Z pasją o podróżach, wycieczkach i wyjazdach

Podróże językowe. Hiszpański na co dzień i od święta

  • Pin It
Krzysztof Jarymowicz
23.08.2010 , aktualizacja: 23.08.2010 10:30
A A A Drukuj
Alicante Fot. shutterstock Alicante
Nauka języka wcale nie musi być nudna. A ponieważ podróże kształcą, tego lata podręczniki wkładamy do plecaków i... jedziemy do Hiszpanii.
Uczestnicy kursu językowego w Walencji
Fot. AMEELE
Uczestnicy kursu językowego w Walencji
Lekcja hiszpańskiego
Fot. AMEELE
Lekcja hiszpańskiego
SONDAŻ
Wakacje z nauką języka?

Tak, można połączyć przyjemne z pożytecznym
Nie, wakacje są po, żeby odpocząć, a nie siedzieć w szkolnej ławce
Jeszcze nie wiem, ale po tym tekście chętnie spróbuję

Pod pretekstem językowych kursów sieci szkół AMEELE udało mi się odwiedzić jej wschodnie wybrzeże - Alicante, Denię, Walencję i Castellón de la Plana. Przed obiadem trochę obcych słówek, a potem hulaj dusza.

Alicante

Hiszpanie to mistrzowie świata nie tylko w piłce nożnej, ale i w znajdowaniu złotego środka pomiędzy obowiązkiem a przyjemnością. Dlatego w szkole językowej Colegio Internacional Alicante zajęcia zaczynają się dopiero o godz. 10 i trwają do 13.30. Pierwsze pół godziny to ćwiczenia z gramatyki. Potem uczniowie dyskutują, przygotowują inscenizacje, wspólnie się bawią.

Grupy liczą od czterech do ośmiu osób. Z niedużych przeszklonych sal wychodzą właśnie na przerwę, młodzi i starsi. - Obawialiśmy się, czy mieszanie pokoleń to dobry pomysł, ale okazało się, że wiek nie stanowi bariery - tłumaczy Isabel, nauczycielka w Colegio. - Trafiają do nas ci, którzy mają ochotę poznawać języki, świat i innych ludzi.

Po obiedzie i obowiązkowej sjeście do wyboru lekcja flamenco, fotografii czy windsurfingu. Albo wycieczka w góry, leżenie na plaży, spacer po mieście.

My wybieramy spacer. Niepozorny budynek szkoły stoi przy bulwarze, niedaleko portu jachtowego i kasyna. W głębi wzgórze zamkowe opasane linią brązowych murów (jako pierwsi wznieśli tu fortecę Arabowie, w ceglanych basztach zachowały się gliniane fragmenty z okresu ich panowania). Warto się tu wdrapać albo wjechać kolejką z portu wprost do średniowiecznej stajni. Co prawda stoją tu tylko "gołe" mury, ale ze wzgórza można podziwiać panoramę lśniącego w słońcu miasta (jego łacińska nazwa Lucentum pochodziła od słowa "światło").

Poniżej zamku jaskrawe domy dawnej dzielnicy rybaków układają się schodkowo ku starówce z błękitną kopułą katedry św. Mikołaja. Dalej, oddzielony szeroką Avenida Soto, ciągnie się kwartał handlowy. W południe cień na ulicach zapewniają kawiarniane parasole, do stołów zaprasza bogate menu i gestykulujący kelnerzy. Jak tu się oprzeć? Zamawiamy smażone ryby i chipirones (malutkie kalmary), potem arroz a la banda, czyli ryż z podawanymi osobno owocami morza, a na deser mój ulubiony flan karmelowy.

Po takim obiedzie z trudem człapiemy do Museu de Fogueres. Gromadzi ono fragmenty figur z drewna i papier mâché, które co roku ratuje się z pożogi Las Hogueras. To najważniejsze święto Alicante ma swój finał 24 czerwca, w dniu św. Jana, kiedy to miasto zdaje się płonąć całą noc. Dopiero nad ranem prowokowani (zgodnie z tradycją) najgorszymi obelgami strażacy gaszą ogień i emocje rozentuzjazmowanych tłumów.

