Szwajcaria na liście UNESCO. St. Gallen
26.04.2010
, aktualizacja: 22.04.2010 15:37
Szwajcarzy, jak mało kto, potrafią łączyć stare z nowym, co widać także w St. Gallen
ZOBACZ TAKŻE
- Obrazki z podróży - Szwajcaria. Z cyrku do igloo (01-03-10, 06:00)
- Polskie ślady w Szwajcarii. Fryburg - mosty nas Sariną (02-11-09, 15:43)
- Wakacje w Szwajcarii. Segwayem przez Locarno, hulajnogą po Bernie (21-09-09, 06:00)
- Narty w Szwajcarii - Davos. Trzynastka daje w kość (02-02-09, 06:00)
- Alpy szwajcarskie z okien pociągu i autobusu (22-09-08, 06:00)
- Wakacje za miedzą. Czeska Szwajcaria (18-08-08, 06:00)
- Podróżując po Szwajcarii (18-04-08, 12:24)
- SZWAJCARIA (Konfederacja Szwajcarska) (28-03-08, 13:20)
- Szwajcaria. Kanton Ticino - w dolinie stu dolin (24-03-08, 06:00)
- Czekoladowa Szwajcaria (03-03-08, 06:00)
- Narty w Szwajcarii. Wallis (04-02-08, 06:00)
Pierwsze spojrzenie z peronu dworca (jest w samym centrum) i pierwsze rozczarowanie. Jak tu brzydko i szaro (ale to też wina pogody): stalowo-szklane klocki banków, plątanina torów tramwajowych. Wystarczy jednak skręcić za pierwszy róg, by zrozumieć, dlaczego w 1983 r. St. Gallen znalazło się na Liście Światowego Dziedzictwa Kulturowego UNESCO jako jeden z siedmiu szwajcarskich skarbów tej samej rangi. Jesteśmy w centrum północno-wschodniej Szwajcarii, między Jeziorem Bodeńskim (Constance, Bodensee) i Alpami, w pięknie położonym, choć zbudowanym na niepewnym, torfowym gruncie St. Gallen (www.st.gallen-bodensee.ch ). Dworzec i domy w jego okolicy stoją na palach, a niektóre z wielu świetnych restauracji mieszczą się na pierwszym piętrze, tzw. first floor restaurants.
***
Pierwsze zaskoczenie: czerwony samochód rzeźba stoi obok zwykłych samochodów na czerwonym chodniku, który prowadzi na Raiffeisenplatz - też czerwony. Na placu drzewo, pod nim tablica poświęcona Friedrichowi Wilhelmowi Raiffeisenowi (1818-88, założyciel pierwszego spółdzielczego banku pożyczkowego) i czerwone kształty w połowie przykryte białymi czapami śniegu: rozpoznaję ławki, stoły, łóżka, krzesła, fontanna. Nad placem (4103 m kw.) i bocznymi uliczkami unoszą się jakby duże chmury o nieregularnych, choć prawie okrągłych kształtach - to lampy, które świecąc, zmieniają kolory. Po tym czerwonym dywanie bardzo wygodnie się chodzi - zrobiony z tartanu, jest gładki, nie śliski, powoduje, że pięknieje nawet znajdujący się tu Raiffeisen Bank. Jesteśmy na Stadtlounge - w części miasta przeznaczonej tylko dla pieszych. To cudo zaprojektowała w 2005 r. Pipilotti Rist we współpracy z hiszpańskim artystą i architektem Carlosem Martinezem. To jeden z najbardziej ambitnych projektów non-video światowej sławy artystki wideo (ur. 1962 r. w Grabs w kantonie St. Gallen), z którego jest bardzo dumna. Dzięki Pipilotti senne St. Gallen zmieniło się w gigantyczny plac zabaw. W stworzonej przez nią przestrzeni publicznej możemy poczuć się jak w swoim domu. Latem przychodzą tu mieszkańcy: młodzi, starsi, dzieci, i na pewno czują się świetnie (z żalem pomyślałam o Dotleniaczu Joanny Rajkowskiej na pl. Grzybowskim, który tylko przez jedno lato umilał życie warszawiakom...).
Będąc tu, warto zajrzeć do banku. W holu zobaczymy wall drawings Sola LeWitta, zmarłego w 2007 r. wybitnego konceptualisty amerykańskiego (ur. 1928). Artysty niezwykle płodnego, twórcy m.in. 1200 wall drawings, setek rysunków i rzeźb - nazywał je "structures", a nie "sculptures". Przed ratuszem w Altonie, dzielnicy Hamburga stoi jego "struktura" "Black Form Dedicated to the Missing Jews" z 1987 r.
