Lato w Austrii. Park przygód Area 47
09.08.2010
, aktualizacja: 06.08.2010 12:27
Wbity w piankę i kask, z dętką na jednym ramieniu i duszą na drugim, wspinam się na szczyt skoczni. Zaraz ruszę w dół i wystrzelę w kosmos...
ZOBACZ TAKŻE
- Na Majorce powstanie religijny park rozrywki (15-09-10, 11:02)
- Wokół Neusiedler See (11-08-08, 06:00)
- Austria w UNESCO (18-02-08, 06:00)
- Podróże Marzeń. Austria - zaczęło się od Mozarta (01-05-07, 00:00)
Dolina Ötztal należy do najpopularniejszych ośrodków narciarskich w Austrii. Chcą przyciągnąć więcej letnich gości, w miejscu gdzie rzeka Ötztaler Ache wpada do Inn, Tyrolczycy otworzyli w czerwcu ośrodek dla amatorów mocnych wrażeń - Area47 (nazwa od przebiegającego tędy 47. równoleżnika).
***
Proste, drewniane chaty, w jakich nas zakwaterowano, w upał są zaskakująco chłodne. Spać można też w pobliskich tipi albo poza terenem parku przygód, w jednym z wielu hoteli, pensjonatów i kwater. Area 47 ma dwie restauracje, ale do sklepu trzeba kawałek podjechać. Jest też hala koncertowa na 8 tys. osób.
Od razu zanurzamy się w sztucznym jeziorze. To serce parku wodnego położonego w samym centrum kompleksu. Obok przewala się z hukiem zimna górska rzeka, ale na szczęście to nie ona dostarcza wody do kąpieliska. Ta pobierana jest z głębokości 70 m. Temperatura (23 st. C) przypomina mazurskie jezioro latem, a w chłodniejsze dni można podgrzać wodę.
Nad wszystkim góruje zjeżdżalnia wodna wysoka na 27 m - sześć splątanych zjeżdżalni. Wśród nich niesamowita rynna, ponoć najbardziej stroma w Europie. Biegnie pod kątem 60 stopni, ale gdy się do niej zagląda (tylko dla osób o mocnych nerwach), zdaje się być idealnie pionowa.
Raz kozie śmierć! Zielone światło, zsuwam się z progu i po chwilowej utracie kontaktu z rzeczywistością odnajduję się na dole, elegancko wyhamowany przez wodę. Cały, choć trochę zdezorientowany. Wyświetlacz pokazuje czas przejazdu: niewiele ponad 3 sekundy. Szybkość: 75 km/godz.
Swobodne spadanie na granicy stanu nieważkości można osiągnąć tu jeszcze na wiele innych sposobów, np. spadając ze ścianki wspinaczkowej zawieszonej nad lustrem wody. Albo z lin wiszących poziomo nad jej powierzchnią, tzw. slacklining). Bardzo popularne, zwłaszcza wśród dzieci, są skocznie ustawione na wysokościach 8, 13 i 27 m. Ta ostatnia odpowiada standardowi Red Bull Cliff Diving. Nie widziałem, by ktoś odważył rzucić się z samego szczytu, ale gospodarze Area 47 zapowiadają, że mistrz tej konkurencji Orlando Duque zamierza przyjechać tu na trening.
***
Następnego ranka wybieramy się na caving. Pod tą nazwą kryje się dwugodzinny spacer tunelami wydrążonymi we wnętrzu góry podczas II wojny światowej. Naziści planowali budowę elektrowni wodnej z tamą, ale nie zdążyli. Powstał za to - supernowoczesny jak na tamte czasy - tunel aerodynamiczny do testowania samolotów. Powietrze sprężano w nim pod naciskiem wody. Po wojnie urządzenie przewieziono do Francji, gdzie służyło jeszcze przez długi czas.
"Spacer" to nie najwłaściwsze słowo. Będzie ciemno, mokro i zimno. W bazie pobieramy piankowe kombinezony, skarpety i buty, a także uprzęże alpinistyczne, kaski i latarki czołowe. Tak okutani i spoceni w ponad 30-stopniowym upale, pakujemy się do starego land rovera (prawdziwi mężczyźni kichają na klimatyzację). Po niecałej półgodzinie lądujemy gdzieś na górskiej serpentynie. Żeby dotrzeć do wejścia tunelu, musimy jeszcze przejść przez las stromą i ledwo widoczną ścieżką.
