Iran. Czajchana w hammamie
09.08.2010
, aktualizacja: 06.08.2010 12:20
Nauczyciel zwierza się, że chciałby wziąć drugą żonę, najlepiej cudzoziemkę...
ZOBACZ TAKŻE
- Iran (12-03-05, 03:00)
Kerman był dla nas przede wszystkim wygodnym przystankiem na długiej drodze z pakistańskiej granicy do Jazdu. Nie jest szczególnie piękny, ale dał nam przedsmak Iranu. Zobaczyliśmy, jak wygląda bazar i jego nieodłączne ogniwa: meczet, hammam, czajchana... Po raz pierwszy też poczuliśmy, czym jest gościnność w wydaniu irańskim.
***
Rankiem z placu Azadi wyruszamy wielokilometrową aleją Beheshti (później Shariati) w kierunku placu Shohada. Spacer ujawnia pewien mankament irańskiej rzeczywistości, który będzie nam doskwierał do końca pobytu - brak knajp (wkrótce zaczniemy żywić się owocami, warzywami, serem, jogurtem i plackami kupowanymi na targach). Nie brak za to banków, sklepów z żelastwem i oponami, ubraniami i biżuterią.
Ale już okolice Shohady wyglądają inaczej - to najstarsza część miasta z bazarem i osiedlem w całości zbudowanym z gliny. Wokół placu rozłożył się wspaniały targ owocowy, gdzie sprzedaje się mango, arbuzy, melony, jabłka, gruszki, zielone drobne winogrona i świeże pistacje.
W pobliskim meczecie Jameh (XIV w.) nie ma tłumów, choć to pora modlitwy. Brak ostentacji to cecha irańskiej religijności, sporo ludzi woli modlić się w domu. Stajemy w okazałej bramie, zadzieramy głowy i podziwiamy glazurowane płytki w różnych odcieniach błękitu. Na nich kwiaty, pawie, esy-floresy, perska kaligrafia... Dziedziniec wyłożony jest jasnymi płytami, które odbijają południowe światło. Mrużąc oczy, chronimy się cieniu sali modlitewnej przedzielonej kawałkiem tkaniny na część męską i żeńską. Parę osób bije pokłony, inni podpierają filary, gawędzą ze znajomymi, drzemią. Za chwilę gasną kryształowe żyrandole i świątynia pustoszeje.
***
Wprost z meczetu wąski korytarz prowadzi na Bazar-e Vakil, co świetnie obrazuje nierozerwalny związek tych dwóch instytucji. Irańskie bazary są kryte, a światło wpada przez okrągłe świetliki w suficie. Główna aleja ma kilometr długości, wokół niej labirynt uliczek i dziedzińców. Jeden z nich, tzw. Ganj Ali Khan Courtyard, wzięli w posiadanie kotlarze. W niszach ozdobionych płytkami i zwieńczonych ostrołukami piętrzą się kadzie i kotły, garnki i rondle. Na dłużej wciągają nas stoiska z przyprawami, suszonymi owocami, orzechami i... olejkami zapachowymi. Wąchaniu nie ma końca! Mała fiolka napełniona strzykawką kosztuje 20 tys. riali (ok. 10 tys. riali = 1 dol.).
Oprócz sklepów są tu medresy, piekarnie, ujęcia wody pitnej, a pod ziemią - zbiorniki na wodę, do których prowadzą pogrążone w mroku schody. A oto Hammam-e Vakil, jedna z dawnych łaźni publicznych. Urządzono w niej stylową herbaciarnię z muzyką na żywo (wstęp dla obcokrajowców - 2 tys. riali, pyszna herbata polewana z czajniczka - 3 tys.).
W hammamie Ganj Ali Khan z 1631 r. mieści się muzeum (wstęp - 5 tys.). W cudownych wnętrzach wyłożonych marmurami, zielonym onyksem i glazurowanymi płytkami siedzą manekiny w tradycyjnych strojach: kupiec, rolnik, robotnik, rzemieślnik - dawni klienci łaźni. Zaaranżowano scenkę stawiania baniek i masażu. W jednej z sal przyrządy kosmetyczne: grzebienie, pumeksy, puzderka na kosmetyki.
***
Do bazaru przylega gliniany kwartał domów z cegły mułowej, starych bram i murów okalających podwórka. Oko przyciągają pięknie rzeźbione drewniane drzwi z dwoma rodzajami kołatek - dla kobiet i dla mężczyzn (wydają inny dźwięk, więc od razu wiadomo, kto puka). Choć niektóre domy są jeszcze zamieszkane, spychacze pracują pełną parą i niedługo nie zostanie kamień na kamieniu. Dorota, która była w Kermanie sześć lat temu, mówi, że gliniane miasto tętniło wówczas życiem. Ale coraz więcej ludzi przenosi się do nowoczesnych mieszkań z łazienką...