W zalanym światłem holu kolorowe - żółto-zielono-pomarańczowo-granatowe ogromne obrazy LeWitta wprowadzają radosny, lekki nastrój. Rysował je bezpośrednio na ścianach, używając grafitu, kolorowych ołówków, kredek i kredy. W banku trwa właśnie przerwa na lunch. Dla pracujących tu ludzi obecność tych dzieł jest czymś zwykłym, piją kawę, stojąc przy stolikach ustawionych przed dziełem LeWitta (jest ich więcej w innych pomieszczeniach).
Przez wielką szybę widać jedną z chmur Pipilotti zawieszoną nad piękną synagogą w stylu mauretańsko-bizantyjskim. Zbudowana w 1880 r. przez architektów Chiodera & Tschudi, zachowała się w oryginalnym stanie jako jedyna w regionie Jeziora Bodeńskiego. Dwa piętra zwieńczone pięcioma kopułami (jedna główna i cztery narożne) przedziela ozdobny gzyms o motywach geometrycznych. Okna w formie gotyckiego maswerku, nad dwoma wejściami łuki w kształcie podkowy. Pierwotnie fasada była pomalowana w paski, dzisiaj (pewnie po remoncie z 1973 r.) jest jednolita. W środku zachowały się oryginalne malowidła. Żydowska społeczność w St. Gallen liczy 133 osoby (na ponad 70 tys. mieszkańców).
***
Wszystkie wyjścia z czerwonego placu prowadzą w głąb starówki. I tu kolejne zaskoczenie - z większości fasad wystają ozdobne wykusze (ang. oriels, niem. Erker) oparte na równie ozdobnych podpórkach (konsolach) - każdy piękny, każdy inny. A jest ich 111! Kamienice w stylu art nouveau (Jungstile) budowali bogaci tkacze, dzięki którym sto lat temu St. Gallen było światową stolicą przemysłu włókienniczego, produkując i eksportując piękne, haftowane tkaniny, głównie do Ameryki. Dlatego też domy noszą takie nazwy, jak: Washington, Oceanic, Atlantic czy Pacific. Spacer po Spisergasse, Kügelgasse, Marktgasse i Schmiedgasse może trwać w nieskończoność. Nie wiadomo, na co najpierw patrzeć: tu wykusz z pelikanem, tam z wielbłądem, obok z łabędziem. Kilka wykuszy zdobi Merkury, bóg handlu, zawsze zwrócony twarzą w kierunku dworca kolejowego. Na kamienicy Oceanic fryz pod wykuszem przedstawia pięć moir przędzących złotą nić ludzkiego życia. Zaczyna młoda kobieta z dzieckiem (pierwsza po prawej), a kończy, już jako staruszka, przecinając nić...
Z kolei wzdłuż Gallusstrasse ramię w ramię stoją półdrewniane średniowieczne domki, barokowe kamienice i jungstilowe wille. Równie bajecznie jak w dzień, wyglądają wieczorem w ciepłym świetle latarni.
Multergasse dochodzimy do skrzyżowania z Vadianstrasse, gdzie w pięknym, czerwonym budynku z końca XIX w., zwanym Palazzo Rosso (czy był inspiracją dla czerwonego placu Pipilotti?), można dowiedzieć się wszystkiego o bogatej, tekstylnej przeszłości St. Gallen, począwszy od średniowiecza. Ale w Textilmuseum (www.textilmuseum.ch ) zobaczymy też wystawę współczesnych materiałów, haftów, koronkowej bielizny, m.in. najnowsze osiągnięcie technologii - koszulkę, która co godzina przekazuje ciału dawkę witaminy C (podobno nawet po praniu). Bo choć wysokie podatki i ekspansja Chińczyków spowodowały, że dziś produkuje się w mieście zaledwie 0,5 proc. tkanin (w najlepszych latach 50 proc. produkcji światowej), tutejsze, bardzo drogie wyroby mają wysoką markę, zamawiają je m.in. ekskluzywne domy mody w Paryżu, Nowym Jorku czy Tokio. W jednej z gablot wisi zdjęcie Michelle Obamy w haftowanej sukni z St. Gallen, w której wystąpiła na inauguracji prezydentury męża Baracka 20 stycznia 2009 r. Oglądałam też wystawę oryginalnych, ekstrawaganckich projektów studentów genewskiej Haute École d'Art et de Design i Wyższej Szkoły Pedagogicznej w St. Gallen oraz zaprojektowane, także przez studentów, kolorowe, lekkie i pomysłowe ubrania dla personelu ekipy, która będzie obsługiwać Szwajcarski Pawilon na Expo 2010 w Singapurze.
W Textilmuseum można też obejrzeć bardzo oryginalną bibliotekę, która gromadzi, oprawione jak książki, wzory tkanin, koronek i haftów, tych sprzed 120 lat i współczesnych (copy write 30 lat).
