedy złapać np. ośmiornice.
ZOBACZ TAKŻE
- Miasta Afryki - Mombasa. Hakuna matata! (18-01-10, 10:00)
- Moje afrykańskie przygody. Mozambik - przekraczając Zambezi (14-12-09, 12:57)
- Paweł Urbański, informatyk i ekonomista, pierwszy niewidomy Polak, który wszedł na Kilimandżaro* (06-04-09, 06:00)
- List z Tanzanii. Koszyk z Dodomy (15-03-09, 06:00)
- Afryka, jeep i my (07-07-10, 15:56)
- Fotograficzne safari. Album "Cuda przyrody. Afryka" (31-01-10, 06:00)
- Pocztówka z Tanzanii. Masz męża? (01-02-10, 08:00)
- Jebel Toubkal - czyli dach Afryki północnej dostępny dla każdego! (16-07-10, 17:15)
Alicja
Alicja wcale nie chciała za mną rozmawiać. Przynajmniej na początku. Siedziałam na patio hoteliku Annex by Night II w Arusha, kiedy siedzący przy sąsiednim stoliku lekko podchmielony mężczyzna zaczął popychać w moją stronę może z ośmioletnią dziewczynkę. - Ona bardzo chce z tobą rozmawiać. No Alicjo, podejdź do pani. Nie wstydź się.-
Widać było, że Alicja i wstydziła się i wolała bawić się z innymi dziećmi na patio, ale jednocześnie bała się narazić lekko wstawionemu chyba . ojcu. Przysiadła nieśmiało na skraju plastikowego krzesełka przy moim stoliku. Zapadła cisza.
- Na imię masz Alicja? - powiedziałam cokolwiek, byleby przerwać niezręczne milczenie.
- Yhm
- Masz jakieś rodzeństwo?
- Brata - tu zawahała się przez chwilę - No właściwie niezupełnie brata, bo mamy innych ojców.
- Inni ojcowie, ale zawsze miło jest mieć braciszka - kontynuowałam rozmowę. Alicja spojrzała na mnie uważnie i odpowiedziała:
- No nie za bardzo.
Nie wiedziałam, co mam odpowiedzieć, ale na szczęście Alicja sama wybawiła mnie z kłopotu, bo nagle z zupełnie mi nieznanych powodów język jej się rozwiązał.
- Moja mama ma wielu przyjaciół: mężczyzn. Ja z nią nie mieszkam, bo hotel, w którym ona mieszka, nie jest dobry dla dzieci. Za dużo tam mężczyzn i hałasów w nocy. Tak mówi moja ciocia, która się mną na co dzień opiekuje. Ona cały czas każe mi się uczyć i sprzątać mój pokój. Ja mieszkam tutaj, bo to był kiedyś hotel mojego zmarłego dziadka i dlatego mogę tu jeść i mieszkać za darmo. Mamę spotykam tylko raz w tygodniu, bo ona nie ma czasu, żeby tu przychodzić. Musi pracować. Tęsknię za nią. A tato? Taty już dobrze nie pamiętam. Ale on płaci za moją szkołę. To jest bardzo dobra i droga szkoła - brytyjska. Tato jest Masajem. No, ale nie takim w kocyku w kratkę i z dzidą. Tato mieszka w mieście, w Dar El Salaam, jest urzędnikiem, chodzi w garniturze, ma neseser i laptopa. Ten pan, który mnie namawiał do rozmowy z tobą to nie mój tato, to nowy przyjaciel mojej mamy.
Alicja pięknym brytyjskim akcentem wyniesionym z drogiej szkoły bez skrępowania paplała i paplała odsłaniając kolejne rozdziały swojego życia rodzinnego.