Jaskinia wita nas przyjemnym chłodem. Po kilkuset metrach wędrówki w świetle czołówek korytarz kończy się stromym urwiskiem. Przewodnicy montują liny, po których będą nas opuszczać w czeluść.
Krok po kroku, tyłem, w dół po pionowej ścianie - łatwizna, trzeba tylko uważać na wystające z betonu żelazne pręty. Po stu metrach docieram do drabinki prowadzącej do szerokiego poziomego korytarza. Kanał, którym schodziliśmy, okazuje się jego wywietrznikiem. Idealna sceneria horroru: w zakamarkach widać resztki spalonego drewna, świec i kości. Te ostatnie należą prawdopodobnie do owiec, którym zdarza się zabłąkać do jaskini.
Korytarzem można wyjść na zewnątrz. Po kwadransie odpoczynku na świeżym powietrzu wracamy na naszą "ścieżkę zdrowia". Kolejny etap wiedzie znowu w dół, lecz tym razem torowiskiem kolejki, która kiedyś wywoziła gruz. Zardzewiałe szyny służą za poręcze, pomiędzy nimi jest wydrążona dość głęboka rynna, którą spływa woda. Wreszcie przydaje się pianka! A także kaski, bo raz po raz słychać spadające kamienie, poruszane przez wodę i uczestników wycieczki znajdujących się powyżej. Po 250 m z ulgą witamy kolejny tunel prowadzący do wyjścia.
***
Po obiedzie czas spróbować skoków na dętce. Prawdziwi wyczynowcy mogą zjechać ze skoczni także na nartach albo na rowerze (do wypożyczenia na miejscu). Jak wszędzie, i tu trzeba podpisać, że robi się to na własną odpowiedzialność i że nie jest się pod wpływem alkoholu ani narkotyków. Siedzący obok człowiek z ręką na temblaku nie dodaje animuszu. O kontuzję nietrudno, wystarczy - jak ów nieszczęśnik - spaść z wysokości nie prosto do wody, lecz na twarde jak kamień koło.
Wbity w piankę i kask, z kołem na jednym ramieniu i duszą na drugim, wchodzę po schodach na szczyt skoczni. Chłopak z obsługi podnosi kciuk i ruszam w dół. Mój pojazd jest narowisty, ślizga się i próbuje obrócić, ale kontruję go nogami i po chwili wystrzelam w kosmos. Jak przykazano, odrzucam dętkę precz, lecz ten ruch powoduje, że mimowolnie przekręcam się w powietrzu i spadam na twarz. Wypłynąwszy na powierzchnię, w lekkim oszołomieniu dopycham koło do brzegu.
Kolejna atrakcja to... wystrzelenie z armaty. Nie takiej prawdziwej, z prochem, jak u barona Münchhausena, tylko wodnej. Zasiadam w czymś w rodzaju lufy i słyszę, jak za moimi plecami spręża się słup wody. Ostry sygnał alarmowy, woda uderza w plecy, krótka utrata świadomości (który to już raz?) i... odnajduję się gdzieś w jeziorze.
***
Nazajutrz rafting, czyli spływ pontonem. Cały ten rejon jest rajem dla miłośników górskich rzek. Nie będziemy płynąć najbliższą, lecz gwałtowną Ötztaler Ache - ma ona klasę 4+, czyli przeznaczona jest dla zaawansowanych. Area 47 oferuje nią spływy tylko tym, którzy wcześniej poćwiczą na łatwiejszej Imster Schlucht (klasa 2-3). To ponoć najbardziej popularna rzeka do spływów w Europie. Widząc tłum ubranych w pianki spływowiczów próbujących się wepchnąć do wynajętego miejskiego autobusu, w popularność Imster Schlucht łatwo uwierzyć.
Autobus dowozi nas na miejsce i po błyskawicznym szkoleniu z wiosłowania (są tylko dwie opcje - w przód lub w tył) wypływamy w dwugodzinny rejs.
Rzeka toczy mleczne wody górskim wąwozem, co jakiś czas spiętrzając się w burzliwe fale i wiry. Na odległych szczytach widać resztki śniegu. Sternik co chwila wydaje komendy, ale wiosłowania jest tylko tyle, by utrzymać ponton w głównym nurcie. Mniej więcej co kwadrans chętni mogą "wysiąść", czyli chlupnąć do zimnej wody i płynąć obok pontonu. Rzeka jest tu głęboka, nie grozi zahaczenie o kamienie. Tuż przed metą, dla zabawy, wywracamy ponton.