***
Ale to inna biblioteka - byłego klasztoru Benedyktynów w St. Gallen (Stiftsbibliothek), jedna z najstarszych i najpiękniejszych na świecie - jest na liście UNESCO (www.stifsbibliothek.ch ). Pielgrzymują do niej uczeni z całego świata, by w cudownym, rokokowym wnętrzu studiować średniowieczne rękopisy, których jest tu 2100, w tym 400 sprzed 1000 roku, m.in. przepięknie iluminowane manuskrypty irlandzkie, karolińskie, renesansowe. Dzięki Andrew W. Mellon Fundation, która przekazała bibliotece 2 mln dol. na komputeryzację zbiorów, 307 rękopisów istnieje także w formie zdigitalizowanej. Wśród ponad 160 tys. woluminów jest również 1650 inkunabułów.
Nigdy nie widziałam piękniejszej biblioteki! Do bardzo wysokiego (7,3 m), pokrytego drewnem wnętrza pada światło z wąskich okien. Na suficie freski przedstawiające cztery pierwsze ekumeniczne sobory, dzieło Josefa Wannenmachera. Wszystkie ściany wypełniają regały pełne książek - jest ich tutaj 30 tys. Katalogi schowane są w kolumnach oddzielających regały. Nad wejściem do zbudowanego w 1758 r. holu dwaj aniołowie (w sali jest ich jeszcze dwudziestu) trzymają napis po grecku: "Psyches iatreion" (w wolnym tłumaczeniu: "Apteka dla duszy"). W holu wielki globus z mapą Merkatora z 1569 r., na której są także gwiazdy i znaki Zodiaku. Stoi tu dopiero od roku i jest repliką oryginału zabranego do Zurychu w czasie walk protestantów z katolikami w XVIII w.
W bardzo chłodnym pomieszczeniu trwa właśnie mała wystawa rękopisów i inkunabułów o metodach leczenia stosowanych przez mnichów. W tyle sali eksponat z całkiem innej bajki - w drewnianym sarkofagu spoczywa egipska mumia z 700 r. p.n.e. Obok, w specjalnej gablocie, plan klasztoru St. Gallen z 820 r. narysowany na pergaminie (112 x 77,5 cm) - jedyny zachowany plan architektoniczny na świecie sprzed XIII w. Są na nim nie tylko cele mnichów i opata, ale i budynki gospodarcze (obory, stodoły, warsztaty), szpital, cmentarz, ogrody. Szkoda, że ten plan prawdopodobnie nigdy nie został zrealizowany.
***
Chodźmy więc obejrzeć, jak wygląda największy skarb St. Gallen. Biblioteka przylega do katedry Sant Gallus i Otmar oraz do wielkiego założenia klasztornego (obecnie urzędy miejskie). W VII w. była tu tylko pustelnia wędrownego irlandzkiego mnicha Gallusa. Według legendy pomógł mu ją zbudować niedźwiedź, na którego przyszły święty natknął się znienacka w kolczastych krzakach. Zapędził zwierzę do pracy, a po jej skończeniu nakarmił chlebem i wymógł na nim obietnicę, że więcej się w tym miejscu nie pokaże. Niedźwiedziowi opłaciło się to spotkanie - dziś jest w herbie St. Gallen.
100 lat po śmierci Gallusa (ok. 720 r.) niemiecki mnich Otmar zbudował na miejscu pustelni opactwo benedyktyńskie i nazwał je Abbey St. Gallen. Przechodziło różne koleje losu, a w czasie reformacji było ostoją katolicyzmu w mieście. I tak było aż do 1805 r., kiedy klasztor zamknięto, a mnichów wypędzono (obecna diecezja powstała w połowie XIX w.). Przez wieki benedyktyni zgromadzili niezmierne bogactwa i uczynili z klasztoru centrum nauk wszelakich.
Bogactwo widać do dzisiaj. W niewielkim St. Gallen, stolicy kantonu o tej samej nazwie, opactwo jest jak miasto w mieście - pod koniec średniowiecza było klasztornym państwem (monastery state). Otoczyło się wysokim murem z ośmioma bramami, z których została tylko jedna - XVI-wieczny Karlstor - przejeżdżali przez nią opaci, gdy odwiedzali poddanych w swoich rozległych wiejskich posiadłościach.
