Joanna Olech, autorka i ilustratorka książek dla dzieci i młodzieży
31.05.2010
, aktualizacja: 28.05.2010 12:13
Serce zostało w... Posejnelach. Leżą niespełna 300 km od domu, toteż mogę je regularnie odwiedzać. Pierwszy raz zobaczyłam Posejnele, kiedy miałam pięć lat
ZOBACZ TAKŻE
- Santorini Andrzeja Sikorowskiego, lidera zespołu Pod Budą (26-07-10, 06:00)
- Hanna Pyrzyńska, malarka i rysowniczka (21-06-10, 13:10)
- Wojciech Śmieja, literaturoznawca, miłośnik podróży i podróżopisania (14-06-10, 07:00)
- Indie - pokochaj albo wyjeżdżaj! (24-05-10, 06:00)
- Namiot daje wolność (17-05-10, 06:00)
- Laos - Indochiny wzywają (10-05-10, 06:00)
Tata wykupił wczasy w ośrodku dziennikarzy nad jeziorem Pomorze, mama spakowała do walizki najlepszy włoski ortalion i szpilki, i z dwojgiem dzieci pojechała do kurortu (jak sądziła). Na miejscu okazało się, że od autobusu trzeba brnąć piaszczystą drogą kilka kilometrów do przycupniętych na brzegu jeziora domków z dykty. Sławojka z serduszkiem, nie było kuchni ani prądu, jedynie żeliwna koza opalana chrustem. Sąsiedzi zrobili herbatę na kozie, mama słodziła ją landrynkami (cukru nie było) i płakała. A jednak od tamtej pory rok w rok jeździmy do Posejneli. Ośrodek z czasem rozrósł się i zbrzydł, ale zaprzyjaźniliśmy się z gospodarzami w sąsiedztwie - rodziną Lutych - i to do nich udajemy się każdego lata. W Posejnelach jest pięknie, ale to ludzie są największym bogactwem Sejneńszczyzny. Serdeczni, szczodrzy, dowcipni - uwielbiamy ich. Uczestniczymy w ślubach i uroczystościach rodzinnych, a że dziadkowie Luto mieli siedmiu synów, to i wnuków jest pod dostatkiem. Właśnie wychodzi za mąż najmłodsza panna Luto i w Posejnelach wielkie wesele.
Najbardziej egzotyczną podróż odbyłam do...
Seulu, w związku z promocją mojej książki "Dynastia Miziołków" przetłumaczonej na koreański. Ledwo zeszłam z pokładu samolotu, popełniłam pierwszą z wielu gaf, w jakie obfitował ten pobyt. Na lotnisku czekała nieznana mi pani. Przedstawiając się, dorzuciła "I'm novelist" (jestem pisarką), co zrozumiałam "I'm Nobelist" (jestem noblistką). Ta informacja kompletnie mnie sparaliżowała. Oto wita mnie koreańska laureatka Nagrody Nobla, o istnieniu której nie miałam pojęcia! Konfuzja sprawiła, że przez całą długą podróż do hotelu wydawałam z siebie jedynie nieartykułowane pomruki...
Trochę trwało, zanim zorientowałam się, że w Korei istnieją inne niż u nas zasady savoir vivre'u. Ilekroć byliśmy w kilkuosobowej mieszanej grupie, najpierw witano się z mężczyznami, dopiero potem - jak nakazuje tamtejszy obyczaj - z kobietami; podczas gdy ja uporczywie pchałam się "przed orkiestrę". Moja anielsko cierpliwa przyjaciółka i tłumaczka Jiwone Lee upominała mnie regularnie, że cokolwiek podajemy - wizytówkę, filiżankę - należy to robić DWOMA rękoma, nie jedną, inaczej popełniamy nietakt.
Koreańczycy okazali się nieprawdopodobnie serdeczni i uczynni, a przy tym niezwykle pracowici (12-godzinny dzień pracy jest w Seulu standardem). Nawet w zabawie byli niezmordowani - do świtu gościli nas w restauracjach i barach karaoke. Wszędzie siedzieliśmy w kucki, co jest tam powszechnym zwyczajem. Ja z reguły odpadałam na półmetku, ale koledzy pisarze z Rosji i Ukrainy trwali dzielnie do rana. Ogromnie polubiłam koreański hip-hop, przywiozłam do Polski płytę z ulubionymi nagraniami.
Niebo w gębie poczułam...
w Bułgarii. Za namową przyjaciół pojechaliśmy (przez Rumunię, deltę Dunaju) na sam koniuszek bułgarskiego wybrzeża, pod turecką granicę, gdzie do niedawna była wojskowa zona niedostępna dla turystów. Gdy mijaliśmy po drodze straszliwie zatłoczone Złote Piaski, cierpła nam skóra. I nagle - wieś na końcu świata, kawał dziewiczego wybrzeża, chałupki z bajki, małe knajpki z pysznym, prostym jedzeniem. Tanio jak barszcz. Codziennie kupowaliśmy worek pomidorów (bycze serca) hodowanych w przydomowych ogródkach. Luuudzie! Nie wiedziałam, że pomidory mogą TAK smakować. Słodkie, pachnące odurzająco. Jedliśmy je na okrągło, skropione winegretem z miodem i gruboziarnistą musztardą. Te pomidory czasem mi się śnią, budzę się i tęsknię...
Na wyprawę zawsze zabieram...
buty typu crocs, które - jestem pewna - wynaleziono specjalnie dla mnie, czerwoną herbatę i tytanowy łyżko-widelec z nożem, tzw. spork.
Niezwykły hotel...
dane mi było odwiedzić przypadkiem. Organizatorzy pewnego seminarium w Krakowie zarezerwowali za mało miejsc noclegowych, toteż w krytycznym momencie pozostał tylko (okropnie drogi) hotel Stary należący do rodziny Likusów. Przez dwie noce tarzałam się w luksusie, w ogromnym apartamencie, onieśmielona jak Kopciuszek na balu. Próba uruchomienia jacuzzi skończyła się serią skeczy, których nie powstydziliby się Flip i Flap.
Nigdy więcej nie pojadę...
na wakacje samotnie. Spędziłam tydzień w Nowym Jorku sama jak palec. Miała to być emocjonująca podróż. Żadna z niezliczonych atrakcji nie zdołała mi jednak wynagrodzić poczucia bezsensu samotnego szwendania się po obcym mieście. W nosie miałam galerie i muzea, bo nie było kogo szturchnąć łokciem i powiedzieć: "popatrz, popatrz!".
Nic tak nie wyostrza apetytu na podróże jak...
książki. Po lekturze genialnej książki Gerarda Durella "Moja rodzina i inne zwierzęta" pojechałam do Grecji. Pisarz mieszkał na Korfu w latach 40. - takiej Grecji już nie ma. Niemniej ogromnie spodobała mi się "wyspa wspinaczy" - Kalymnos. Do tego raju wspinaczy przybywają pasjonaci z całego świata, ja kibicowałam mężowi i kolegom. Z kolei przeczytawszy "Wilczy notes" i "Wołokę" Mariusza Wilka, bardzo chcę odwiedzić Wyspy Sołowieckie. A po lekturze "Na plebanii w Haworth" Anny Przedpełskiej-Trzeciakowskiej - "wichrowe wzgórza" i ślady sióstr Bronte (byłam w Yorkshire, ale do Haworth nie dotarłam). Następne w kolejce są: muzeum Jane Austin w Chawton i Vimmerby - wioska Astrid Lingren w Szwecji, gdzie stoi "Willa Śmiesznotka" i rodzinny dom pisarki.
Wkrótce będę w drodze do...
Tampy, gdzie mieszkają moi przyjaciele. Wbrew temu, co się mówi o Florydzie, mnie ona nie nudzi - wymarzone warunki do nic nierobienia. Długie spacery i rozmowy, 20-kilometrowa asfaltowa ścieżka przez las dla posiadaczy rolek i rowerów, ocean o rzut beretem, kupowanie owoców wprost z drzewa na plantacji i księgarnie wielkości stadionu sportowego. No i natura! Sarenki przychodzą pod dom, orły spacerują po placu zabaw, zaś aligatory - ku mojemu nieustającemu zdumieniu - wylegują się (na wolności) na brzegu stawów u wejścia do każdego osiedla. Trzebaż więcej?