Wyprawa
U bram Parku Narodowego kłębił się tłum tragarzy i okolicznych mieszkańców liczących na zarobek. W naszą stronę wyciągały się ręce z przeciwdeszczowymi pokrowcami na plecaki, podkoszulkami, chustami, masajskimi nożami i różnego rodzaju pamiątkami. Panował potworny harmider. Przysiedliśmy na pobliskim murku obserwując jak nasi przewodnicy Michael i Seide wybierali ludzi do ekipy. To bardzo ważne, aby dobrać rzetelnych, doświadczonych i silnych tragarzy. Michael powiedział mi, że paru tragarzy zna, bo już z nimi współpracował, ale paru jest zupełnie nowych i będzie musiał ich pilnować. Nie wie jak zareagują na wysokość i czy gdzieś nie porzucą bagażu, czy co gorsza znikną z nim nie wiadomo gdzie. Ku naszemu zdumieniu okazało się, że na naszą trójkę potrzeba aż 16 ludzi. Co prawda, kiedy zobaczyłam, co dla nas mieli nieść, już nie dziwiłam się tej liczbie. Gdyż dźwigali oni nie tylko nasze bagaże, ekwipunek i żywność na 6 dni, ale także namiot jadalnię, stół, krzesła, serwetę i porcelanową zastawę stołową. Towarzyszył nam też 'toilet man', który taszczył na plecach prywatną toaletę.
-"Panienko, toaleta gotowa" - meldował mi każdego dnia po przybyciu do obozu. Mieliśmy do dyspozycji kucharza i jego pomocnika, który budził nas o świcie podając najpierw gorącą wodę do mycia a potem serwował kawę i herbatę do namiotu informując, że śniadanie będzie za chwilę gotowe. No i towarzyszyli nam nasi dwaj przewodnicy, którzy cały czas pilnowali, byśmy się nam nic nie stało. Któregoś wieczoru, kiedy kończyliśmy jeść trzydaniowy obiad i patrzyliśmy na kopułę Kibo w promieniach zachodzącego słońca poczułam się tak, jakbym brała udział w wyprawie pierwszych wielkich podróżników odkrywających Afrykę.
Pole, pole
Te słowa towarzyszyły nam od samego początku wędrówki na szczyt Kilimandżaro. Tych słów użył Michael, jeden z naszych przewodników, gdy pierwszego dnia w tropikalnej ulewie zbyt szybko powędrowaliśmy przez las deszczowy. Jeśli chce się zdobyć Kilimandżaro to trzeba robić to "pole, pole", czyli "powoli, powoli". Następnego dnia Michael chyba do końca nam nie ufając sam stanął na czele grupy i dyktował tempo marszu. Krok po kroku w ślimaczym tempie wspinaliśmy się wyżej i wyżej. Krajobrazy zmieniały się powoli. Po tropikalnym lesie deszczowym weszliśmy w obszar łąk alpejskich, potem przyszła kolej na pół-pustynię zasłaną ogromnymi głazami, potem rozciągnęła się przed nami kamienna pustynia prowadząca w kierunku szczytu. Na początku tempo narzucone przez Michaela wydawało mi się zbyt powolne. Dla zabicia czasu liczyłam, ile już kroków zrobiłam, albo prosiłam Seide, by uczył mnie Suahili. Wyciągaliśmy aparaty i robiliśmy zdjęcia. Potem jednak zmęczenie i brak tlenu zrobił swoje. Już niczego nie liczyłam, niczego się nie uczyłam, niczego nie chciałam wiedzieć. Chciałam tylko dotrzeć na szczyt.
Uhuru Peak - Szczyt Wolności
Po dwóch godzinach snu, o ile nerwowe przewracanie się z boku na bok można nazwać snem, wyszliśmy szczękając zębami z zimna w gwiaździstą noc. Przed nami było ostatnie podejście. W milczeniu, krok po kroku, uzbrojeni w czołówki ruszyliśmy na zdobycie szczytu. Nie byliśmy sami. Gdy podniosło się głowę na ścianie krateru widać było powoli poruszającą się wstęgę migoczących światełek. W ciemności nocy nie widać było końca ściany krateru. Gwiazdy i czołówki migotały tak samo.
