Przystanek: Moskwa. Pekiny i babuszka zza krzaka

Zanim rozpocznę opowieść o Moskwie, napomknę o dwóch wskazówkach, które przydadzą się podróżującym po miastach Rosji. Po pierwsze pociągi tutaj są bardzo długie. Na dworzec w Petersburgu przybyliśmy piętnaście minut przed odjazdem pociągu i ledwo zdążyliśmy dobiec pół kilometra do naszego wagonu. Po drugie - przejście dla pieszych - wybierać należy najbliższe, które się trafi, ponieważ drugie może się już nie zdarzyć na sześciopasmowej ulicy.
Do Moskwy zajechaliśmy wcześnie rano - a zatem mogliśmy cały dzień zwiedzać, czekając na couchsurfera, który miał pojawić się wieczorem. Wysiedliśmy na Dworcu Leningradzkim, przywitani przez wypolerowane popiersie Lenina. Tuż po wyjściu na zewnątrz ukazał się nam mało zachęcający widok. Wokół dworca plątały się grupki przybyszów zza Kaukazu, wysiadując na brzegach chodnika, w pozycji "na kucki" w niewiadomo jakim celu. Przygotowaliśmy się na ciężką przeprawę, ale szybko okazało się, że to miejsce, to wyjątek, który nie potwierdza reguły. Dworzec Leningradzki to podobno najniebezpieczniejsza okolica Moskwy i każdy nasz gospodarz, wchodząc w ten rejon od razu chwytał się za portfel. Centrum miasta jest natomiast całkowicie bezpieczne.

Moskwa zaskoczyła nas swoją ciszą i spokojem. W porównaniu do Sankt Petersburga było tu mniej ludzi na ulicach, mniej ludzi w metrze, a życie toczyło się jakby wolniej. Gdy opowiadaliśmy naszym gospodarzom o swoich odczuciach, łapali się za głowę. To tak, jakbyśmy w Polsce kogoś próbowali przekonać, że w Warszawie jest spokojniej niż w Krakowie. Widocznie i w Polsce i w Rosji tak właśnie jest w okresie wakacji.

Lenin i oranżada

Największym przeżyciem pierwszego dnia była bez wątpienia wizyta w Mauzoleum Lenina. Wbrew opowieściom przewodnika nie ma do niego kilometrowych kolejek, za to procedury bezpieczeństwa zostały zachowane w pełni. Na początku trzeba zostawić wszystkie rzeczy łącznie z aparatem fotograficznym. Do mauzoleum wchodzi się gęsiego, mijając najpierw naprężonych jak struna żołnierzy na warcie i wchodząc następnie do sali, w której przywódca rewolucji leży w szklanej, przezroczystej trumnie jak Królewna Śnieżka. Z tą różnicą, że ma na sobie czarny garnitur zamiast białej sukienki. Na szczęście na tym podobieństwa się kończą i żaden książę nie przybędzie aby wyrwać śpiącego z wiecznego snu...Z boku pada czerwone światło - jako symbol rewolucji, z góry - białe, jako symbol nie wiadomo czego, bo przecież Lenin nie wierzył w nic, prócz własnej idei. W ślad za tym doświadczyliśmy w Moskwie rozdwojenia jaźni narodu rosyjskiego. Drugiego dnia znaleźliśmy się w tak zwanym centrum wystawienniczym ZSRR, którego budowę rozpoczął Stalin w latach trzydziestych. Jest to areał imponujących budynków - molochów w stylu bizantyjskim ze zdobieniami według zaleceń realizmu socjalistycznego. W dniu, w którym się tam pojawiliśmy, z okazji jakiegoś święta na zewnątrz ustawiono lunapark, a w środku handlowano szwarc-mydłem i powidłem. Naszej uwadze nie umknęły automaty z wodą sodową o różnych smakach - taki samych, jak smaki oranżadek w woreczkach, sprzedawanych w Polsce w latach osiemdziesiątych. Pijąc jaskrawożółty, strzelający bąbelkami płyn, wróciliśmy na chwilkę w czasy dzieciństwa.

Podobnych wrażeń Moskwa ma do zaoferowania więcej. Dnia następnego na Placu Rewolucji z okazji jakiegoś innego święta mieliśmy możliwość poobserwować manifestację komunistów. Manifestantów było może około dwustu, w średnim wieku około siedemdziesięciu lat, natomiast pilnujących manifestacji oddziałów milicji naliczyliśmy około trzy razy więcej.

Pekiny i basen w świątyni

Teraz troszkę o architekturze. Tak zwanych "pekinów" (dla niewtajemniczonych "pekin" to Pałac Kultury i Nauki w Warszawie) jest w Moskwie osiem. Jeden centralny, w którym mieści się siedziba rządu i siedem mniejszych, rozłożonych wzdłuż okrężnej linii metra. Stalin chciał zbudować jeszcze jeden, największy pekin, na miejscu Katedry Chrystusa Zbawiciela. Koszty tej operacji przerosły jednak nawet możliwości samych komunistów i trzeba było się zadowolić równie absurdalnym pomysłem, a mianowicie stworzeniem basenu pływackiego wewnątrz świątyni. W każdym razie pekiny, które przetrwały do dzisiaj, jeżeli nie zostały zajęte przez państwową administrację, wykorzystywane są jako apartamentowce, a mieszkanie w nich kosztuje grube miliony rubli. Ciekawe czy i w Polsce znaleźliby się chętni do zameldowania pod adresem Plac Defilad 1? Zwykłe budynki mieszkalne z okresu panowania Stalina cieszą się za to ogromną popularnością wśród ludzi, którzy nie mają pieniędzy na pałace, a nie chcą mieszkać w blokowiskach na obrzeżach miasta. Rzeczywiście, niewielkie bloki, z zielenią na podwórkach wydają się przyjemnym miejscem do zamieszkania. Budownictwo współczesnej Rosji jawi się natomiast jako kontynuacja najlepszych tradycji czasu carskiego i stalinowskiego. Stare budowle zostają w tajemniczy sposób wyburzane a na ich miejsce pojawiają się "gargamele" na kształt osławionych już pekinów. Główny architekt miasta, mający pełne poparcie u mera, wdraża swoje indywidualne projekty, często wbrew gustom większości mieszkańców (tak jak odlany z betonu, gigantycznych rozmiarów pomnik Piotra Wielkiego, który Moskwie "zasłużył" się tylko tym, że przeniósł stolicę do Sankt Petersburga).