Denia

A może ciekawsza będzie dla cudzoziemca szkoła w Denii? Ta 40-tysięczna miejscowość leży w połowie drogi między Alicante i Walencją, w samym sercu Costa Blanca. Promy (regularne połączenia z Ibizą i Majorką) i luksusowe jachty kołyszą się obok rybackich kutrów. W białych pawilonach przy bulwarze sprzedaje się świeże sardynki i kałamarnice, na ich tyłach - giełda rybna. Przez otwarte drzwi widać, jak restauratorzy zajmują podpisane swoimi nazwiskami krzesła, a na scenę wjeżdżają skrzynie pełne owoców morza. Dużo gestykulacji, okrzyków, licytacja i... towar ląduje w autach, szybko opuszczając port.

Do szkoły TLC Denia mamy stąd kwadrans. Idziemy w stronę podłużnego wzgórza Montgó (753 m n.p.m.), które zamyka widok od południa i chroni miasto przed kontynentalnymi wiatrami. Po drodze mijamy górującą nad starówką skałę z mauretańskim zamkiem (dziś muzeum archeologiczne).

Szkoła to dwie salki, minibiblioteka i jeszcze mniejsze patio. Co studenci mogą tu robić po zajęciach? - Denia obchodzi najwięcej świąt w całej Hiszpanii! - zachwala Pedro, dyrektor szkoły. - Są dni patronów miasta i każdej dzielnicy, do tego uroczystości regionalne i krajowe, chętnie importujemy też fiesty z innych stron. Zabawa jest niemal codziennie!

Najbardziej widowiskowe są Bous a la mar (5-13 lipca) - gonitwy w porcie, kiedy to byki i ludzie próbują się nawzajem zrzucić do wody.

Walencja

W trzecim co do wielkości mieście Hiszpanii działa aż dziesięć placówek zrzeszonych w AMEELE. Największa, don Quijote, mieści się na uniwersytecie. Rocznie przyjmuje blisko tysiąc studentów. Mieszkają w akademiku, mogą korzystać z całego kampusu z boiskami, kawiarniami i biblioteką.

Szkołę językową Route 66 założył zaś... Holender René, który pięć lat temu rzucił pracę w banku i przeprowadził się nad Morze Śródziemne. Route 66 jest mała (ok. stu uczniów rocznie), za to mieści się w samym centrum, blisko Plaza del Ayuntamiento.

- Szkoły proponują podobne kursy podstawowe i zakwaterowanie; dorośli i dzieci trafiają z reguły do hoteli lub kwater, młodzież woli apartamenty na spółkę czy hostele - wyjaśnia René. - Różni je wielkość, położenie, wymagany wiek uczniów, zajęcia specjalistyczne i dodatkowe.

Walencja to miasto z długą historią i wielkimi aspiracjami. Chlubi się niezwykłą gotycką budowlą La Lonja de la Seda (giełda jedwabiu, od 1996 r. na liście światowego dziedzictwa UNESCO) oraz Miastem Nauki i Sztuki - futurystycznym kompleksem białych gmachów w starym korycie rzeki Turia projektu słynnego Santiago Calatravy.

Ponieważ oglądałem już kiedyś te cuda, wyruszam na przedmieścia. Z Plaza del Ayuntamiento w godzinę można dojść nad morze kilkukilometrową Avenida del Puerto. Mijam zakłady fryzjerskie, piekarnie, wypożyczalnie motorów, no i bary pełne stałej klienteli. Bliżej portu coraz więcej okazałych kamienic z XIX w. Wzdłuż bulwaru, który wkrótce zamieni się w tor wyścigów Formuły 1, montowane są trybuny. Wreszcie plaża, długa i szeroka, zamknięta rzędem restauracji z najlepszą paellą pod słońcem. Teraz tu cicho i spokojnie, ale w nocy na piasku wyrosną dyskoteki, konkurencja dla klubów z centrum.

Po namyśle, wybieramy jednak te ostatnie. Po północy przez przecinającą starówkę calle de Caballeros wprost trudno się przecisnąć. A dziś, o ile wiem, nie ma żadnego święta. Co tu się musi dziać w marcu, podczas Las Fallas (w okolicach dnia św. Józefa), kiedy palone są olbrzymie kukły z papier mâché, a towarzyszą im spektakle pirotechniczne, uliczne walki byków i procesje.

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

  • hotele
  • loty
  • Oferty Booking.com
  • Oferty FRU.PL

Podróże.gazeta.pl na Facebooku