Laos - Indochiny wzywają
10.05.2010
, aktualizacja: 06.05.2010 14:57
Serce zostało w... trzech różnych miejscach. Na pewno w Laosie - podróż do Indochin była jedną z moich pierwszych dalekich wypraw. Opowiada Joanna Lamparska, dziennikarka, autorka "przewodników innych niż wszystkie" o Dolnym Śląsku
Najbardziej urzekła mnie surowość gór. Raz podróżowałam czymś na kształt drewnianej budki na kółkach, wśród kaczek i kurczaków oznaczonych kolorami, żeby odróżnić, które do kogo należą. Tubylcy brali przed podróżą aviomarin, ale niestety i tak niektórzy mieli problemy, więc z tyłu jechał pan z wiadrem gotowy w każdej chwili posprzątać.
Ogromny sentyment mam do Rumunii. Pierwszy raz pojechałam tam przygotować reportaż dla "National Geographic" o Wesołym Cmentarzu w Sapancie w regionie Marmarosz. To słynna nekropolia, na której miejscowy artysta Ioan Stan Patras umieścił na nagrobkach zabawne wierszyki i kolorowe płaskorzeźby ilustrujące życie lub śmierć zmarłych. Poznałam tam niezwykłych ludzi, m.in. sołtysową Marię Stetca. Co rano pędziła do biura w butach na niebotycznie wysokich obcasach, ale po godzinach chodziła w pięknym ludowym stroju, jej mama tkała kilimy, razem robiły sery.
Ciągle jednak najbardziej niezwykły jest dla mnie Dolny Śląsk. Uwielbiam Dolinę Królów - zagłębie zamków i pałaców, niegdyś ulubione miejsce wypoczynku pruskiej arystokracji. Moim najukochańszym miejscem są Rudawy Janowickie - wkrótce zamierzam się przenieść w te okolice. Lubię zamek Bolczów - podobno ukazuje się tam duch kapelana, który nie chcąc dostać się do niewoli szwedzkiej, wyskoczył przez okno. Mówią też, że w podziemiach ukryto skarby. Rudawy Janowickie są pełne fantazyjnych opowieści o świętym Graalu, o templariuszach, o złotym ośle, który czeka na uczciwego odkrywcę. Często zaglądam do wioski Miedzianka, w której wydobywano uran - aż 600 ton tej rudy wywieziono po wojnie do Związku Radzieckiego. W latach 70. wieś wysadzono w powietrze pod pretekstem, że od działalności górniczej miasteczku grozi zawalenie. Dziś stoi tu tylko kościół i kilka domów.
Świat jest...
pełen magii, legend, tajemnic i ludzi z fantazją. Od zawsze pociągały mnie rzeczy sekretne. Na Hawajach poznałam dawne wierzenia wyspiarzy zwane huną i mieszkałam u ludzi, dla których rozmowy ze zmarłymi to codzienność. Krążę przez cały czas wokół zamku Grodno w Zagórzu Śląskim, pod którym z całą pewnością są jeszcze niezbadane podziemia.
Zabawna przygoda miała miejsce...
w zamku Grodno, gdzie z miesięcznikiem "Focus" kręciliśmy materiał o duchach. Podobno w jednej z sal niektórzy słyszeli płacz dziecka, okno potrafiło się ni stąd, ni zowąd zatrzasnąć, skrzypiały schody. Chcieliśmy to sprawdzić. Razem z ekipą pojechała jasnowidząca i 11-letnia córeczka naszego operatora z TVN - niesamowita dziewczynka o wielkich oczach i długich włosach, z "Przewodnikiem młodej wiedźmy" pod pachą. Stoimy w sali, w której ponoć straszy, jasnowidząca opiera się rękami o ścianę i ma wizję: "Czuję obecność czteroletniej dziewczynki, dotykają ją męskie ręce" - mówi przejęta. I w tym momencie słyszymy za plecami grobowy głos: "Moim zdaniem dziecko ma osiem lat", i widzimy przechodzącą przez korytarz córkę naszego operatora. Jasnowidząca bardzo się przestraszyła, a my śmialiśmy się do rozpuku.
Największy skarb, jaki odkryłam...
Nie wszystko złoto, co się świeci. Kiedyś trafił do mnie pan z zawiniętym w chustkę orzełkiem ze średniowiecznej złotej korony - częścią słynnego skarbu odnalezionego w Środzie Śląskiej w latach 1985-86. Za tego orzełka można by kupić domek z ogródkiem, ale nie zrobił na mnie żadnego wrażenia...
Prawdziwe emocje czuję wtedy, gdy przeglądam stare dokumenty. Leszek Zwirełło, niestrudzony archiwista, udostępnił mi materiały dotyczące losów słynnego Serwisu Łabędziego, na który składało się 2200 talerzyków, waz, nelsonek i miseczek. "Łabędzie" do 1945 r. znajdowały się w pałacu w Brodach. Z dokumentów wynika, że gdyby nie opieszałość polskich władz w 1945 r., to niezwykłe dzieło sztuki przetrwałoby do dziś. A tak serwis rozkradziono, wazy dla zabawy rozjeżdżali pijani traktorzyści.
Podróżniczym odkryciem...
jest dla mnie Kreta. Pojechaliśmy tam na "mieszczański" urlop poza sezonem, żeby się zrelaksować. Trochę się bałam miejsca, gdzie biura podróży pchają większość swoich klientów. Ale wróciłam oczarowana. Zaprzyjaźniliśmy się z panem Petrosem, którego mama robiła kiedyś catering dla ekipy "Greka Zorby". Jako mały chłopiec Petros uciekał ze szkoły i zakradał się na plan zdjęciowy, żeby podglądać aktorkę Irenę Papas, w której się podkochiwał. Raz nawet łowił ryby z Anthonym Quinnem. Dziś jest nobliwym, starszym panem, bardzo dumnym i przystojnym. Prowadzi knajpkę U Mamy.