- Michael, czy tam wysoko, to jeszcze ludzie, czy już gwiazdy? - pytałam się.
Alicja wcale nie chciała za mną rozmawiać. Przynajmniej na początku. Siedziałam na patio hoteliku Annex by Night II w Arusha, kiedy siedzący przy sąsiednim stoliku lekko podchmielony mężczyzna zaczął popychać w moją stronę może z ośmioletnią dziewczynkę. - Ona bardzo chce z tobą rozmawiać. No Alicjo, podejdź do pani. Nie wstydź się.-
Widać było, że Alicja i wstydziła się i wolała bawić się z innymi dziećmi na patio, ale jednocześnie bała się narazić lekko wstawionemu chyba . ojcu. Przysiadła nieśmiało na skraju plastikowego krzesełka przy moim stoliku. Zapadła cisza.
- Na imię masz Alicja? - powiedziałam cokolwiek, byleby przerwać niezręczne milczenie.
- Yhm
- Masz jakieś rodzeństwo?
- Brata - tu zawahała się przez chwilę - No właściwie niezupełnie brata, bo mamy innych ojców.
- Inni ojcowie, ale zawsze miło jest mieć braciszka - kontynuowałam rozmowę. Alicja spojrzała na mnie uważnie i odpowiedziała:
- No nie za bardzo.
Nie wiedziałam, co mam odpowiedzieć, ale na szczęście Alicja sama wybawiła mnie z kłopotu, bo nagle z zupełnie mi nieznanych powodów język jej się rozwiązał.
- Moja mama ma wielu przyjaciół: mężczyzn. Ja z nią nie mieszkam, bo hotel, w którym ona mieszka, nie jest dobry dla dzieci. Za dużo tam mężczyzn i hałasów w nocy. Tak mówi moja ciocia, która się mną na co dzień opiekuje. Ona cały czas każe mi się uczyć i sprzątać mój pokój. Ja mieszkam tutaj, bo to był kiedyś hotel mojego zmarłego dziadka i dlatego mogę tu jeść i mieszkać za darmo. Mamę spotykam tylko raz w tygodniu, bo ona nie ma czasu, żeby tu przychodzić. Musi pracować. Tęsknię za nią. A tato? Taty już dobrze nie pamiętam. Ale on płaci za moją szkołę. To jest bardzo dobra i droga szkoła - brytyjska. Tato jest Masajem. No, ale nie takim w kocyku w kratkę i z dzidą. Tato mieszka w mieście, w Dar El Salaam, jest urzędnikiem, chodzi w garniturze, ma neseser i laptopa. Ten pan, który mnie namawiał do rozmowy z tobą to nie mój tato, to nowy przyjaciel mojej mamy.
Alicja pięknym brytyjskim akcentem wyniesionym z drogiej szkoły bez skrępowania paplała i paplała odsłaniając kolejne rozdziały swojego życia rodzinnego.
Wyprawa
U bram Parku Narodowego kłębił się tłum tragarzy i okolicznych mieszkańców liczących na zarobek. W naszą stronę wyciągały się ręce z przeciwdeszczowymi pokrowcami na plecaki, podkoszulkami, chustami, masajskimi nożami i różnego rodzaju pamiątkami. Panował potworny harmider. Przysiedliśmy na pobliskim murku obserwując jak nasi przewodnicy Michael i Seide wybierali ludzi do ekipy. To bardzo ważne, aby dobrać rzetelnych, doświadczonych i silnych tragarzy. Michael powiedział mi, że paru tragarzy zna, bo już z nimi współpracował, ale paru jest zupełnie nowych i będzie musiał ich pilnować. Nie wie jak zareagują na wysokość i czy gdzieś nie porzucą bagażu, czy co gorsza znikną z nim nie wiadomo gdzie. Ku naszemu zdumieniu okazało się, że na naszą trójkę potrzeba aż 16 ludzi. Co prawda, kiedy zobaczyłam, co dla nas mieli nieść, już nie dziwiłam się tej liczbie. Gdyż dźwigali oni nie tylko nasze bagaże, ekwipunek i żywność na 6 dni, ale także namiot jadalnię, stół, krzesła, serwetę i porcelanową zastawę stołową. Towarzyszył nam też 'toilet man', który taszczył na plecach prywatną toaletę.