Piękna jest też późnobarokowa katedra (1735-77), której budowę nadzorował austriacki mistrz Johann Michael Beer von Bildestein. Przyporowa, z rotundą, po obu stronach fasady dwie 68-metrowe wieże. Jasnozielone, wydłużone wnętrze po prostu oszałamia! Panuje w nim atmosfera niebiańskiego spokoju. Nie przytłacza, choć pełno tu barokowych dzieł sztuki. Na suficie rotundy bajeczne malowidło przedstawiające raj i osiem błogosławieństw. Zwieńczenia kolumn zdobią urocze, koronkowe stiuki w kolorze malachitu (dzieło braci Johanna i Mathiasa Giglów). Wyjątkowo piękne są stalle z drzewa orzechowego, podobnie jak kilka konfesjonałów (one najbardziej mi się podobały). Zegar w głównym ołtarzu (rzadkość) przypomina o szybko mijającym życiu ziemskim. Obok siedzi św. Gallus z niedźwiedziem u stóp, nad nim wisi długi dzwonek (podobno autentyczny), którym założyciel St. Gallen zwoływał braci zakonników na modły.
***
Następnego dnia jeszcze raz wpadłam do przyciągającej mnie w dziwny sposób katedry. Wydała mi się jeszcze piękniejsza... Chciałam też zobaczyć inne - obok projektu Pipilotti Rist - współczesne akcenty w mieście Gallusa. Ich twórcą jest jeden z moich ulubionych architektów - Hiszpan Santiago Calatrava (ur. 1951), mający pracownie w Paryżu, Walencji i (główną) w Zurychu. Jego dzieła - mosty, dworce, muzea, stadiony, rzeźby - są rozrzucone po całym świecie. W St. Gallen na przełomie 1998/99 r. Calatrava zaprojektował wejście do Pfalzkeller - piwnic dawnego klasztoru Benedyktynów. Poszerzył je, zamieniając w pomieszczenia konferencyjne, sale bankietowe i wykładowe. Wejście do nich to wielka, ażurowa brama z metalu, która (otwarta) może się kojarzyć ze szczękami rekina. Kiedy jest zamknięta (a była, niestety), trochę wystaje nad powierzchnię dziedzińca klasztornego, przypominając gigantyczny wachlarz.
Z dziedzińca klasztornego w pięć minut dojdziemy do 24-godzinnego centrum bezpieczeństwa kantonu St. Gallen (Emergency Services Centre). Podziemny budynek na Moosbruggstrasse (nie można doń wejść, mieści tajne urządzenia elektroniczne) Calatrava zbudował w 1998 r., nakrywając go falistym, przełamanym dachem (waży ok. 2 ton) ze szkła o grubości 7 cm. Jego kształt jednym kojarzy się z muszlą, innym - z okiem. Otacza go wysoki mur porośnięty powojem.
A pierwszym dziełem Hiszpana w St. Gallen był przystanek tramwajowy na Markt Platz z 1996 r. Pod stalowym dachem 40-metrowej długości mieszczą się dwa rzędy siedzeń dla czekających pasażerów. Skrzydła dachu, oparte na zaokrąglonych łukach, sięgają ziemi. Kiedy tramwaje wjeżdżają pod ten przystanek, wydają się malutkie jak zabawki...
St. Gallen uchodzi za kosmopolityczną stolicę kuchni. Sławne kiełbaski St. Gallen Bratwurst do dziś robi się według przepisu z 1438 r. Pyszne jest St. Gallen Biber - ciasto nadziewane miodem i marcepanem. Tylko na Starym Mieście znajdziemy osiem znakomitych restauracji, tych "na pierwszym piętrze", w tym Zum Goldenem Schäfli na Metzgergasse 5, gdzie jadłam bardzo dobrą kolację z miejscowym winem. Niski sufit z grubych belek, małe okna z białymi zazdrostkami, dyskretna obsługa. Są też cztery tzw. historyczne restauracje, a z kuchnią szwajcarską - aż 26. Ponadto greckie, tajskie, chińskie, jedna wegetariańska, bary, bistra i kawiarnie.
***
Warto wiedzieć, że na lotnisku w Zurychu można odprawić się 24 godziny przed odlotem. Dzięki temu (samolot do Warszawy odlatywał po godz. 17), już bez bagażu, obejrzałam ciekawą wystawę w Muzeum Narodowym (Landesmuseum, www.landesmuseum.ch ) pt. „Historia Szwajcarii”. Po kilku dniach w tym kraju pomaga ona uporządkować siłą rzeczy chaotyczną i wyrywkową wiedzę na jego temat, gdyż w bardzo nowoczesny, multimedialny sposób pokazuje Szwajcarię, od początku istnienia do 1985 r. (szczyt Reagan - Gorbaczow). Wnętrze starego zamku znakomicie zaaranżowano na potrzeby wystawy. Centralne miejsce zajmuje ogromne, wolno obracające się koło z okrągłymi dziurami, ozdobione alpejskimi szarotkami. Dziury w tym „serze" zapełniają przedmioty i postaci nieodparcie kojarzące się ze Szwajcarią: rogi alpejskie, Heidi z warkoczykami, wielkie dzwonki wieszane na szyjach krów itp.
