Hanna Pyrzyńska, malarka i rysowniczka

Serce zostało w...
Jestem podróżnikiem "życzeniowym" - chętnie bym pojechała w różne, mniej lub bardziej odległe okolice, ale jakoś nie jeżdżę. Ale odwiedziłam parę miejsc na ziemi i wszystkie bardzo mi się podobały.

Moją miłością i nieustającą tęsknotą jest Italia. Byłam tam tylko raz, wiele lat temu, z grupą studentów ASP na kursie mozaiki w okolicach Rawenny. To naprawdę niesamowite, ile kolorów i odcieni może mieć marmur, z którego pracowicie wycinaliśmy kosteczki do naszych projektów! Po zajęciach zwiedzaliśmy okolice, przede wszystkim Rawennę - piękne miasto z wieloma zabytkami z epoki bizantyjskiej (przez jakiś czas rezydencja cesarzy zachodniorzymskich, stolica Teodoryka Wielkiego). Trochę surowy charakter architektury i aura przeszłości nikogo jednak nie deprymowały. Za dnia opustoszałe z powodu letniego upału uliczki, zapełniały się pod wieczór. Widziałam nawet młode małżeństwa jadące na rowerach z małymi dziećmi śpiącymi na poduszkach przymocowanych do kierownicy (pora była późna, a oni udawali się na kolację ze znajomymi).

Odwiedziliśmy też - na krótko - Florencję i Wenecję. Po tych wizytach pozostał mi wielki niedosyt i głębokie przekonanie, że powinnam była urodzić się na Półwyspie Apenińskim, by czerpać garściami z doskonałości tego kraju, klimatu, jedzenia i relacji międzyludzkich.

Wiele radości (i przyjemności) zaznałam też w...

Grecji, a właściwie na Krecie, którą odwiedziłam trzy razy z moją przyjaciółką Kasią. Wydaje mi się takim bezpiecznym, wciąż zaskakującym miejscem, kojącym nastrojem, pogodą i kolorami, zabytkami i swobodą. Kreteńczycy - bardzo życzliwi, ale też niezwykle dumni, o silnych charakterach - stanowią dobre uzupełnienie krajobrazu.

Ujął mnie też ich stosunek do zwierząt - traktują je jak towarzyszy, a psy i koty żyją z nimi niemal na równych prawach. Kiedyś podczas wieczornego spaceru wzdłuż wybrzeża przyplątał się do nas nieduży, nadzwyczaj przyjacielski mieszaniec. Szedł obok, domagał się pieszczot i nawet usiadł z nami na skale, podziwiając zachód słońca. Martwiąc się o jego los, zaczęłyśmy się zastanawiać, jak go uratować i przewieźć do Warszawy. Jednak w drodze powrotnej nagle zniknął, a potem ujrzałyśmy go w pobliskim obejściu, gdzie mieszkał. Po prostu poszedł z nami na spacer!

Z Kasią zwiedzałyśmy też inne wyspy, m.in. Santorini, Paros, Mykonos. To na tej ostatniej kupiłam rybacką czapkę, znakomitą na nasze jesienne szarugi. Tam również, wędrując kiedyś po mieście Mykonos, ujrzałyśmy starego wilczura niespiesznie idącego w górę uliczki. Zwrócił naszą uwagę, bo wyglądał tak, jakby był właścicielem wyspy - dostojny i pewny siebie. A na małej Paros, obudziwszy się pierwszej nocy w pensjonacie, ujrzałam ptaka siedzącego nieruchomo na oparciu fotela. Był spory, czaplowaty, z żółtymi oczami i takimże dziobem (jak rozszyfrował potem Adam Wajrak, był to prawdopodobnie bączek). Zbaraniałam! Sądziłam, że ktoś w nocy wstawił nam do pokoju rzeźbę; tylko dlaczego umieścił ją na fotelu? Potem miała miejsce skomplikowana akcja łapania ptaka, ulokowania go w klatce i przewiezienia do miejscowego zoo. Obsługa pensjonatu zajęła się wszystkim z wielkim zaangażowaniem i na bieżąco informowała o losach naszego bohatera. Okazało się, że był młody i prawdopodobnie osłabł w drodze do Afryki, odłączywszy się od swojej grupy. Mieli go podtuczyć i przezimować w zoo...

Nie da się powtórzyć wrażeń związanych z jedzeniem najprostszego greckiego jedzenia w ciepły wieczór na tarasie - oliwki, pomidory, feta i retsina. To wino w Warszawie już tak nie smakuje, tam jest "piosenką" o urokach życia.

Prawdziwą wakacyjną ostoją...

od kiedy na świecie pojawił się mój syn, jest Jurata. A dokładniej - tamtejszy caravaning w ośrodku Jantar, na którym co roku spędzamy wakacje. To kilka przyczep tworzących obóz, w porywach gromadzi się tam nawet trzydzieści osób. Prócz nas jest spora grupa młodzieży uczącej się surfować i wiele przyczep ludzi z całej Polski. Świetnie się bawimy, konkurując kulinarnie z miejscową ofertą (irytującą cenowo i jakościowo). W gotowaniu doszliśmy już do perfekcji, która zdumiewa nas samych. Okazało się, że zespołowa współpraca - nawet w surowych warunkach i przy wielu biesiadnikach - daje niezłe rezultaty.

W Juracie jesteśmy na uboczu, więc snobistyczne tłumy nam nie szkodzą. Plażujemy, kiedy jest słońce, i czekamy na wiatr, by posurfować (to oczywiście męska część załogi). Do wieczornych biesiad dołączają dziki, które całymi rodzinami podchodzą pod płot, domagając się smakołyków. Stałym bywalcem jest też lis spryciarz wyjadający w nocy nasze zapasy i porywający niektóre buty, ostatnio pojawił się jeż.

Po powrocie do Warszawy wciąż tęsknimy za Juratą. Dlatego czasami jesteśmy zmuszeni odwiedzać ją nawet zimą. Wtedy korzystamy z apartamentu naszych warszawskich przyjaciół, Agnieszki i Pawła, gdzie słychać szum morza i czuć jego zapach. W tym roku zastaliśmy tam prawdziwie arktyczny krajobraz...

Nasz syn nie wyobraża sobie wakacji bez Juraty. Ja chyba też, choć wolę pławić się w ciepłych morzach. Ale czasami ryzykuję wejście do tej "lodowni". A poza tym nikt nam nie każe się kąpać!

W foyer "Gazety Wyborczej" od 19 czerwca do 18 lipca można oglądać "Obrazy kulinarne" Hanny Pyrzyńskiej (od lat jest związana z redakcją jako rysowniczka). Ich bohaterami są zwierzęta, których artystka nie kładzie na talerzu. Wystawa czynna siedem dni w tygodniu, wstęp wolny

Skomentuj:
Hanna Pyrzyńska, malarka i rysowniczka
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX