Sankt Petersburg i jego białe noce

Już w Rydze słońce dawało o sobie znać, ale to co nas spotkało w Petersburgu można nazwać niezwykłością. Siedzieliśmy z Anią i Sergiejem w pubie nad kieliszeczkiem rosyjskiej wódeczki i śledzikiem z ziemniakami kiedy wybiła północ, a niebo pozostawało ciągle jasne.


Z tego powodu zaburza się kompletnie rytm życia - sen przychodzi około drugiej, trzeciej w nocy, a przebudzenie w południe. Jeżeli doliczymy do tego jeszcze dwie godziny przesunięcia czasu w przód - rozregulowanie zegara biologicznego mamy murowane. Zresztą, całe miasto wydaje się być lekko "na haju", a życie toczy się na okrągło.

Petersburg potężny

Sankt Petersburg jest imperialnym miastem, i nie mówię tutaj jedynie o ogromnym Ermitażu wieńczącym aleję Nevski Prospekt. Mówię o całym odrestaurowanym, błyszczącym, bogatym mieście, którego nie sposób porównać z żadnym innym w środkowej Europie.

Podczas jazdy autobusem z Rygi do Sankt Petersburga usłyszeliśmy kilka rzekomych prawd o Rosji z ust towarzysza podróży - Polaka ochrzczonego przez nas Gajowym (z powodu pseudoleśniczego czy też pseudowojskowego stroju, w którym się poruszał, na dodatek nazywając siebie Indiana Johnes'em). Gajowy opowiedział nam o rzeszy luksusowych samochodów, równie wielkiej liczbie azjatyckich twarzy i dwa razy większej liczbie kobiet niż mężczyzn na ulicach, co okazało się bajką ze szczyptą prawdy. Nasz autobusowy znajomy okazał się jednocześnie rusofilem, broniącym rosyjskiego punktu widzenia. W Petersburgu zrozumiałem, że inaczej nie można. Jeśli chce się zrozumieć Rosję, trzeba dostrzec jej potęgę. Z jednej strony Ermitaż, wspaniałe, kapiące złotem sobory: Kazański, Isakiewicza oraz Zmartwychwstania, z drugiej - złota gwiazda na Placu Rewolucji i złowrogi Lenin na Placu Moskiewskim zdają się przypominać nam, że wielkie dzieła oparte są na pracy mas. Człowiek powoli zaczyna rozumieć, że jest tylko malutką częścią maszyny o nazwie Rosja i góry przyjmuje wiernopoddańczą postawę.

Do Petersburga za marzeniami

Nasi gospodarze - Ania i Sergiej, przyjechali do Sankt Peteersburga za studiami i marzeniami o pozostaniu w wielkim mieście. Ania pochodzi z Krasnodaru, Sergiej z Samary - obydwie miejscowości oddalone są od SP o czterdzieści godzin jazdy pociągiem. Na razie pracują ciężko w Sankt Petersburgu, ale myślą już o powrocie w rodzinne strony (zwłaszcza dla Ani zimowe miesiące, kiedy praktycznie w ogóle nie świeci słońce, są nie do wytrzymania). Tymczasem jednak przyjmują tyle couchsurfingowych gości, ile się da, włączając ich jednocześnie w swoje zawodowe projekty. Pierwszego wieczoru wystąpiliśmy jako goście na lekcji angielskiego w szkole Ani, gdzie mieliśmy okazję przyjrzeć się mieszkańcom odległych blokowisk miasta. Nie udało nam się o nich dużo dowiedzieć, ponieważ to my byliśmy zasypywani pytaniami, ale i tak zdążyłem zauważyć, że na pięciu Rosjan przypada jeden, który będzie chciał rozmawiać o polityce i historii.

Petersburg dla mas

Petersburg to miasto nastawione na turystykę, jak mało które - i to w grupowym wykonaniu. Tutaj przyjeżdża się z wycieczką, ma się wszystko opłacone i nie zwraca się uwagi na ceny dla turystów. A trzeba pamiętać, że w Rosji oficjalnie obowiązują dwie, równoległe stawki: jedna dla Rosjan i druga dla cudzoziemców. Przebicie jest pięciokrotne na naszą niekorzyść, co odbija się narastającą frustracją i zniecierpliwieniem. Oczywiście, jako Polacy, próbujemy kupować bilety dla Rosjan, jednak kobiety w kasach są tak wyczulone, że z moim słabym rosyjskim nie mam najmniejszych szans.

Najbardziej imponującym zabytkiem, dostępnym dla wszystkich w tej samej cenie, jest petersburskie metro. Trzeba zacząć od tego, że na niektórych stacjach zjeżdża się w dół ponad sześćdziesiąt metrów, by następnie podziwiać kryształowe kolumny, zwisające kandelabry i pomniki gierojów minionej epoki. Inną osobliwością są targi odbywające się w wagonach. Podczas naszego pobytu popularnością cieszyły się trzy przedmioty: kolorowe, nakręcane bączki, mapy geograficzne świata oraz plastry na odciski.