W warstwie historycznej więcej się po tej wystawie spodziewałam, zwłaszcza na temat roli Szwajcarii w II wojnie światowej, co ciągle wydaje się tematem tabu. Zobaczyłam flagę szwajcarską rozdartą na pół przez żołnierzy radzieckich w Berlinie w kwietniu 1945 r. W części poświęconej sprawie żydowskiej (najmniej wyjaśnionej) przeczytałam o Gertrudzie i Karlu Lutzach, którzy ocalili 62 tys. Węgrów pochodzenia żydowskiego przed deportacją do nazistowskich obozów zagłady.
Okazało się też, że pierwszym sławnym imigrantem szwajcarskim był... homo sapiens z Afryki sprzed 100 tys. lat (czaszka do obejrzenia w szklanej gablocie). Podróże kształcą...
***
Pierwsze zaskoczenie: czerwony samochód rzeźba stoi obok zwykłych samochodów na czerwonym chodniku, który prowadzi na Raiffeisenplatz - też czerwony. Na placu drzewo, pod nim tablica poświęcona Friedrichowi Wilhelmowi Raiffeisenowi (1818-88, założyciel pierwszego spółdzielczego banku pożyczkowego) i czerwone kształty w połowie przykryte białymi czapami śniegu: rozpoznaję ławki, stoły, łóżka, krzesła, fontanna. Nad placem (4103 m kw.) i bocznymi uliczkami unoszą się jakby duże chmury o nieregularnych, choć prawie okrągłych kształtach - to lampy, które świecąc, zmieniają kolory. Po tym czerwonym dywanie bardzo wygodnie się chodzi - zrobiony z tartanu, jest gładki, nie śliski, powoduje, że pięknieje nawet znajdujący się tu Raiffeisen Bank. Jesteśmy na Stadtlounge - w części miasta przeznaczonej tylko dla pieszych. To cudo zaprojektowała w 2005 r. Pipilotti Rist we współpracy z hiszpańskim artystą i architektem Carlosem Martinezem. To jeden z najbardziej ambitnych projektów non-video światowej sławy artystki wideo (ur. 1962 r. w Grabs w kantonie St. Gallen), z którego jest bardzo dumna. Dzięki Pipilotti senne St. Gallen zmieniło się w gigantyczny plac zabaw. W stworzonej przez nią przestrzeni publicznej możemy poczuć się jak w swoim domu. Latem przychodzą tu mieszkańcy: młodzi, starsi, dzieci, i na pewno czują się świetnie (z żalem pomyślałam o Dotleniaczu Joanny Rajkowskiej na pl. Grzybowskim, który tylko przez jedno lato umilał życie warszawiakom...).
Będąc tu, warto zajrzeć do banku. W holu zobaczymy wall drawings Sola LeWitta, zmarłego w 2007 r. wybitnego konceptualisty amerykańskiego (ur. 1928). Artysty niezwykle płodnego, twórcy m.in. 1200 wall drawings, setek rysunków i rzeźb - nazywał je "structures", a nie "sculptures". Przed ratuszem w Altonie, dzielnicy Hamburga stoi jego "struktura" "Black Form Dedicated to the Missing Jews" z 1987 r.
W zalanym światłem holu kolorowe - żółto-zielono-pomarańczowo-granatowe ogromne obrazy LeWitta wprowadzają radosny, lekki nastrój. Rysował je bezpośrednio na ścianach, używając grafitu, kolorowych ołówków, kredek i kredy. W banku trwa właśnie przerwa na lunch. Dla pracujących tu ludzi obecność tych dzieł jest czymś zwykłym, piją kawę, stojąc przy stolikach ustawionych przed dziełem LeWitta (jest ich więcej w innych pomieszczeniach).
Przez wielką szybę widać jedną z chmur Pipilotti zawieszoną nad piękną synagogą w stylu mauretańsko-bizantyjskim. Zbudowana w 1880 r. przez architektów Chiodera & Tschudi, zachowała się w oryginalnym stanie jako jedyna w regionie Jeziora Bodeńskiego. Dwa piętra zwieńczone pięcioma kopułami (jedna główna i cztery narożne) przedziela ozdobny gzyms o motywach geometrycznych. Okna w formie gotyckiego maswerku, nad dwoma wejściami łuki w kształcie podkowy. Pierwotnie fasada była pomalowana w paski, dzisiaj (pewnie po remoncie z 1973 r.) jest jednolita. W środku zachowały się oryginalne malowidła. Żydowska społeczność w St. Gallen liczy 133 osoby (na ponad 70 tys. mieszkańców).