W foyer warszawskiej redakcji "Gazety Wyborczej" przy ul. Czerskiej 8/10 do 17 czerwca trwa wystawa ilustracji Joanny Olech do książek dla dzieci i podręczników, których jest współautorką. "Królewny i piraci" to ponad 20 portretów, do których pozowały dzieci przyjaciół. Otwarcie we wtorek 1 czerwca o godz. 20.30 (wystawę można oglądać przez cały tydzień, wstęp wolny). Tego samego dnia o godz. 18 w filii Centrum Artystycznego "Fabryka Trzciny" na skwerze Hoovera w Warszawie premiera nowej książki Olech "Pulpet i Prudencja. Smocze Pogotowie Przygodowe"
Najbardziej egzotyczną podróż odbyłam do...
Seulu, w związku z promocją mojej książki "Dynastia Miziołków" przetłumaczonej na koreański. Ledwo zeszłam z pokładu samolotu, popełniłam pierwszą z wielu gaf, w jakie obfitował ten pobyt. Na lotnisku czekała nieznana mi pani. Przedstawiając się, dorzuciła "I'm novelist" (jestem pisarką), co zrozumiałam "I'm Nobelist" (jestem noblistką). Ta informacja kompletnie mnie sparaliżowała. Oto wita mnie koreańska laureatka Nagrody Nobla, o istnieniu której nie miałam pojęcia! Konfuzja sprawiła, że przez całą długą podróż do hotelu wydawałam z siebie jedynie nieartykułowane pomruki...
Trochę trwało, zanim zorientowałam się, że w Korei istnieją inne niż u nas zasady savoir vivre'u. Ilekroć byliśmy w kilkuosobowej mieszanej grupie, najpierw witano się z mężczyznami, dopiero potem - jak nakazuje tamtejszy obyczaj - z kobietami; podczas gdy ja uporczywie pchałam się "przed orkiestrę". Moja anielsko cierpliwa przyjaciółka i tłumaczka Jiwone Lee upominała mnie regularnie, że cokolwiek podajemy - wizytówkę, filiżankę - należy to robić DWOMA rękoma, nie jedną, inaczej popełniamy nietakt.
Koreańczycy okazali się nieprawdopodobnie serdeczni i uczynni, a przy tym niezwykle pracowici (12-godzinny dzień pracy jest w Seulu standardem). Nawet w zabawie byli niezmordowani - do świtu gościli nas w restauracjach i barach karaoke. Wszędzie siedzieliśmy w kucki, co jest tam powszechnym zwyczajem. Ja z reguły odpadałam na półmetku, ale koledzy pisarze z Rosji i Ukrainy trwali dzielnie do rana. Ogromnie polubiłam koreański hip-hop, przywiozłam do Polski płytę z ulubionymi nagraniami.
Niebo w gębie poczułam...
w Bułgarii. Za namową przyjaciół pojechaliśmy (przez Rumunię, deltę Dunaju) na sam koniuszek bułgarskiego wybrzeża, pod turecką granicę, gdzie do niedawna była wojskowa zona niedostępna dla turystów. Gdy mijaliśmy po drodze straszliwie zatłoczone Złote Piaski, cierpła nam skóra. I nagle - wieś na końcu świata, kawał dziewiczego wybrzeża, chałupki z bajki, małe knajpki z pysznym, prostym jedzeniem. Tanio jak barszcz. Codziennie kupowaliśmy worek pomidorów (bycze serca) hodowanych w przydomowych ogródkach. Luuudzie! Nie wiedziałam, że pomidory mogą TAK smakować. Słodkie, pachnące odurzająco. Jedliśmy je na okrągło, skropione winegretem z miodem i gruboziarnistą musztardą. Te pomidory czasem mi się śnią, budzę się i tęsknię...
Na wyprawę zawsze zabieram...
buty typu crocs, które - jestem pewna - wynaleziono specjalnie dla mnie, czerwoną herbatę i tytanowy łyżko-widelec z nożem, tzw. spork.