W otwartych drzwiach siedzi babcia w białej koszuli i czarnej chustce na głowie. Z lubością pyka fajkę wodną, od czasu do czasu pokasłując. Tak trafiamy do herbaciarni Hamida Ferdosiego. To czajchana "dla ubogich", cena herbaty - 1 tys. Tak nam się tu podoba, że zamawiamy od razu po trzy. Klienci, którzy siedzą na ławie po przeciwnej stronie, podsuwają daktyle i biorą nas w krzyżowy ogień pytań. Miejscowy nauczyciel zwierza się, że chciałby wziąć drugą żonę, najlepiej cudzoziemkę...
***
Czas na kolację. Nieopatrznie wracamy autobusem w okolice hotelu, które okazują się gastronomiczną pustynią. Przy hotelu działa wprawdzie restauracja, ale właśnie trwa wesele i mogą podać tylko kurczaka z ryżem. Mięsożercy zostają, a wegetariańska (żeńska) część towarzystwa wyrusza na łowy.
Krążymy po okolicy, ale z marnym skutkiem. Z opresji wybawiają nas dwaj przygodni młodzieńcy - Muhammad i Amin. Prowadzą do restauracji (wystrojem przypomina szpital), wprost do kuchni i pokazują, co jest w garach. Mięso, mięso, mięso, soczewica z mięsem. Rezygnujemy, ale dla chłopaków to najwyraźniej plama na honorze. Co chcemy zjeść? Sabzi (warzywa). Nie ma. No to eggs (jajka). Też nie ma. Muhammad wysyła więc Amina do sklepu, a ten wraca z trzema jajkami. Zmuszają kucharza, by je nam usmażył. Nie ma oleju! Amin leci do sklepu po puszkę oleju. Kiedy jajecznica ląduje wreszcie na stole, chłopcy zasypują nas pytaniami: ile mamy lat, czy jesteśmy zamężne i dlaczego nie jemy mięsa?! Tłumaczymy ideę wegetarianizmu - słuchają z otwartymi ustami, ale nie wydają się przekonani.
Muhammad mówi, że jest bogaty (zawodowo podnosi ciężary) i może nas wspomóc finansowo. Grzecznie odmawiamy. Chłopcy odprowadzają nas do hotelu, nie mogąc się nadziwić, że chodzimy same po nocy. Przecież to takie niebezpieczne!
Wcale nie, jeśli spotyka się takich ludzi jak Muhammad i Amin.
***
Rankiem z placu Azadi wyruszamy wielokilometrową aleją Beheshti (później Shariati) w kierunku placu Shohada. Spacer ujawnia pewien mankament irańskiej rzeczywistości, który będzie nam doskwierał do końca pobytu - brak knajp (wkrótce zaczniemy żywić się owocami, warzywami, serem, jogurtem i plackami kupowanymi na targach). Nie brak za to banków, sklepów z żelastwem i oponami, ubraniami i biżuterią.
Ale już okolice Shohady wyglądają inaczej - to najstarsza część miasta z bazarem i osiedlem w całości zbudowanym z gliny. Wokół placu rozłożył się wspaniały targ owocowy, gdzie sprzedaje się mango, arbuzy, melony, jabłka, gruszki, zielone drobne winogrona i świeże pistacje.
W pobliskim meczecie Jameh (XIV w.) nie ma tłumów, choć to pora modlitwy. Brak ostentacji to cecha irańskiej religijności, sporo ludzi woli modlić się w domu. Stajemy w okazałej bramie, zadzieramy głowy i podziwiamy glazurowane płytki w różnych odcieniach błękitu. Na nich kwiaty, pawie, esy-floresy, perska kaligrafia... Dziedziniec wyłożony jest jasnymi płytami, które odbijają południowe światło. Mrużąc oczy, chronimy się cieniu sali modlitewnej przedzielonej kawałkiem tkaniny na część męską i żeńską. Parę osób bije pokłony, inni podpierają filary, gawędzą ze znajomymi, drzemią. Za chwilę gasną kryształowe żyrandole i świątynia pustoszeje.
***
Wprost z meczetu wąski korytarz prowadzi na Bazar-e Vakil, co świetnie obrazuje nierozerwalny związek tych dwóch instytucji. Irańskie bazary są kryte, a światło wpada przez okrągłe świetliki w suficie. Główna aleja ma kilometr długości, wokół niej labirynt uliczek i dziedzińców. Jeden z nich, tzw. Ganj Ali Khan Courtyard, wzięli w posiadanie kotlarze. W niszach ozdobionych płytkami i zwieńczonych ostrołukami piętrzą się kadzie i kotły, garnki i rondle. Na dłużej wciągają nas stoiska z przyprawami, suszonymi owocami, orzechami i... olejkami zapachowymi. Wąchaniu nie ma końca! Mała fiolka napełniona strzykawką kosztuje 20 tys. riali (ok. 10 tys. riali = 1 dol.).