***
Wszystkie wyjścia z czerwonego placu prowadzą w głąb starówki. I tu kolejne zaskoczenie - z większości fasad wystają ozdobne wykusze (ang. oriels, niem. Erker) oparte na równie ozdobnych podpórkach (konsolach) - każdy piękny, każdy inny. A jest ich 111! Kamienice w stylu art nouveau (Jungstile) budowali bogaci tkacze, dzięki którym sto lat temu St. Gallen było światową stolicą przemysłu włókienniczego, produkując i eksportując piękne, haftowane tkaniny, głównie do Ameryki. Dlatego też domy noszą takie nazwy, jak: Washington, Oceanic, Atlantic czy Pacific. Spacer po Spisergasse, Kügelgasse, Marktgasse i Schmiedgasse może trwać w nieskończoność. Nie wiadomo, na co najpierw patrzeć: tu wykusz z pelikanem, tam z wielbłądem, obok z łabędziem. Kilka wykuszy zdobi Merkury, bóg handlu, zawsze zwrócony twarzą w kierunku dworca kolejowego. Na kamienicy Oceanic fryz pod wykuszem przedstawia pięć moir przędzących złotą nić ludzkiego życia. Zaczyna młoda kobieta z dzieckiem (pierwsza po prawej), a kończy, już jako staruszka, przecinając nić...
Z kolei wzdłuż Gallusstrasse ramię w ramię stoją półdrewniane średniowieczne domki, barokowe kamienice i jungstilowe wille. Równie bajecznie jak w dzień, wyglądają wieczorem w ciepłym świetle latarni.
Multergasse dochodzimy do skrzyżowania z Vadianstrasse, gdzie w pięknym, czerwonym budynku z końca XIX w., zwanym Palazzo Rosso (czy był inspiracją dla czerwonego placu Pipilotti?), można dowiedzieć się wszystkiego o bogatej, tekstylnej przeszłości St. Gallen, począwszy od średniowiecza. Ale w Textilmuseum (www.textilmuseum.ch ) zobaczymy też wystawę współczesnych materiałów, haftów, koronkowej bielizny, m.in. najnowsze osiągnięcie technologii - koszulkę, która co godzina przekazuje ciału dawkę witaminy C (podobno nawet po praniu). Bo choć wysokie podatki i ekspansja Chińczyków spowodowały, że dziś produkuje się w mieście zaledwie 0,5 proc. tkanin (w najlepszych latach 50 proc. produkcji światowej), tutejsze, bardzo drogie wyroby mają wysoką markę, zamawiają je m.in. ekskluzywne domy mody w Paryżu, Nowym Jorku czy Tokio. W jednej z gablot wisi zdjęcie Michelle Obamy w haftowanej sukni z St. Gallen, w której wystąpiła na inauguracji prezydentury męża Baracka 20 stycznia 2009 r. Oglądałam też wystawę oryginalnych, ekstrawaganckich projektów studentów genewskiej Haute École d'Art et de Design i Wyższej Szkoły Pedagogicznej w St. Gallen oraz zaprojektowane, także przez studentów, kolorowe, lekkie i pomysłowe ubrania dla personelu ekipy, która będzie obsługiwać Szwajcarski Pawilon na Expo 2010 w Singapurze.
W Textilmuseum można też obejrzeć bardzo oryginalną bibliotekę, która gromadzi, oprawione jak książki, wzory tkanin, koronek i haftów, tych sprzed 120 lat i współczesnych (copy write 30 lat).
***
Ale to inna biblioteka - byłego klasztoru Benedyktynów w St. Gallen (Stiftsbibliothek), jedna z najstarszych i najpiękniejszych na świecie - jest na liście UNESCO (www.stifsbibliothek.ch ). Pielgrzymują do niej uczeni z całego świata, by w cudownym, rokokowym wnętrzu studiować średniowieczne rękopisy, których jest tu 2100, w tym 400 sprzed 1000 roku, m.in. przepięknie iluminowane manuskrypty irlandzkie, karolińskie, renesansowe. Dzięki Andrew W. Mellon Fundation, która przekazała bibliotece 2 mln dol. na komputeryzację zbiorów, 307 rękopisów istnieje także w formie zdigitalizowanej. Wśród ponad 160 tys. woluminów jest również 1650 inkunabułów.
Nigdy nie widziałam piękniejszej biblioteki! Do bardzo wysokiego (7,3 m), pokrytego drewnem wnętrza pada światło z wąskich okien. Na suficie freski przedstawiające cztery pierwsze ekumeniczne sobory, dzieło Josefa Wannenmachera. Wszystkie ściany wypełniają regały pełne książek - jest ich tutaj 30 tys. Katalogi schowane są w kolumnach oddzielających regały. Nad wejściem do zbudowanego w 1758 r. holu dwaj aniołowie (w sali jest ich jeszcze dwudziestu) trzymają napis po grecku: "Psyches iatreion" (w wolnym tłumaczeniu: "Apteka dla duszy"). W holu wielki globus z mapą Merkatora z 1569 r., na której są także gwiazdy i znaki Zodiaku. Stoi tu dopiero od roku i jest repliką oryginału zabranego do Zurychu w czasie walk protestantów z katolikami w XVIII w.