Po obiedzie - park linowy zawieszony pod mostem drogowym, na wysokości 27 m. Cała ścieżka ma 250 m i przejście jej w całości (bez oszukiwania, czyli przepychania się w uprzęży) może zająć nawet dwie godziny. Wystarczy wejść na pierwszy chybotliwy, zawieszony na łańcuchu klocek, żeby zrozumieć dlaczego. A im dalej, tym trudniej. Widoki piękne - góry, las i rzeka - ale nie bardzo mogę je podziwiać, skoncentrowany na pełzaniu krok po kroku. Ciekawostką jest deska na kółkach, którą można przejechać kawałek drogi (jedzie po dwóch linach!).
By odprężyć się po tym męczącym doświadczeniu - skok na bungee. W tym celu wspinamy się na sąsiedni filar mostu i przechodzimy po chybotliwej kładce (po parku linowym wydaje się to łatwe, niczym jazda po autostradzie).
Nie będzie to klasyczne bungee, lecz "wahadło". Linę przyczepiają mi do uprzęży w pasie, a nie do nóg. Skaczę w przepaść i - po chwili strachu - bujam się to w jedną, to w drugą stronę na zawieszonej w połowie przęsła linie. Kiedy wahadło się uspokaja, zostaję opuszczony na ziemię.
Wracam na most, by zdążyć na "fruwającego lisa". Tak się nazywa 620-metrowy zjazd na linie nad całym ośrodkiem Area 47. To już czysta przyjemność - żadnego wysiłku, upadków na głowę, poranionych dłoni. Jadąc powoli w uprzęży, można spokojnie odmachiwać dzieciom w dole i z wysokości strugać bohatera.
***
Atrakcji w Area 47 jest więcej: wysoka ściana wspinaczkowa, spływ kajakowy lub kanoe, rowerowy downhill czy swojska siatkówka plażowa. A kogo zmęczy nadmiar adrenaliny, zawsze może się poopalać albo pójść na spacer jednym z pieszych szlaków.
Ceny w euro: nocleg w chacie - 32/os. ze śniadaniem, w tipi - 22; park wodny: 18 za dzień (dzieci 10); caving - 74; rafting na Imster Schlucht - 45, a na Ötztaler Ache - 62; park linowy - 43; ścianka wspinaczkowa - 8; wahadło + fruwający lis - 32
***
Proste, drewniane chaty, w jakich nas zakwaterowano, w upał są zaskakująco chłodne. Spać można też w pobliskich tipi albo poza terenem parku przygód, w jednym z wielu hoteli, pensjonatów i kwater. Area 47 ma dwie restauracje, ale do sklepu trzeba kawałek podjechać. Jest też hala koncertowa na 8 tys. osób.
Od razu zanurzamy się w sztucznym jeziorze. To serce parku wodnego położonego w samym centrum kompleksu. Obok przewala się z hukiem zimna górska rzeka, ale na szczęście to nie ona dostarcza wody do kąpieliska. Ta pobierana jest z głębokości 70 m. Temperatura (23 st. C) przypomina mazurskie jezioro latem, a w chłodniejsze dni można podgrzać wodę.
Nad wszystkim góruje zjeżdżalnia wodna wysoka na 27 m - sześć splątanych zjeżdżalni. Wśród nich niesamowita rynna, ponoć najbardziej stroma w Europie. Biegnie pod kątem 60 stopni, ale gdy się do niej zagląda (tylko dla osób o mocnych nerwach), zdaje się być idealnie pionowa.
Raz kozie śmierć! Zielone światło, zsuwam się z progu i po chwilowej utracie kontaktu z rzeczywistością odnajduję się na dole, elegancko wyhamowany przez wodę. Cały, choć trochę zdezorientowany. Wyświetlacz pokazuje czas przejazdu: niewiele ponad 3 sekundy. Szybkość: 75 km/godz.
Swobodne spadanie na granicy stanu nieważkości można osiągnąć tu jeszcze na wiele innych sposobów, np. spadając ze ścianki wspinaczkowej zawieszonej nad lustrem wody. Albo z lin wiszących poziomo nad jej powierzchnią, tzw. slacklining). Bardzo popularne, zwłaszcza wśród dzieci, są skocznie ustawione na wysokościach 8, 13 i 27 m. Ta ostatnia odpowiada standardowi Red Bull Cliff Diving. Nie widziałem, by ktoś odważył rzucić się z samego szczytu, ale gospodarze Area 47 zapowiadają, że mistrz tej konkurencji Orlando Duque zamierza przyjechać tu na trening.
