Z pasją o podróżach, wycieczkach i wyjazdach

Wojciech Śmieja, literaturoznawca, miłośnik podróży i podróżopisania

  • Pin It
not. WS
14.06.2010 , aktualizacja: 11.06.2010 12:41
A A A Drukuj
Szałas rumuńskich pasterzy Fot. Wojciech Śmieja Szałas rumuńskich pasterzy
Serce zostało w... wielu miejscach. Część w rumuńskiej Mołdawii, jeszcze nie odkrytej przez turystów, z zachwycającą architekturą i rzeźbą terenu, z pasterzami i winnicami Cotnari
Znojmo na Morawach, stolica krainy wina i słońca
Fot. Wojciech Śmieja
Znojmo na Morawach, stolica krainy wina i słońca
Wojciech Śmieja
Fot. Wojciech Śmieja
Wojciech Śmieja
Inna część - w zimowej Starej Czarszii w stolicy Macedonii Skopje - w jej herbaciarniach, szemranych hotelikach, kuźniach, zakładach fryzjerskich, na bazarze, między minaretami, wśród czyścibutów zakapiorów i graczy w trzy kubki. Zimą można doświadczyć autentycznego życia tej dzielnicy, cudem ocalonej z trzęsienia ziemi w 1963 r. Kawałek serca został w południowych Morawach - maleńkie wsie z winnymi piwnicami to poemat na cześć radości życia i Bachusa.

Niezapomniany dzień przeżyłem...

w pociągu do Murmańska, podróżując po Półwyspie Kolskim. Każdy, kto spędził choćby dobę w rosyjskim plackartnym, wie, co tam jest ciekawego, innym nie ma sensu tłumaczyć.

Najlepsze wakacje spędziłem...

we wsi Rudnik Wielki, gdzie mieszkali moi dziadkowie: dom w lesie, do rzeczki, w której kąpaliśmy się z kuzynostwem, było 200 metrów. Okolica jest nijaka: płasko, sucho, bo wszędzie piach. Dziadek miał wytwórnię drenów, kręgów studziennych itd., i ten piach wydobywał. Jedną łopatą wykopał w lesie niewiele mniej niż odkrywki w Bełchatowie czy Koninie całym swoim żelastwem. Pamiętam dotykanie tego piasku: z wierzchu gorący i suchy, wraz z zagłębianiem w nim dłoni - trupio chłodny i wilgotny. Metafizyka!

W Polsce lubię...

bardzo wiele miejsc, krajobrazów, wielu ludzi. Kocham moją rodzinną Pszczynę z jej parkiem, pałacem, skansenem, dziką promenadą. Lubię też okolice, w których mieszkam: drewniane kościoły w schludnych wioskach Miedźnej, Górze, Łące, Wiśle Małej i innych. Soczyste, podmokłe lasy Puszczy Pszczyńskiej to całoroczna atrakcja - jeżdżę na rowerze, biegam, spaceruję, chodzę w rakietach śnieżnych, i wciąż odkrywam coś nowego. Ubóstwiam Istebną, gdzie teściowie mają dom. Jest tam uliczka, wzdłuż której stoją same drewniane chałupy, okazałe i solidne, a przy tym skromne i bezbronne wobec upływu czasu. Te domy świadczą o prostym, ale szlachetnym smaku naszych przodków.

Muszę jeszcze wymienić Lanckoronę, gdzie przynajmniej raz do roku spędzamy weekend w niedrogim pensjonacie, w autentycznej atmosferze dwudziestolecia: skrzypiące meble, zapuszczony ogród pod tarasem, rozległy widok na Beskid Średni. I Borne Sulinowo z najczystszym w Polsce powietrzem i wodą. I Myscową w Beskidzie Niskim - od 45 lat na miejscu wioski ma powstać sztuczne jezioro, ale dotąd niemal nic się tam nie zmieniło, ludzie siedzą na walizkach, bo władza zakazywała wszelkich inwestycji. Nie ma takiego drugiego miejsca w Polsce! Pozdrawiam państwa Kłosowskich, którzy prowadzą tam świetną agroturystykę (polecam!).

Podróżuję z...

Tam, gdzie to możliwe - z żoną i dziećmi, 4,5-letnią Olgą i 1,5-rocznym Michałem. Tam, gdzie to raczej niemożliwe - sam lub z przyjaciółmi.

Mój ulubiony hotel...