W bardzo chłodnym pomieszczeniu trwa właśnie mała wystawa rękopisów i inkunabułów o metodach leczenia stosowanych przez mnichów. W tyle sali eksponat z całkiem innej bajki - w drewnianym sarkofagu spoczywa egipska mumia z 700 r. p.n.e. Obok, w specjalnej gablocie, plan klasztoru St. Gallen z 820 r. narysowany na pergaminie (112 x 77,5 cm) - jedyny zachowany plan architektoniczny na świecie sprzed XIII w. Są na nim nie tylko cele mnichów i opata, ale i budynki gospodarcze (obory, stodoły, warsztaty), szpital, cmentarz, ogrody. Szkoda, że ten plan prawdopodobnie nigdy nie został zrealizowany.
***
Chodźmy więc obejrzeć, jak wygląda największy skarb St. Gallen. Biblioteka przylega do katedry Sant Gallus i Otmar oraz do wielkiego założenia klasztornego (obecnie urzędy miejskie). W VII w. była tu tylko pustelnia wędrownego irlandzkiego mnicha Gallusa. Według legendy pomógł mu ją zbudować niedźwiedź, na którego przyszły święty natknął się znienacka w kolczastych krzakach. Zapędził zwierzę do pracy, a po jej skończeniu nakarmił chlebem i wymógł na nim obietnicę, że więcej się w tym miejscu nie pokaże. Niedźwiedziowi opłaciło się to spotkanie - dziś jest w herbie St. Gallen.
100 lat po śmierci Gallusa (ok. 720 r.) niemiecki mnich Otmar zbudował na miejscu pustelni opactwo benedyktyńskie i nazwał je Abbey St. Gallen. Przechodziło różne koleje losu, a w czasie reformacji było ostoją katolicyzmu w mieście. I tak było aż do 1805 r., kiedy klasztor zamknięto, a mnichów wypędzono (obecna diecezja powstała w połowie XIX w.). Przez wieki benedyktyni zgromadzili niezmierne bogactwa i uczynili z klasztoru centrum nauk wszelakich.
Bogactwo widać do dzisiaj. W niewielkim St. Gallen, stolicy kantonu o tej samej nazwie, opactwo jest jak miasto w mieście - pod koniec średniowiecza było klasztornym państwem (monastery state). Otoczyło się wysokim murem z ośmioma bramami, z których została tylko jedna - XVI-wieczny Karlstor - przejeżdżali przez nią opaci, gdy odwiedzali poddanych w swoich rozległych wiejskich posiadłościach.
Piękna jest też późnobarokowa katedra (1735-77), której budowę nadzorował austriacki mistrz Johann Michael Beer von Bildestein. Przyporowa, z rotundą, po obu stronach fasady dwie 68-metrowe wieże. Jasnozielone, wydłużone wnętrze po prostu oszałamia! Panuje w nim atmosfera niebiańskiego spokoju. Nie przytłacza, choć pełno tu barokowych dzieł sztuki. Na suficie rotundy bajeczne malowidło przedstawiające raj i osiem błogosławieństw. Zwieńczenia kolumn zdobią urocze, koronkowe stiuki w kolorze malachitu (dzieło braci Johanna i Mathiasa Giglów). Wyjątkowo piękne są stalle z drzewa orzechowego, podobnie jak kilka konfesjonałów (one najbardziej mi się podobały). Zegar w głównym ołtarzu (rzadkość) przypomina o szybko mijającym życiu ziemskim. Obok siedzi św. Gallus z niedźwiedziem u stóp, nad nim wisi długi dzwonek (podobno autentyczny), którym założyciel St. Gallen zwoływał braci zakonników na modły.
***
Następnego dnia jeszcze raz wpadłam do przyciągającej mnie w dziwny sposób katedry. Wydała mi się jeszcze piękniejsza... Chciałam też zobaczyć inne - obok projektu Pipilotti Rist - współczesne akcenty w mieście Gallusa. Ich twórcą jest jeden z moich ulubionych architektów - Hiszpan Santiago Calatrava (ur. 1951), mający pracownie w Paryżu, Walencji i (główną) w Zurychu. Jego dzieła - mosty, dworce, muzea, stadiony, rzeźby - są rozrzucone po całym świecie. W St. Gallen na przełomie 1998/99 r. Calatrava zaprojektował wejście do Pfalzkeller - piwnic dawnego klasztoru Benedyktynów. Poszerzył je, zamieniając w pomieszczenia konferencyjne, sale bankietowe i wykładowe. Wejście do nich to wielka, ażurowa brama z metalu, która (otwarta) może się kojarzyć ze szczękami rekina. Kiedy jest zamknięta (a była, niestety), trochę wystaje nad powierzchnię dziedzińca klasztornego, przypominając gigantyczny wachlarz.