***
Następnego ranka wybieramy się na caving. Pod tą nazwą kryje się dwugodzinny spacer tunelami wydrążonymi we wnętrzu góry podczas II wojny światowej. Naziści planowali budowę elektrowni wodnej z tamą, ale nie zdążyli. Powstał za to - supernowoczesny jak na tamte czasy - tunel aerodynamiczny do testowania samolotów. Powietrze sprężano w nim pod naciskiem wody. Po wojnie urządzenie przewieziono do Francji, gdzie służyło jeszcze przez długi czas.
"Spacer" to nie najwłaściwsze słowo. Będzie ciemno, mokro i zimno. W bazie pobieramy piankowe kombinezony, skarpety i buty, a także uprzęże alpinistyczne, kaski i latarki czołowe. Tak okutani i spoceni w ponad 30-stopniowym upale, pakujemy się do starego land rovera (prawdziwi mężczyźni kichają na klimatyzację). Po niecałej półgodzinie lądujemy gdzieś na górskiej serpentynie. Żeby dotrzeć do wejścia tunelu, musimy jeszcze przejść przez las stromą i ledwo widoczną ścieżką.
Jaskinia wita nas przyjemnym chłodem. Po kilkuset metrach wędrówki w świetle czołówek korytarz kończy się stromym urwiskiem. Przewodnicy montują liny, po których będą nas opuszczać w czeluść.
Krok po kroku, tyłem, w dół po pionowej ścianie - łatwizna, trzeba tylko uważać na wystające z betonu żelazne pręty. Po stu metrach docieram do drabinki prowadzącej do szerokiego poziomego korytarza. Kanał, którym schodziliśmy, okazuje się jego wywietrznikiem. Idealna sceneria horroru: w zakamarkach widać resztki spalonego drewna, świec i kości. Te ostatnie należą prawdopodobnie do owiec, którym zdarza się zabłąkać do jaskini.
Korytarzem można wyjść na zewnątrz. Po kwadransie odpoczynku na świeżym powietrzu wracamy na naszą "ścieżkę zdrowia". Kolejny etap wiedzie znowu w dół, lecz tym razem torowiskiem kolejki, która kiedyś wywoziła gruz. Zardzewiałe szyny służą za poręcze, pomiędzy nimi jest wydrążona dość głęboka rynna, którą spływa woda. Wreszcie przydaje się pianka! A także kaski, bo raz po raz słychać spadające kamienie, poruszane przez wodę i uczestników wycieczki znajdujących się powyżej. Po 250 m z ulgą witamy kolejny tunel prowadzący do wyjścia.
***
Po obiedzie czas spróbować skoków na dętce. Prawdziwi wyczynowcy mogą zjechać ze skoczni także na nartach albo na rowerze (do wypożyczenia na miejscu). Jak wszędzie, i tu trzeba podpisać, że robi się to na własną odpowiedzialność i że nie jest się pod wpływem alkoholu ani narkotyków. Siedzący obok człowiek z ręką na temblaku nie dodaje animuszu. O kontuzję nietrudno, wystarczy - jak ów nieszczęśnik - spaść z wysokości nie prosto do wody, lecz na twarde jak kamień koło.
Wbity w piankę i kask, z kołem na jednym ramieniu i duszą na drugim, wchodzę po schodach na szczyt skoczni. Chłopak z obsługi podnosi kciuk i ruszam w dół. Mój pojazd jest narowisty, ślizga się i próbuje obrócić, ale kontruję go nogami i po chwili wystrzelam w kosmos. Jak przykazano, odrzucam dętkę precz, lecz ten ruch powoduje, że mimowolnie przekręcam się w powietrzu i spadam na twarz. Wypłynąwszy na powierzchnię, w lekkim oszołomieniu dopycham koło do brzegu.
Kolejna atrakcja to... wystrzelenie z armaty. Nie takiej prawdziwej, z prochem, jak u barona Münchhausena, tylko wodnej. Zasiadam w czymś w rodzaju lufy i słyszę, jak za moimi plecami spręża się słup wody. Ostry sygnał alarmowy, woda uderza w plecy, krótka utrata świadomości (który to już raz?) i... odnajduję się gdzieś w jeziorze.