Oprócz sklepów są tu medresy, piekarnie, ujęcia wody pitnej, a pod ziemią - zbiorniki na wodę, do których prowadzą pogrążone w mroku schody. A oto Hammam-e Vakil, jedna z dawnych łaźni publicznych. Urządzono w niej stylową herbaciarnię z muzyką na żywo (wstęp dla obcokrajowców - 2 tys. riali, pyszna herbata polewana z czajniczka - 3 tys.).
W hammamie Ganj Ali Khan z 1631 r. mieści się muzeum (wstęp - 5 tys.). W cudownych wnętrzach wyłożonych marmurami, zielonym onyksem i glazurowanymi płytkami siedzą manekiny w tradycyjnych strojach: kupiec, rolnik, robotnik, rzemieślnik - dawni klienci łaźni. Zaaranżowano scenkę stawiania baniek i masażu. W jednej z sal przyrządy kosmetyczne: grzebienie, pumeksy, puzderka na kosmetyki.
***
Do bazaru przylega gliniany kwartał domów z cegły mułowej, starych bram i murów okalających podwórka. Oko przyciągają pięknie rzeźbione drewniane drzwi z dwoma rodzajami kołatek - dla kobiet i dla mężczyzn (wydają inny dźwięk, więc od razu wiadomo, kto puka). Choć niektóre domy są jeszcze zamieszkane, spychacze pracują pełną parą i niedługo nie zostanie kamień na kamieniu. Dorota, która była w Kermanie sześć lat temu, mówi, że gliniane miasto tętniło wówczas życiem. Ale coraz więcej ludzi przenosi się do nowoczesnych mieszkań z łazienką...
W otwartych drzwiach siedzi babcia w białej koszuli i czarnej chustce na głowie. Z lubością pyka fajkę wodną, od czasu do czasu pokasłując. Tak trafiamy do herbaciarni Hamida Ferdosiego. To czajchana "dla ubogich", cena herbaty - 1 tys. Tak nam się tu podoba, że zamawiamy od razu po trzy. Klienci, którzy siedzą na ławie po przeciwnej stronie, podsuwają daktyle i biorą nas w krzyżowy ogień pytań. Miejscowy nauczyciel zwierza się, że chciałby wziąć drugą żonę, najlepiej cudzoziemkę...
***
Czas na kolację. Nieopatrznie wracamy autobusem w okolice hotelu, które okazują się gastronomiczną pustynią. Przy hotelu działa wprawdzie restauracja, ale właśnie trwa wesele i mogą podać tylko kurczaka z ryżem. Mięsożercy zostają, a wegetariańska (żeńska) część towarzystwa wyrusza na łowy.
Krążymy po okolicy, ale z marnym skutkiem. Z opresji wybawiają nas dwaj przygodni młodzieńcy - Muhammad i Amin. Prowadzą do restauracji (wystrojem przypomina szpital), wprost do kuchni i pokazują, co jest w garach. Mięso, mięso, mięso, soczewica z mięsem. Rezygnujemy, ale dla chłopaków to najwyraźniej plama na honorze. Co chcemy zjeść? Sabzi (warzywa). Nie ma. No to eggs (jajka). Też nie ma. Muhammad wysyła więc Amina do sklepu, a ten wraca z trzema jajkami. Zmuszają kucharza, by je nam usmażył. Nie ma oleju! Amin leci do sklepu po puszkę oleju. Kiedy jajecznica ląduje wreszcie na stole, chłopcy zasypują nas pytaniami: ile mamy lat, czy jesteśmy zamężne i dlaczego nie jemy mięsa?! Tłumaczymy ideę wegetarianizmu - słuchają z otwartymi ustami, ale nie wydają się przekonani.
Muhammad mówi, że jest bogaty (zawodowo podnosi ciężary) i może nas wspomóc finansowo. Grzecznie odmawiamy. Chłopcy odprowadzają nas do hotelu, nie mogąc się nadziwić, że chodzimy same po nocy. Przecież to takie niebezpieczne!
Wcale nie, jeśli spotyka się takich ludzi jak Muhammad i Amin.
- hotele
- loty
- Oferty Booking.com
- Oferty FRU.PL
Podróże.gazeta.pl na Facebooku
Aktualna oferta

Podróżuj z nami co tydzień.
Przykładowy newsletterZaplanuj wakacje
Polska na weekend
Kontakt z redakcją
- ul. Czerska 8/10
- 00-732 Warszawa
- redakcja.podroze@gazeta.pl















