Z pasją o podróżach, wycieczkach i wyjazdach

Indie - pokochaj albo wyjeżdżaj!

  • Pin It
O swoich podrożach opowiada dziennikarz Jarosław Kret. Not. Monika A. Utnik
24.05.2010 , aktualizacja: 26.05.2010 14:10
A A A Drukuj
Fot. Archiwum Jarosława Kreta
Serce zostało w... Indiach. To kraj, który budzi skrajne uczucia, a im krócej tam jesteśmy, tym są one silniejsze. Albo się Indie kocha, albo nienawidzi - to wiedzą wszyscy

Fot. Nelly Kamińska
Fot. Nelly Kamińska
Fot. Nelly Kamińska
Trzeba do nich podchodzić trzeźwo i pamiętać, że to kraj większy od Europy i niezwykle zróżnicowany: kulturowo, etnicznie, nawet klimatycznie. Gdy w Kaszmirze leży śnieg, w Bombaju jest gorąco i wilgotno. Mieszkańcy północy (stany Asam, Manipur, Bengal) mają lekko skośne oczy, południe zaś zamieszkuje pierwotna ludność drawidyjska o bardzo ciemnej karnacji i klasycznych rysach. Co stan, to inne kolory ubiorów, biżuteria, język. Każdy znajdzie tu coś dla siebie: budowle pamiętające czasy Wielkich Mogołów i hinduskie kolorowe kowile (świątynie), klasyczne teatry tańca Bharatanatiam i Katakali... Ale nie da się tego poznać w dwa tygodnie, jakby chcieli niektórzy turyści.

Zetknąłem się również ze światem tamtejszego kina, ale obracałem się nie w kręgach bollywoodzkiej rozrywki, lecz w środowisku twórców porównywalnych z naszym Zanussim czy Wajdą. Inteligencja naśmiewa się z tworów Bollywoodu, ale chętnie owe superprodukcje ogląda, a trwają one nawet po pięć godzin.

Tęsknię za...

indyjskim jedzeniem, ale nie tym restauracyjnym, z typowym curry i tandoori chicken, tylko prawdziwym, domowym. Takim, jakie podają w moim ulubionym pensjonacie w mieście Waranasi. Domowa kuchnia jest bardzo prosta, najczęściej wegetariańska (mówię tu o kuchni hinduskiej, nie muzułmańskiej), królują w niej przeróżne sosy. Osobno podawany jest ryż i chleb - nadziewany serem albo nasączony klarowanym masłem ghi.

Z Indii przywożę zawsze masalę - mieszankę przypraw - która ma mnóstwo odmian. Jest masala do mięs, do ziemniaków, do dalu (przysmak z soczewicy)... Ja kupuję zazwyczaj tę do herbaty (na bazie imbiru, chili, pieprzu i gałki muszkatołowej - rewelacyjna na zimę!) oraz do mleka (kardamon, imbir, cynamon, goździki).

W Warszawie, gdy zbyt długo nie odwiedzam Indii, ratuje mnie sklep Little India przy Domaniewskiej, prowadzony przez małżeństwo Polki i Hindusa. Mają nawet świeże warzywa (m.in. okrę), banany do pieczenia, pyszne ciasteczka i świetne gotowe dania w tekturowych pudełkach (zawartość zanurza się we wrzątku i gotowe).

Lubię też...

Egipt. W Kairze spędziłem rok na stypendium (studiowałem egiptologię). Mieszkałem na wyspie Gezira w dzielnicy Zamalek. Minęło tyle lat, a wcale się nie zmieniła: te same wąskie uliczki, knajpki, urocze kamienice - przed każdą stoi prasowacz, sprzedawca słodkich ziemniaków i bałab, czyli dozorca. Też takiego bałaba miałem, w upalne noce spał przed domem na materacu, a raz wyłożył się nawet na masce samochodu.

Nie lubiłem, gdy zaczepiano mnie na ulicy i łamaną angielszczyzną zadawano pytanie: "Where you from?". Denerwowało mnie to, że Egipcjanie zawsze mylili Poland z Holand. Znajomy Amerykanin nie rozumiał tej irytacji: - Przecież oni, niezależnie, skąd pochodzisz, i tak zawsze powiedzą: "Nice country" - tłumaczył. I poradził, żebym następnym razem odpowiedział "Guess" (zgadnij). Tak też zrobiłem. Gdy usłyszałem nieśmiertelne: "Where you from?", odparłem: - Guess. - What? - spytał zdziwiony Egipcjanin. - Guess - powtórzyłem. - Hmm, Guess? Guess? - powtarzał. - Nice country!

Do Egiptu jeżdżę co roku, by zobaczyć się z przyjaciółmi. Nigdy nie zaglądam do Sharm El Sheikh. Dwadzieścia lat temu stał tam jeden hotel, na pustym wybrzeżu Beduini rozstawiali namioty, można było tam zanocować, usmażyć rybę na ognisku. A rafa koralowa? Dziś to gołoborze zniszczone przez masową turystykę, a wszyscy tak się nią zachwycają! Nie jeżdżę też do Luksoru w konwojach. Wybieram pociąg, drugą klasę i zawsze poznaję ciekawych ludzi, zaś mijane stacyjki wyglądają jak przeniesione z kart "W pustyni i w puszczy" Sienkiewicza.

Polecam koptyjskie świątynie z ich niezwykłą atmosferą. Lubię słuchać śpiewu mnichów i przyglądać się koptyjskiej liturgii, która odprawiana jest w starym języku faraonów. No i jeszcze oazy: Siwa (odwiedzała ją królowa Kleopatra) i pomniejsze, jak Kharga, Dakhla, Baharijra, w których żyją ludzie jeszcze nie zepsuci przez "przemysł" turystyczny.

Z wypraw przywożę...

ubrania. Z Indii długie kurty a la galabije, koszule i czuridar - spodnie pumpy zwężane w kostce i łydce. Mam białe, czarne i kremowe, przy najbliższej okazji kupię niebieskie, bo właśnie mi się porwały. Chodzę w nich głównie po domu, ale wkładam też czasem i w Indiach albo i na Bliskim Wschodzie, kiedy idę np. odwiedzić meczet, do którego nie zaglądają turyści. W mojej szafie wiszą też wyjściowe ciuchy z jedwabiu przypominające nasze szlacheckie kontusze. Przywożę również obrazy - mam dzieła artystów z Azerbejdżanu, współczesne malarstwo brazylijskie, kazachskie kolaże i kolekcję prac ze szkoły tanzańskiego malarza prymitywisty Tinga Tinga.

Wymarzony cel podróży...

Kocham słońce, nie cierpię chmur, dlatego najchętniej udaję się w podróż do krajów zwrotnikowych.

Jarosław Kret - prezenter pogody, w TVP Info prowadzi program podróżniczy "Planeta według Kreta", członek The Explorers Club, autor albumów fotograficznych "Moja Ziemia Święta", "Ziemia Święta", "Madagaskar" oraz książek: "Kret na pogodę" i "Moje Indie"

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

  • hotele
  • loty
  • Oferty Booking.com
  • Oferty FRU.PL

Podróże.gazeta.pl na Facebooku