***
Nazajutrz rafting, czyli spływ pontonem. Cały ten rejon jest rajem dla miłośników górskich rzek. Nie będziemy płynąć najbliższą, lecz gwałtowną Ötztaler Ache - ma ona klasę 4+, czyli przeznaczona jest dla zaawansowanych. Area 47 oferuje nią spływy tylko tym, którzy wcześniej poćwiczą na łatwiejszej Imster Schlucht (klasa 2-3). To ponoć najbardziej popularna rzeka do spływów w Europie. Widząc tłum ubranych w pianki spływowiczów próbujących się wepchnąć do wynajętego miejskiego autobusu, w popularność Imster Schlucht łatwo uwierzyć.
Autobus dowozi nas na miejsce i po błyskawicznym szkoleniu z wiosłowania (są tylko dwie opcje - w przód lub w tył) wypływamy w dwugodzinny rejs.
Rzeka toczy mleczne wody górskim wąwozem, co jakiś czas spiętrzając się w burzliwe fale i wiry. Na odległych szczytach widać resztki śniegu. Sternik co chwila wydaje komendy, ale wiosłowania jest tylko tyle, by utrzymać ponton w głównym nurcie. Mniej więcej co kwadrans chętni mogą "wysiąść", czyli chlupnąć do zimnej wody i płynąć obok pontonu. Rzeka jest tu głęboka, nie grozi zahaczenie o kamienie. Tuż przed metą, dla zabawy, wywracamy ponton.
Po obiedzie - park linowy zawieszony pod mostem drogowym, na wysokości 27 m. Cała ścieżka ma 250 m i przejście jej w całości (bez oszukiwania, czyli przepychania się w uprzęży) może zająć nawet dwie godziny. Wystarczy wejść na pierwszy chybotliwy, zawieszony na łańcuchu klocek, żeby zrozumieć dlaczego. A im dalej, tym trudniej. Widoki piękne - góry, las i rzeka - ale nie bardzo mogę je podziwiać, skoncentrowany na pełzaniu krok po kroku. Ciekawostką jest deska na kółkach, którą można przejechać kawałek drogi (jedzie po dwóch linach!).
By odprężyć się po tym męczącym doświadczeniu - skok na bungee. W tym celu wspinamy się na sąsiedni filar mostu i przechodzimy po chybotliwej kładce (po parku linowym wydaje się to łatwe, niczym jazda po autostradzie).
Nie będzie to klasyczne bungee, lecz "wahadło". Linę przyczepiają mi do uprzęży w pasie, a nie do nóg. Skaczę w przepaść i - po chwili strachu - bujam się to w jedną, to w drugą stronę na zawieszonej w połowie przęsła linie. Kiedy wahadło się uspokaja, zostaję opuszczony na ziemię.
Wracam na most, by zdążyć na "fruwającego lisa". Tak się nazywa 620-metrowy zjazd na linie nad całym ośrodkiem Area 47. To już czysta przyjemność - żadnego wysiłku, upadków na głowę, poranionych dłoni. Jadąc powoli w uprzęży, można spokojnie odmachiwać dzieciom w dole i z wysokości strugać bohatera.
***
Atrakcji w Area 47 jest więcej: wysoka ściana wspinaczkowa, spływ kajakowy lub kanoe, rowerowy downhill czy swojska siatkówka plażowa. A kogo zmęczy nadmiar adrenaliny, zawsze może się poopalać albo pójść na spacer jednym z pieszych szlaków.
Ceny w euro: nocleg w chacie - 32/os. ze śniadaniem, w tipi - 22; park wodny: 18 za dzień (dzieci 10); caving - 74; rafting na Imster Schlucht - 45, a na Ötztaler Ache - 62; park linowy - 43; ścianka wspinaczkowa - 8; wahadło + fruwający lis - 32
- hotele
- loty
- Oferty Booking.com
- Oferty FRU.PL
Podróże.gazeta.pl na Facebooku
Aktualna oferta

Podróżuj z nami co tydzień.
Przykładowy newsletterZaplanuj wakacje
Polska na weekend
Kontakt z redakcją
- ul. Czerska 8/10
- 00-732 Warszawa
- redakcja.podroze@gazeta.pl
