Z dziedzińca klasztornego w pięć minut dojdziemy do 24-godzinnego centrum bezpieczeństwa kantonu St. Gallen (Emergency Services Centre). Podziemny budynek na Moosbruggstrasse (nie można doń wejść, mieści tajne urządzenia elektroniczne) Calatrava zbudował w 1998 r., nakrywając go falistym, przełamanym dachem (waży ok. 2 ton) ze szkła o grubości 7 cm. Jego kształt jednym kojarzy się z muszlą, innym - z okiem. Otacza go wysoki mur porośnięty powojem.
A pierwszym dziełem Hiszpana w St. Gallen był przystanek tramwajowy na Markt Platz z 1996 r. Pod stalowym dachem 40-metrowej długości mieszczą się dwa rzędy siedzeń dla czekających pasażerów. Skrzydła dachu, oparte na zaokrąglonych łukach, sięgają ziemi. Kiedy tramwaje wjeżdżają pod ten przystanek, wydają się malutkie jak zabawki...
St. Gallen uchodzi za kosmopolityczną stolicę kuchni. Sławne kiełbaski St. Gallen Bratwurst do dziś robi się według przepisu z 1438 r. Pyszne jest St. Gallen Biber - ciasto nadziewane miodem i marcepanem. Tylko na Starym Mieście znajdziemy osiem znakomitych restauracji, tych "na pierwszym piętrze", w tym Zum Goldenem Schäfli na Metzgergasse 5, gdzie jadłam bardzo dobrą kolację z miejscowym winem. Niski sufit z grubych belek, małe okna z białymi zazdrostkami, dyskretna obsługa. Są też cztery tzw. historyczne restauracje, a z kuchnią szwajcarską - aż 26. Ponadto greckie, tajskie, chińskie, jedna wegetariańska, bary, bistra i kawiarnie.
***
Warto wiedzieć, że na lotnisku w Zurychu można odprawić się 24 godziny przed odlotem. Dzięki temu (samolot do Warszawy odlatywał po godz. 17), już bez bagażu, obejrzałam ciekawą wystawę w Muzeum Narodowym (Landesmuseum, www.landesmuseum.ch ) pt. „Historia Szwajcarii”. Po kilku dniach w tym kraju pomaga ona uporządkować siłą rzeczy chaotyczną i wyrywkową wiedzę na jego temat, gdyż w bardzo nowoczesny, multimedialny sposób pokazuje Szwajcarię, od początku istnienia do 1985 r. (szczyt Reagan - Gorbaczow). Wnętrze starego zamku znakomicie zaaranżowano na potrzeby wystawy. Centralne miejsce zajmuje ogromne, wolno obracające się koło z okrągłymi dziurami, ozdobione alpejskimi szarotkami. Dziury w tym „serze" zapełniają przedmioty i postaci nieodparcie kojarzące się ze Szwajcarią: rogi alpejskie, Heidi z warkoczykami, wielkie dzwonki wieszane na szyjach krów itp.
W warstwie historycznej więcej się po tej wystawie spodziewałam, zwłaszcza na temat roli Szwajcarii w II wojnie światowej, co ciągle wydaje się tematem tabu. Zobaczyłam flagę szwajcarską rozdartą na pół przez żołnierzy radzieckich w Berlinie w kwietniu 1945 r. W części poświęconej sprawie żydowskiej (najmniej wyjaśnionej) przeczytałam o Gertrudzie i Karlu Lutzach, którzy ocalili 62 tys. Węgrów pochodzenia żydowskiego przed deportacją do nazistowskich obozów zagłady.
Okazało się też, że pierwszym sławnym imigrantem szwajcarskim był... homo sapiens z Afryki sprzed 100 tys. lat (czaszka do obejrzenia w szklanej gablocie). Podróże kształcą...
- hotele
- loty
- Oferty Booking.com
- Oferty FRU.PL
Podróże.gazeta.pl na Facebooku
Aktualna oferta

Podróżuj z nami co tydzień.
Przykładowy newsletterZaplanuj wakacje
Polska na weekend
Kontakt z redakcją
- ul. Czerska 8/10
- 00-732 Warszawa
- redakcja.podroze@gazeta.pl


