Niezwykły hotel...
dane mi było odwiedzić przypadkiem. Organizatorzy pewnego seminarium w Krakowie zarezerwowali za mało miejsc noclegowych, toteż w krytycznym momencie pozostał tylko (okropnie drogi) hotel Stary należący do rodziny Likusów. Przez dwie noce tarzałam się w luksusie, w ogromnym apartamencie, onieśmielona jak Kopciuszek na balu. Próba uruchomienia jacuzzi skończyła się serią skeczy, których nie powstydziliby się Flip i Flap.
Nigdy więcej nie pojadę...
na wakacje samotnie. Spędziłam tydzień w Nowym Jorku sama jak palec. Miała to być emocjonująca podróż. Żadna z niezliczonych atrakcji nie zdołała mi jednak wynagrodzić poczucia bezsensu samotnego szwendania się po obcym mieście. W nosie miałam galerie i muzea, bo nie było kogo szturchnąć łokciem i powiedzieć: "popatrz, popatrz!".
Nic tak nie wyostrza apetytu na podróże jak...
książki. Po lekturze genialnej książki Gerarda Durella "Moja rodzina i inne zwierzęta" pojechałam do Grecji. Pisarz mieszkał na Korfu w latach 40. - takiej Grecji już nie ma. Niemniej ogromnie spodobała mi się "wyspa wspinaczy" - Kalymnos. Do tego raju wspinaczy przybywają pasjonaci z całego świata, ja kibicowałam mężowi i kolegom. Z kolei przeczytawszy "Wilczy notes" i "Wołokę" Mariusza Wilka, bardzo chcę odwiedzić Wyspy Sołowieckie. A po lekturze "Na plebanii w Haworth" Anny Przedpełskiej-Trzeciakowskiej - "wichrowe wzgórza" i ślady sióstr Bronte (byłam w Yorkshire, ale do Haworth nie dotarłam). Następne w kolejce są: muzeum Jane Austin w Chawton i Vimmerby - wioska Astrid Lingren w Szwecji, gdzie stoi "Willa Śmiesznotka" i rodzinny dom pisarki.
Wkrótce będę w drodze do...
Tampy, gdzie mieszkają moi przyjaciele. Wbrew temu, co się mówi o Florydzie, mnie ona nie nudzi - wymarzone warunki do nic nierobienia. Długie spacery i rozmowy, 20-kilometrowa asfaltowa ścieżka przez las dla posiadaczy rolek i rowerów, ocean o rzut beretem, kupowanie owoców wprost z drzewa na plantacji i księgarnie wielkości stadionu sportowego. No i natura! Sarenki przychodzą pod dom, orły spacerują po placu zabaw, zaś aligatory - ku mojemu nieustającemu zdumieniu - wylegują się (na wolności) na brzegu stawów u wejścia do każdego osiedla. Trzebaż więcej?
W foyer warszawskiej redakcji "Gazety Wyborczej" przy ul. Czerskiej 8/10 do 17 czerwca trwa wystawa ilustracji Joanny Olech do książek dla dzieci i podręczników, których jest współautorką. "Królewny i piraci" to ponad 20 portretów, do których pozowały dzieci przyjaciół. Otwarcie we wtorek 1 czerwca o godz. 20.30 (wystawę można oglądać przez cały tydzień, wstęp wolny). Tego samego dnia o godz. 18 w filii Centrum Artystycznego "Fabryka Trzciny" na skwerze Hoovera w Warszawie premiera nowej książki Olech "Pulpet i Prudencja. Smocze Pogotowie Przygodowe"
- hotele
- loty
- Oferty Booking.com
- Oferty FRU.PL
Podróże.gazeta.pl na Facebooku
Aktualna oferta

Podróżuj z nami co tydzień.
Przykładowy newsletterZaplanuj wakacje
Polska na weekend
Kontakt z redakcją
- ul. Czerska 8/10
- 00-732 Warszawa
- redakcja.podroze@gazeta.pl


















