Z pasją o podróżach, wycieczkach i wyjazdach

Podróże po Indiach. Kinnaur

  • Pin It
Nelly Kamińska
17.05.2010 , aktualizacja: 18.05.2010 12:14
A A A Drukuj
Wesele we wsi Rispa w regionie Kinnaur Fot. Nelly Kamińska Wesele we wsi Rispa w regionie Kinnaur
Marzyłam, by wrócić do Kinnauru. I po ośmiu latach znów tu jestem... Kraina ta, słynąca z drewnianej architektury i bujnych sadów, leży na pograniczu Indii i Tybetu (niegdyś przebiegał tędy szlak kupiecki). W każdej sferze życia przeplatają się tu wpływy obu kultur. Zdarza się, że ludzie wyznają jednocześnie buddyzm i hinduizm oraz oddają cześć miejscowym bogom.
Wioską Chitkul opiekuje się Mathi Devi
Fot. Nelly Kamińska
Wioską Chitkul opiekuje się Mathi Devi
Droga z Roghi do Kalpy
Fot. Nelly Kamińska
Droga z Roghi do Kalpy

Fot. Nelly Kamińska Świątynia Kansuradża w Ribbie
Fot. Nelly Kamińska
Świątynia Kansuradża w Ribbie
Wesele w Rispie
Fot. Nelly Kamińska
Wesele w Rispie
Droga pnie się ostro w górę. Kierowca zwalnia, choć wcześniej pędził jak szalony. Biało-zielony autobus kolebie się i podskakuje, wyrzucając na podjazdach kłęby czarnego dymu. Miejscami droga jest tak wąska, że tylko centymetry dzielą koła od krawędzi urwiska.

Dziś rano opuściłam dawne buddyjskie księstwo Spiti i zmierzam w kierunku Recong Peo, stolicy sąsiedniego Kinnauru. Kraina ta, słynąca z drewnianej architektury i bujnych sadów, leży na pograniczu Indii i Tybetu (niegdyś przebiegał tędy szlak kupiecki). W każdej sferze życia przeplatają się tu wpływy obu kultur. Zdarza się, że ludzie wyznają jednocześnie buddyzm i hinduizm oraz oddają cześć miejscowym bogom.

Jadąc ze Spiti do Kinnauru lub na odwrót, zataczamy efektowną pętlę. To jedna z najbardziej widowiskowych tras w indyjskich Himalajach - równie piękna, co straszna (te przepaści!).

Indie w serwisie Kolumber.pl. Rzetelne relacje, najpiękniejsze zdjęcia

***

Na kolanach trzymam pamiętnik z poprzedniej wyprawy w te strony. Otwieram go pod datą 7 lipca 1998 r. "Uff, jak opisać ten dzień? Z Recong Peo wyruszyliśmy dziś do Ribby. Po 1,5 godz. kierowca skręcił w boczną drogę, zatrzymał się w odludnym miejscu i krzyknął do nas przez ramię: "Ribba!".

Wokół żywego ducha. Gdzie jest wieś? Chcieliśmy nawet tym samym autobusem jechać dalej, byle tylko nie utknąć tu na noc. Kiedy staliśmy przed zamkniętym na cztery spusty drewnianym guest house'em, z budynku obok z okna na piętrze wychyliły się dwie głowy: "Tutaj! Chodźcie tutaj!".

Budynek to centrala telefoniczna, a głowy należą do Gopiego, nauczyciela gimnastyki w tutejszej szkole, i Doktora, wykładowcy literatury angielskiej na uniwersytecie w Delhi, który spędza w rodzinnej Ribbie wakacje [nie zanotowałam jego imienia, stąd Doktor]. Gopi zaprasza do siebie na obiad.

Ribba niczym amfiteatr zajmuje zbocze góry. Z przystanku nie widać, jak jest rozległa i piękna! Cała wprost tonie w jabłoniach i orzechach włoskich. Wzrok przykuwają domy z kunsztownie rzeźbionego drewna, z dachami krytymi kamienną dachówką. Po drodze wstępujemy do 200-letniej świątyni Kansuradźa - patrona i opiekuna wsi. Gopi napomyka, że wieczorem odbędzie się tu jakaś uroczystość.

Do jego domu wspinamy się dobre 20 minut. Gopi ma też sad - główne źródło dochodów, i pole obsadzone fasolą. Zasiadamy na oszklonej werandce i wcinamy jajecznicę. Na deser suszone morele, migdały i kieliszek miejscowego specjału - wina anguri z czarnych winogron (smakuje jak samogon).

Przed wieczorem proponujemy, by pójść na pudżę (modły) do świątyni buddyjskiej. Pudży dziś nie będzie, ale możemy obejrzeć gompę (świątynia). Oprowadza nas mnich, przyjaciel Gopiego. Dzisiaj używa się nowej dobudówki, stara część jest zamknięta na klucz. - Ponad tysiąc lat temu zbudował ją w jedną noc mnich o potężnej sile duchowej - opowiada nasz przewodnik, otwierając rzeźbione drzwi. - Został tu nawet ślad jego stopy. Wraz ze świątynią powstało pięć posągów Buddy.