Petersburg przypadł mi do gustu i szkoda, że tak mało czasu mieliśmy na jego rozpoznanie. Szczególnie w ciągu białych nocy przypomina wiecznie żyjący organizm z opisów futurystów, pod hasłem: Miasto, Masa, Maszyna. Może trudno w nim żyć, ale bawić się - pięknie. Ponieważ jednak Asia nie całkiem zgadza się z tą opinią, poniżej przedstawia własną wersję wydarzeń.

Sankt Petersburg według Asi

Pewnie oburzą się na mnie wszyscy miłośnicy petersburskich białych nocy, ale ja - w przeciwieństwie do Grzegorza - po czterech dniach pobytu w tym mieście byłam nim zmęczona i nie mogłam się doczekać wyjazdu w kierunku Moskwy. Moje zniecierpliwienie sięgnęło zenitu, kiedy zobaczyłam pięćsetmetrową kolejkę do kas biletowych Carskiego Sioła, kłębiącą się w trzydziestostopniowym upale, w której mieszały się języki całego świata. Być może gra jest warta świeczki - ponoć wnętrza pałacu powalają na ziemię, ale ani ja, ani Grzegorz nie mieliśmy ochoty spędzić dwóch godzin smażąc się na słońcu i pilnując swojego miejsca w kolejce. Chętnych do wepchnięcia się cichaczem przed nas nie brakowało. Wszystkim chcącym odwiedzić Carskie Sioło polecam uzbroić się w cierpliwość lub ewentualnie wykupić wycieczkę w agencji turystycznej - to jedyny sposób na uniknięcie kolejek.

Ale od początku. Pierwszego dnia pobytu, podobnie jak Grzegorz, uległam magii imperialnego klimatu Petersburga. Zgadzam się, że nie można mu odmówić imponujących fasad kamienic oraz świetnie zachowanych i odrestaurowanych wnętrz. Ponoć teraz są one w lepszej kondycji niż kiedykolwiek, a to za sprawą wielu inicjatyw premiera Putina, który korzysta z każdej okazji, by wspomóc swoje rodzinne miasto. Również samym mieszkańcom należy się wielkie uznanie za ich heroiczną postawę podczas dziewięćsetdniowego oblężenia ówczesnego Leningradu podczas drugiej wojny światowej. Dla zainteresowanych tematem polecam zwiedzenie muzeum specjalnie poświęconego tym wydarzeniom.

Tym niemniej z każdym kolejnym dniem, spędzonym w Petersburgu, mój entuzjazm dla niego malał. Niestety bardzo wysokie ceny wszystkiego, a przede wszystkim biletów wstępu do tych miejsc, które bardzo chciałam zobaczyć, skutecznie psuły mój nastrój. Mam wrażenie, że tak samo jak carska dynastia Romanowów nie miała umiaru w rozrzutności i dogadzaniu sobie na wszelkie sposoby, tak i współcześni przedsiębiorcy z branży turystycznej w Petersburgu nie znają umiaru w dojeniu pieniędzy z turysty.

Byłabym jednak niesprawiedliwa oceniając tak wszystkich mieszkańców Petersburga. Nasi couchsurfingowi gospodarze - Ania i Sergiej, są przemiłą parą, która z dystansem odnosi się do całej tej turystycznej machiny. Okazali nam wielkie serce, takie właśnie, jakie spodziewaliśmy się zastać u słowiańskich sąsiadów. Wieczorami (chociaż jedenastą w nocy z pełnym słońcem na niebie trudno nazwać wieczorem) robiliśmy zakupy w ich osiedlowym markecie, a potem przyrządzaliśmy wspólną kolację mając okazję uczestniczyć w ten sposób w ich codziennym życiu, z dala od turystycznego zgiełku.

Mam nadzieję, że będziemy mieli szansę zrewanżować się Ani i Sergiejowi, goszcząc ich w Polsce. Tymczasem, leżąc na moim miejscu w pociągu relacji Sankt Pete (tak skrótowo nazywają to miasto Rosjanie) - Moskwa, myślę już o jutrzejszych nowych wrażeniach, które czekają nas w stolicy tego niesamowitego kraju. Pisząc te słowa, próbuję przyjąć pozycję siedzącą - co okazuje się niemożliwe jeżeli, tak jak ja, ma się bilet na górną leżankę w tzw. plackartnym wagonie. Jedna z bardzo ważnych rad dla nas i innych, odwiedzających te strony: jeśli podróżujesz na długich trasach, zawsze rób wszystko, aby kupić miejsce na dole. My tak zrobimy na pewno - ale to już w Moskwie.

O autorach

Joanna i Grzegorz Zalescy 14 czerwca wyruszyli w roczną podróż dookoła świata. Na trasie ich podróży znajdą się: Łotwa; Rosja, Uzbekistan, Kirgistan, Kazachstan, Mongolia, Chiny (z Tybetem), Wietnam, Kambodża, Indie, Tajlandia, Birma, Malezja (z częścią na Borneo), Indonezja, Australia (tylko Sydney), Peru, Boliwia, Chile, Argentyna, Urugwaj, Brazylia.

Turystyka.gazeta.pl objęła patronat nad tą podróżą.