Ogromny sentyment mam do Rumunii. Pierwszy raz pojechałam tam przygotować reportaż dla "National Geographic" o Wesołym Cmentarzu w Sapancie w regionie Marmarosz. To słynna nekropolia, na której miejscowy artysta Ioan Stan Patras umieścił na nagrobkach zabawne wierszyki i kolorowe płaskorzeźby ilustrujące życie lub śmierć zmarłych. Poznałam tam niezwykłych ludzi, m.in. sołtysową Marię Stetca. Co rano pędziła do biura w butach na niebotycznie wysokich obcasach, ale po godzinach chodziła w pięknym ludowym stroju, jej mama tkała kilimy, razem robiły sery.
Ciągle jednak najbardziej niezwykły jest dla mnie Dolny Śląsk. Uwielbiam Dolinę Królów - zagłębie zamków i pałaców, niegdyś ulubione miejsce wypoczynku pruskiej arystokracji. Moim najukochańszym miejscem są Rudawy Janowickie - wkrótce zamierzam się przenieść w te okolice. Lubię zamek Bolczów - podobno ukazuje się tam duch kapelana, który nie chcąc dostać się do niewoli szwedzkiej, wyskoczył przez okno. Mówią też, że w podziemiach ukryto skarby. Rudawy Janowickie są pełne fantazyjnych opowieści o świętym Graalu, o templariuszach, o złotym ośle, który czeka na uczciwego odkrywcę. Często zaglądam do wioski Miedzianka, w której wydobywano uran - aż 600 ton tej rudy wywieziono po wojnie do Związku Radzieckiego. W latach 70. wieś wysadzono w powietrze pod pretekstem, że od działalności górniczej miasteczku grozi zawalenie. Dziś stoi tu tylko kościół i kilka domów.
Świat jest...
pełen magii, legend, tajemnic i ludzi z fantazją. Od zawsze pociągały mnie rzeczy sekretne. Na Hawajach poznałam dawne wierzenia wyspiarzy zwane huną i mieszkałam u ludzi, dla których rozmowy ze zmarłymi to codzienność. Krążę przez cały czas wokół zamku Grodno w Zagórzu Śląskim, pod którym z całą pewnością są jeszcze niezbadane podziemia.
Zabawna przygoda miała miejsce...
w zamku Grodno, gdzie z miesięcznikiem "Focus" kręciliśmy materiał o duchach. Podobno w jednej z sal niektórzy słyszeli płacz dziecka, okno potrafiło się ni stąd, ni zowąd zatrzasnąć, skrzypiały schody. Chcieliśmy to sprawdzić. Razem z ekipą pojechała jasnowidząca i 11-letnia córeczka naszego operatora z TVN - niesamowita dziewczynka o wielkich oczach i długich włosach, z "Przewodnikiem młodej wiedźmy" pod pachą. Stoimy w sali, w której ponoć straszy, jasnowidząca opiera się rękami o ścianę i ma wizję: "Czuję obecność czteroletniej dziewczynki, dotykają ją męskie ręce" - mówi przejęta. I w tym momencie słyszymy za plecami grobowy głos: "Moim zdaniem dziecko ma osiem lat", i widzimy przechodzącą przez korytarz córkę naszego operatora. Jasnowidząca bardzo się przestraszyła, a my śmialiśmy się do rozpuku.
Największy skarb, jaki odkryłam...
Nie wszystko złoto, co się świeci. Kiedyś trafił do mnie pan z zawiniętym w chustkę orzełkiem ze średniowiecznej złotej korony - częścią słynnego skarbu odnalezionego w Środzie Śląskiej w latach 1985-86. Za tego orzełka można by kupić domek z ogródkiem, ale nie zrobił na mnie żadnego wrażenia...
Prawdziwe emocje czuję wtedy, gdy przeglądam stare dokumenty. Leszek Zwirełło, niestrudzony archiwista, udostępnił mi materiały dotyczące losów słynnego Serwisu Łabędziego, na który składało się 2200 talerzyków, waz, nelsonek i miseczek. "Łabędzie" do 1945 r. znajdowały się w pałacu w Brodach. Z dokumentów wynika, że gdyby nie opieszałość polskich władz w 1945 r., to niezwykłe dzieło sztuki przetrwałoby do dziś. A tak serwis rozkradziono, wazy dla zabawy rozjeżdżali pijani traktorzyści.
Podróżniczym odkryciem...
jest dla mnie Kreta. Pojechaliśmy tam na "mieszczański" urlop poza sezonem, żeby się zrelaksować. Trochę się bałam miejsca, gdzie biura podróży pchają większość swoich klientów. Ale wróciłam oczarowana. Zaprzyjaźniliśmy się z panem Petrosem, którego mama robiła kiedyś catering dla ekipy "Greka Zorby". Jako mały chłopiec Petros uciekał ze szkoły i zakradał się na plan zdjęciowy, żeby podglądać aktorkę Irenę Papas, w której się podkochiwał. Raz nawet łowił ryby z Anthonym Quinnem. Dziś jest nobliwym, starszym panem, bardzo dumnym i przystojnym. Prowadzi knajpkę U Mamy.
- hotele
- loty
- Oferty Booking.com
- Oferty FRU.PL
Podróże.gazeta.pl na Facebooku
Aktualna oferta

Podróżuj z nami co tydzień.
Przykładowy newsletterZaplanuj wakacje
Polska na weekend
Kontakt z redakcją
- ul. Czerska 8/10
- 00-732 Warszawa
- redakcja.podroze@gazeta.pl
