-"Panienko, toaleta gotowa" - meldował mi każdego dnia po przybyciu do obozu. Mieliśmy do dyspozycji kucharza i jego pomocnika, który budził nas o świcie podając najpierw gorącą wodę do mycia a potem serwował kawę i herbatę do namiotu informując, że śniadanie będzie za chwilę gotowe. No i towarzyszyli nam nasi dwaj przewodnicy, którzy cały czas pilnowali, byśmy się nam nic nie stało. Któregoś wieczoru, kiedy kończyliśmy jeść trzydaniowy obiad i patrzyliśmy na kopułę Kibo w promieniach zachodzącego słońca poczułam się tak, jakbym brała udział w wyprawie pierwszych wielkich podróżników odkrywających Afrykę.
Pole, pole
Te słowa towarzyszyły nam od samego początku wędrówki na szczyt Kilimandżaro. Tych słów użył Michael, jeden z naszych przewodników, gdy pierwszego dnia w tropikalnej ulewie zbyt szybko powędrowaliśmy przez las deszczowy. Jeśli chce się zdobyć Kilimandżaro to trzeba robić to "pole, pole", czyli "powoli, powoli". Następnego dnia Michael chyba do końca nam nie ufając sam stanął na czele grupy i dyktował tempo marszu. Krok po kroku w ślimaczym tempie wspinaliśmy się wyżej i wyżej. Krajobrazy zmieniały się powoli. Po tropikalnym lesie deszczowym weszliśmy w obszar łąk alpejskich, potem przyszła kolej na pół-pustynię zasłaną ogromnymi głazami, potem rozciągnęła się przed nami kamienna pustynia prowadząca w kierunku szczytu. Na początku tempo narzucone przez Michaela wydawało mi się zbyt powolne. Dla zabicia czasu liczyłam, ile już kroków zrobiłam, albo prosiłam Seide, by uczył mnie Suahili. Wyciągaliśmy aparaty i robiliśmy zdjęcia. Potem jednak zmęczenie i brak tlenu zrobił swoje. Już niczego nie liczyłam, niczego się nie uczyłam, niczego nie chciałam wiedzieć. Chciałam tylko dotrzeć na szczyt.
Uhuru Peak - Szczyt Wolności
Po dwóch godzinach snu, o ile nerwowe przewracanie się z boku na bok można nazwać snem, wyszliśmy szczękając zębami z zimna w gwiaździstą noc. Przed nami było ostatnie podejście. W milczeniu, krok po kroku, uzbrojeni w czołówki ruszyliśmy na zdobycie szczytu. Nie byliśmy sami. Gdy podniosło się głowę na ścianie krateru widać było powoli poruszającą się wstęgę migoczących światełek. W ciemności nocy nie widać było końca ściany krateru. Gwiazdy i czołówki migotały tak samo.
- Michael, czy tam wysoko, to jeszcze ludzie, czy już gwiazdy? - pytałam się.
1
2
następne »
- hotele
- loty
- Oferty Booking.com
- Oferty FRU.PL
Podróże.gazeta.pl na Facebooku
Aktualna oferta

Podróżuj z nami co tydzień.
Przykładowy newsletterZaplanuj wakacje
Polska na weekend
Kontakt z redakcją
- ul. Czerska 8/10
- 00-732 Warszawa
- redakcja.podroze@gazeta.pl



więcej zdjęć