U Bułhakowa i z Katią na Arbacie

Pierwszego dnia nie doczekaliśmy się na naszego couchsurfingowego gospodarza, który zaginął gdzieś w moskiewskich knajpach i zmuszeni poszukać sobie hostelu, trafiliśmy na ulicę Arbat. Przyjemny guesthouse o nazwie Bulgakov zachęcił nas niską ceną i uprzejmością właścicieli. Chwilowy brak wody w budynku był w tym momencie niedogodnością do przejścia, wynagrodzoną całkowicie przez niepowtarzalny nastrój dzielnicy. Ulica Arbat rozciąga się na długości półtora kilometra i utrzymuje rozrywkowy klimat opisywany przez Bułata Okudżawę. Jest to gwarne miejsce żyjące całą noc przy muzyce ulicznych grajków. Wszystko prezentowało się bardzo kulturalnie, chociaż jak wytłumaczył nam gospodarz hostelu, w weekend zobaczylibyśmy tam nie pijanych, lecz zdemolowanych ludzi. Mimo szczerych chęci nie udało się nam trafić na Arbat po raz drugi i uniknęliśmy tego widoku. Kolejnego dnia, na tak zwany "last couch request" (specjalne miejsce na stronie couchsurfingu dla zdesperowanych podróżników nie mających noclegu) odpowiedziała Katia - roześmiana, rozgadana, lekko zakręcona dziewczyna. Jej - nazwijmy to - przebojowość, ułatwia przetrwanie w wielkim mieście. Żadna uwaga rzucona w naszą stronę przez kogoś obcego nie przeszła bez echa. Katia ponadto uwielbia Moskwę i to ona pokazała nam miejsca byłego Związku Radzieckiego lat 30-tych, wyjęte wprost z książki "Dzieci Arbatu". Za jej sugestią zwiedziliśmy muzeum Majakowskiego - bożyszcza Rosji dwudziestolecia międzywojennego. Rzeczywiście posiada ono bogatą kolekcję pamiątek po poecie, wystawionych w gablotach, będących samymi w sobie dziełami sztuki. Przewodniczka z pasją opowiadała jak Wołodia chwalił socjalizm, romansował z kobietami, rozbijał się w Paryżu - by na koniec palnąć sobie w łeb. Sądząc po jej przejętym głosie, samobójstwa z miłości są w Rosji sexy.

Opalanie w Moskwie, a dobre obyczaje

Aby przetrwać w Moskwie potrzeba dużo siły i cierpliwości. Mocny charakter Katii na pewno bardzo jej w tym pomaga i dziewczyna czuje się tam jak ryba w wodzie. Nasz drugi gospodarz (dłuższe pobyty w mieście rozkładamy na dwóch gospodarzy, żeby nie zamęczyć ich swoją obecnością) jest natomiast jej absolutnym przeciwieństwem. Paweł - filmowiec, jest zmęczony Rosją, użeraniem się z biurokracją i niepewną przyszłością. Twierdzi, że od początku lat dziewięćdziesiątych nic w jego kraju się nie zmieniło i stare układy na szczytach władzy trwają w najlepsze. Nie liczy na rychłą zmianę, ponieważ do jej wprowadzenia potrzebna byłaby chęć i świadomość całego społeczeństwa, a ono, zajęte sobą, nie ma czasu ani możliwości do działania. Wyjazd do Los Angeles to marzenie Pawła, które niebawem zamierza zrealizować. Życzymy mu gorąco aby jego amerykański sen się spełnił.

Tuż przed naszym wylotem do Taszkientu, w niedzielne popołudnie Paweł i Oksana (jego współlokatorka) zabrali nas do pobliskiego parku na piknik. Zaraz po wejściu poszukaliśmy miejsca do rozłożenia się na trawce. Gdy takowe znaleźliśmy i wyciągnęliśmy szacowne ciałka na kocach, wypatrzyła nas zza krzaków babuszka (strażniczka z parku) i przegoniła z pretensją, że się opalamy. Okazało się, że gdybyśmy leżeli bezpośrednio na ziemi, wszystko byłoby w porządku. Ale leżenie na kocu czy ręczniku - to już opalanie, które jest surowo zabronione. Może tak tutejsze władze dbają o zdrową skórę mieszkańców? Rzeczywiście czasem trudno ich zrozumieć.

O autorach <i>Joanna i Grzegorz Zalescy 14 czerwca wyruszyli w roczną podróż dookoła świata. Na trasie ich podróży znajdą się: Łotwa; Rosja, Uzbekistan, Kirgistan, Kazachstan, Mongolia, Chiny (z Tybetem), Wietnam, Kambodża, Indie, Tajlandia, Birma, Malezja (z częścią na Borneo), Indonezja, Australia (tylko Sydney), Peru, Boliwia, Chile, Argentyna, Urugwaj, Brazylia.</i> <b>Turystyka.gazeta.pl objęła patronat nad tą podróżą.</b>