Nie lubię hoteli, wolę namiot lub kwatery. Kiedyś w transylwańskich górach szukałem noclegu we wsi. Starsza kobieta zaoferowała mi nocleg w swojej drewnianej chacie, ale ostrzegła, że w casa mare (główna izba) spoczywa na katafalku jej dzień wcześniej zmarły mąż. Podziękowałem... A mój numer jeden to hotelik w białoruskich Żytkowiczach, w stylu wczesnego Chruszczowa, z wychodkiem, który łączył w sobie urok sławojki (odeskowanie) i normalnej toalety (w miejscu wyciętego w dechach kółeczka była muszla klozetowa). Córka zapytała, dlaczego ubikacja jest zepsuta? Długo tłumaczyłem, że nie jest

Niebo w gębie poczułem...

wielokrotnie. Jeśli idziesz cały dzień po górach z plecakiem, poczujesz je, jedząc czerstwą bułkę z serem albo (co zdarzyło mi się w Rosji) - konserwę z łojem baranim ze specrezerw śp. Armii Czerwonej. Smakoszem, jak widać nie jestem, ale z drugiej strony potrafiłem nadłożyć prawie 300 km, żeby zjeść rumuńską ciorbę w niepozornej knajpce w miasteczku, za które nikt by nie dał złamanego grosza.

Uwielbiam natomiast wino. Wspaniałe i niedocenione są szczepy środkowo- i wschodnioeuropejskie: Vranec, Feteasca, Rara Neagra. Świetne jest macedońskie T'ga za Jug czy mołdawskie Negru de Purcari. Ostatnio przywiozłem z Mołdawii parę butelek Purpuriu de Purcari (rocznik 1988 r.). Boskie! Kosztowało ok. 40 zł!

Na wyprawę zawsze zabieram...

aparat fotograficzny, często dyktafon, bo w podróży można spotkać ludzi, którzy opowiadają niesamowite historie. Zabieram również wiedzę o danym miejscu. Każdy wyjazd to z jednej strony święto, z drugiej sporo wyrzeczeń, więc nie mogę jechać ot, tak sobie. Czytam przewodniki (bardzo lubię XIX-wieczne), literaturę przedmiotu, a także literaturę danego kraju czy kręgu kulturowego. Nie można jechać do Bośni bez Andricia czy w Gorce bez Orkana! Ale najważniejsze, co trzeba zabrać, to otwarta głowa i serce.

Nigdy więcej nie powrócę do...

Nie ma takich miejsc. Kiedy pierwszy raz byłem w Paryżu, pomyślałem: "Co za okropna turystyczna wydmuszka, to wszystko widziałem w telewizji i w kinie!", ale potem wracałem kilka razy, na dłużej. Gdy poznałem mniej turystyczny Paryż, gdy wydeptałem w nim swoje ścieżki, za każdym razem podobał mi się coraz bardziej.

Wkrótce będę w drodze do...

Lublina, gdzie jeszcze nie byłem, a od dawna zamierzam. Wyjeżdżam w celach zawodowych, ale to będzie świetna okazja, by poznać miasto, które kojarzę ze "Sztukmistrzem z Lublina" I.B. Singera. Z zagranicznych wojaży - Kosowo, gdzie już byłem i wiem, że warto. Chcę spenetrować Góry Przeklęte, Szar Płaninę, ale przede wszystkim odwiedzić wioski Gorańców, muzułmańskich Serbów (w wielkim uproszczeniu). Potem Grecja i opuszczone wsie macedońskie, i, jak się uda - powrócę na rosyjskie Zapolarje.

Wymarzony cel podróży...

Jest ich mnóstwo, w obrębie szeroko rozumianego naszego kręgu kulturowego. Nie pociągają mnie np. Indie, choć islam - bardzo. Chciałbym umieć podróżować tak jak mój przyjaciel Leszek Szczasny: bez grosza przy duszy, a jego ekwipunek na dwumiesięczny wyjazd to pół karimaty, szczotka do zębów i bielizna na zmianę w spiętym agrafką plecaczku z marketu. Albo tak odważnie jak Marcin Gienieczko - sam wobec żywiołów Północy. Ale przede wszystkim tak, żeby coś z podróży zostało: tekst, reportaż, zdjęcia, wywiady, przyjaźnie.

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

  • hotele
  • loty
  • Oferty Booking.com
  • Oferty FRU.PL

Podróże.gazeta.pl na Facebooku