Ale czas już na ceremonię w świątyni Kansuradźa. Na dziedzińcu zastajemy tłum ludzi i stos instrumentów: bębnów, rogów, trąbek. Gopi i Doktor wszystko nam objaśniają. Otwierają się wrota świątyni i kilku mężczyzn wynosi posąg boga przymocowany do dwóch elastycznych drągów. Bóstwo składa się z wielkiej drewnianej "głowy" obitej złotymi i srebrnymi blaszkami oraz opadających na wszystkie strony sznurków z czarnej wełny (przypominają dredy). Mężczyźni, trzymając za drągi, wprawiają statuę w ruch - można z niego wyczytać, co mówi Kansuradź. A oto pośrednik, któremu mieszkańcy przekazują prośby i życzenia, on z kolei przekazuje je bogu. Jeśli ten podskakuje wysoko i przechyla się w lewo - prośba zostanie wysłuchana, jeśli w prawo - bóstwo jest nieprzychylne.

Grają trąby, dudnią bębny. Nagle z ciemności wyłania się szaman. Wpada w trans, konwulsyjnymi ruchami rozdziera szaty. W jego ciało wstępuje bóg, za chwilę jego ustami wypowie proroctwo dla wioski. Wróżba jest pomyślna!

Potem następuje ofiara z wina i surowego ciasta, która odwraca uwagę demonów. Anguri leje się strumieniami. Wszyscy są już nieźle podchmieleni. Co chwila błyska flesz - to Krzysiek szaleje z aparatem. Nocą Gopi i Doktor odprowadzają nas do hotelu. Gdy idziemy w ciemnościach, wiatr owiewa mi twarz i czuję, że policzki mam mokre od łez ".

Marzyłam, by wrócić do Kinnauru i po ośmiu latach - w 2006 r. - znów tu jestem. Ukoronowaniem podróży sentymentalnej ma być oczywiście Ribba. Czy spotkam Gopiego, Doktora i szamana? Czy wręczę im grubą kopertę ze zdjęciami, która ciąży mi w plecaku? Zamykam pamiętnik, bo autobus staje i kilka osób wysiada. - Nako? - upewniam się u kierowcy.

***

Nako to jedna z najwyżej położonych wiosek w Kinnaurze (3663 m), październikowe noce są tu lodowate (najpierw sprawdzam, czy w hotelu mają grube kołdry). Domy zbudowane są nie z drewna, ale z kamienia. Nie ma drzew owocowych - jest na nie za wysoko i za zimno. O tym, że jesteśmy jednak w Kinnaurze, świadczy thepang, który noszą tu wszyscy. Tak w dialekcie kinnauri nazywa się typowe dla regionu nakrycie głowy - niezwykle twarzowe, w kształcie rondla, z szarej wełny, z zielonym (rzadziej bordowym) aksamitnym otokiem.

Domy - jak w Ladakhu czy Tybecie - mają bielone ściany i płaskie dachy. Z suszącego się na nich łajna sterczą... anteny satelitarne. Uliczkami chodzą owce, kozy, krowy i konie. Furkocą buddyjskie flagi, na każdym rogu można zakręcić młynkiem modlitewnym. Na większych placach usypano góry z głazów i kamiennych płyt z wyrytymi mantrami - to jedna z wielu form stupy (w buddyzmie sakralna budowla pełniąca funkcję kapliczki bądź relikwiarza).

Krążąc po wsi, trafiam do małej gompy otoczonej flagami. W środku stary młyn modlitewny i posążki Buddów z katakami na ramionach. U powały wiszą suche bukiety ziół. Na ścianach zatarte, zniszczone freski.

Jak chce legenda, tę i trzy inne świątynie wybudował tu w XI w. Rinchen Zangpo - nauczyciel, tłumacz tekstów buddyjskich z sanskrytu na tybetański i budowniczy 108 klasztorów w Zachodnim Tybecie. Innej świątyni patronuje bóg Purgyal, który mieszka na szczycie pobliskiej góry Leo Purgyal, najwyższej w stanie Himaćal Pradeś (6816 m, właśc. Reo Purgyal, nazwa została przekręcona przez brytyjskiego pisarza i wspinacza Marco Pallisa, który w 1933 r. pierwszy wszedł na szczyt, i przyjęła się w niepoprawnej wersji). Purgyal również miał swoje medium-wyrocznię, tzw. mali. Mężczyzna umarł jednak wiele lat temu, nie pozostawiając następcy.

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

  • hotele
  • loty
  • Oferty Booking.com
  • Oferty FRU.PL

Podróże.gazeta.pl na Facebooku

Aktualna oferta