Na żeglarskim szlaku Wielkich Jezior Mazurskich

Serce zostało na... Mazurach. A właściwie na żeglarskim szlaku Wielkich Jezior Mazurskich od Węgorzewa po Ruciane i Pisz. Przygodę z żaglami zacząłem tam jako dziecko na początku lat 60. Wspomnienia Mirosława Domańskiego, technologa rybołówstwa morskiego, marynarza i żeglarza.
Jeziora były dzikie i ciche, pływało się kajakami, z rzadka można było spotkać żagiel. Letnie obozy wędrowne na małych drewnianych jachtach nauczyły mnie szacunku do przyrody i wody.

Pamiętam nieuregulowane i zarośnięte brzegi kanałów, po których ciągnęliśmy "na burłaka" nasze łódki, małą przystań z resztkami zburzonego mostu w Mikołajkach, leśniczówkę Pranie nad Jeziorem Nidzkim, w której czuło się jeszcze niedawną obecność Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego. W Giżycku na jeziorze Kisajno stał na kotwicy piękny biały jacht, na którym kręcono "Nóż w wodzie" Romana Polańskiego.

Z czasem Mazury się zaludniły, powstało wiele przystani, a po jeziorach zaczęły pływać setki nowoczesnych jachtów. Ten postęp nie zawsze przebiega w harmonii z naturą, np. w Mikołajkach wybudowano ogromny hotel, który szpeci krajobraz. Generalnie jednak Mazury zachowały swój charakter, a dzięki zauroczonym nimi pasjonatom powstały nowe miejsca, np. Galindia na półwyspie Iznota nad jeziorem Bełdany. Puszcza Piska urzeka swoim drzewostanem, woda w jeziorach jest coraz czystsza, można spotkać czaplę siwą stojącą na czatach, a na wyspach jeziora Mamry polujące kormorany.

Niezapomniany dzień...

miał miejsce na wyspie Georgia Południowa na Atlantyku, kilkaset mil na wschód od przylądka Horn. W latach 80. podczas rejsu rybackim trawlerem zawinęliśmy tam z powodu awarii głównego silnika. Statek stanął na kotwicy w wąskim fiordzie, mechanicy w pocie czoła naprawiali maszynę, a reszta załogi zwiedzała opuszczoną wielorybniczą osadę Grytviken, w której na początku XX w. mieli bazę skandynawscy wielorybnicy. Zachowały się baraki, magazyny, hale przetwórni, drewniane zapadające się nabrzeże i kościółek. Parę kilometrów dalej była brytyjska stacja naukowo-badawcza. Z Brytyjczykami rozegraliśmy mecz piłki nożnej na żwirowym boisku za kościołem, z którego musieliśmy wyprosić wylegujące się foki i morsy. Niezapomnianą scenerię tworzyły otaczające osadę góry z ośnieżonymi szczytami, a w zatoce błękitno-białe góry lodowe. Odwiedziłem tam usypany z kamieni grób sławnego brytyjskiego polarnika Ernesta Shackletona.

Najlepsze wakacje spędziłem...

w Bułgarii, dokąd w latach 70. wybraliśmy się z żoną samochodem. Podróżując z namiotem zatrzymywaliśmy się na nadmorskich kempingach. Zwiedziliśmy tak całe bułgarskie wybrzeże Morza Czarnego. Pamiętam skalisty i groźny przylądek Kaliakra i takie perły wschodniej architektury, jak Nesebar i Sozopol. Kempingi były czyste i dobrze zorganizowane, ceny przystępne, plaże szerokie i piaszczyste, a woda w morzu ciepła. Byliśmy młodzi, niedawno po ślubie i taka wyprawa bardzo nam się spodobała.

Niebo w gębie poczułem...

W 1984 r. statek, na którym pływałem, zawinął do małego chilijskiego portu Talcahuano. Chilijska agencja morska zorganizowała nam wycieczkę w Andy. Wjechaliśmy autokarem na wysokość 1,8 tys. m do Centro de ski Termas de Chillan, schroniska u podnóża wygasłego wulkanu Chillan. Przez dziewięć miesięcy w roku ośrodek gości miłośników narciarstwa i kąpieli termalnych. Jedynie przez trzy letnie miesiące jest tu pusto i m.in. dlatego mogliśmy przyjechać. Wyciągiem uruchomionym specjalnie dla nas wyjechaliśmy jeszcze 800 m do góry, by podziwiać panoramę andyjskich szczytów. Potem były ciepłe kąpiele w basenie i obiad przy wielkim ognisku, nad którym piekło się wyśmienite asado z wołowej polędwicy, z pikantnymi przyprawami. Jedliśmy je z zieloną sałatą i sałatkami z drobno pokrojonych owoców, popijając świetnym czerwonym winem. Wokół porośnięte górskimi kwiatami zbocza, wyżej wulkaniczne rumowiska i ośnieżone szczyty. W dole zalesione doliny, cichy plusk siarczanowych strumyków. To była niezapomniana, wspaniała uczta w plenerze.

W Polsce lubię...

oprócz Mazur - Bieszczady. Piesze wędrówki Połoninami Wetlińską i Caryńską, wejścia na Bukowe Berdo czy Tarnicę i oglądanie stamtąd horyzontu. Potem miło jest się napić piwa, np. w Wilczej Jamie w osadzie Muczne zagubionej w dolinie blisko ukraińskiej granicy.

Bardzo lubię jesienne wyprawy na grzyby. I nie tylko w bieszczadzkie lasy, ale też w Bory Tucholskie i do Puszczy Piskiej. Mamy naprawdę przepiękne lasy, co nie wszyscy doceniają, czego dowodem są dzikie leśne wysypiska śmieci.

W podróż zabieram...

telefon komórkowy, aparat, lornetkę, buty gumowe i na wszelki wypadek śpiwór. Staram się też mieć mapy regionu, do którego jadę.

Mój ulubiony hotel...

teraz nie mam takiego, ale kiedy pracowałem na Morzu Północnym, często odwiedzałem port lotniczy w Aberdeen w Szkocji, zatrzymując się w kameralnym hotelu obok lotniska. Mimo hałasu startujących samolotów, zawsze panowała tam cisza i można było doskonale wypocząć.

Nigdy więcej nie powrócę...

na Falklandy. Te skaliste wyspy na Południowym Atlantyku z powodu ciągłych silnych wiatrów pozbawione są drzew, a jedyna portowa osada - Port Stanley - to kilkadziesiąt domków, poczta i sklep. Miejsce to wywarło na mnie przygnębiające wrażenie.

Wymarzony cel podróży...

chorwackie wybrzeże Adriatyku. Chcielibyśmy tam wyruszyć z żoną samochodem wzdłuż wybrzeża aż do Czarnogóry, zwiedzając po drodze ciekawe miejsca.