Marek Tomalik, podróżnik, dziennikarz, menedżer zespołów rockowych ANKH i KusiCiele, współtwórca Festiwalu Podróżników "3 Żywioły"
20.04.2010
, aktualizacja: 15.04.2010 14:53
Serce zostało w... Australii. Pierwszy raz pojechałem tam 21 lat temu i spędziłem okrągły rok. To wtedy otworzyły mi się oczy na świat i postanowiłem zostać tzw. podróżnikiem
Od tego czasu wracałem do Australii sześciokrotnie. Np. w 2004 r. zorganizowałem wyprawę śladami Pawła Edmunda Strzeleckiego - trawersowaliśmy pustynię samochodami terenowymi, zahaczając o miejsca zbadane przez polskiego odkrywcę i te nazwane jego imieniem. W Australii poznałem m.in. Adama Murchę, z którym przyjaźnię się do dziś. Wyemigrował z Polski wiele lat temu. Jest prawdziwym buszmenem, który zaprzedał duszę pustyniom. Nauczył mnie rozumieć busz i pić herbatę z listkiem eukaliptusa zaparzaną w słynnym kociołku billy, podstawowym wyposażeniu każdego szanującego się buszmena.
Adam pracował z Aborygenami na Wielkiej Pustyni Piaszczystej. To bardzo specyficzni ludzie - nie stworzyli architektury, kiedyś nie znali liczb (tylko określenia jeden, dwa, wiele), nie mieli języka pisanego, ale za to bardzo bogate życie wewnętrzne, religijne. Nie interesują ich kontakty z cudzoziemcami, nie chcą zostać rozszyfrowani. Od lat słucham ich muzyki wykonywanej na instrumencie didgeridoo - jest trudna, surowa, wychodzi z samych trzewi. Odkąd prowadzę program "Globtroter" w Radio Kraków (1991), polubiłem muzykę etno. Oprócz rocka, na którym się wychowałem, słucham też klasyki, np. Erika Satie'ego czy współczesnego estońskiego kompozytora Arvo Parta, ostatnio oswajam jazz. Muzyka towarzyszy mi w podróży, na wyprawy zawsze zabieram zestaw MP3 - mam w czym wybierać, moja kolekcja liczy kilka tysięcy płyt.
Duże wrażenie robi też na mnie...
Birma. Granice lądowe od lat są zamknięte, do kraju można się dostać w zasadzie tylko samolotem. Reżim wojskowy krwawo tłumi wszelkie zapędy wolnościowe i trzyma Birmę w totalnej izolacji. Ale, paradoksalnie, kraj zachował tożsamość kulturalną i religijną. Sąsiednia Tajlandia nie jest już dla nikogo egzotyczna, natomiast Birma - tak, i to bardzo.
Niezapomniana przygoda miała miejsce...
w Meksyku, gdzie pojechałem jako menedżer na koncerty z zespołem ANKH. Była druga w nocy, gdy wjeżdżaliśmy do miasta Meksyk. Trochę pobłądziliśmy i napadł na nas... policyjny patrol oddelegowany do podejrzanych rewirów. Zajechali nam drogę, wylegitymowali. Gdy zapytaliśmy ich jak dojechać na miejsce, powiedzieli, że wskażą, ale za 300 dolarów. My na to, że nie jesteśmy Gringo, że złotówki mają mniejszą wartość. Nie ustępowali, jeden zaczął ostentacyjnie bawić się bronią. Wiem, że są gotowi na wszystko, robiło się niebezpiecznie. W końcu udało mi się stargować cenę na 30 dolarów i odjechaliśmy cali i zdrowi.
W Polsce...
jakieś dziesięć lat temu zacząłem intensywnie chodzić po górach. Zresztą w górach się urodziłem, u stóp Beskidu Małego, we wsi Kozy, największej w Polsce pod względem liczby mieszkańców (12 tys.), ufundowanej na prawie niemieckim w XII w. Moim ulubionym szlakiem jest trasa na Hrobaczą Łąkę (828 m) - przy dobrej pogodzie widać stamtąd Babią Górę i Tatry.
Od dzieciństwa wyrywałem się w świat, choć rodzice byli raczej domatorami. W wieku szesnastu lat urwałem się z łańcucha i pojechałem na Festiwal Muzyki Rockowej do Jarocina. I tak zaczęło się moje szwendanie. Jako nastolatek zjechałem Polskę wzdłuż i wszerz. Świetnie wspominam Olsztyńskie Noce Bluesowe. Potem złapałem jeszcze bakcyla żeglarskiego - Mazury znam chyba lepiej od rodzinnych stron. Do dziś raz do roku skrzykuję przyjaciół i w trzy, cztery jachty wybieramy się na jeziora. Jestem żeglarzem szuwarowym, nigdy nie wypłynąłem na pełne morze. Chyba że to pustynne, w Australii.
Ulubiony środek transportu...
samochody terenowe, najlepsze w australijskim outbacku. Ale mam i inne wspomnienia, np. motorowa drezyna w Beskidzie Żywieckim, na którą zdecydowałem się w geście rozpaczy, bo było zimno. Albo muły, na których jechałem wąską skalistą drogą w dolinie Colca w peruwiańskich Andach, patrząc z przerażeniem, czy na kamieniach nie obsuną im się kopyta i nie spadniemy w kilometrową przepaść. W końcu tramwaj wodny na Mekongu - mała nieoświetlona łódka z napędem motorowym lawirująca wśród skał i wirów w całkowitej ciemności.
Niebo w gębie poczułem...
w Australii. Nigdzie nie jadłem tak dobrych steków wołowych jak tam (żadnych przypraw, nawet soli). W Polsce mógłbym chyba zostać wegetarianinem, w Australii - nigdy. Często też wracam do potrawy o nazwie lap, którą miałem okazję skosztować w Laosie. To rodzaj sałatki z ryby obtoczonej w ziołach i ostrych przyprawach. Serwuję ją przyjaciołom w Polsce, bo lubię gotować. Zwykle, gdy coś mi zasmakuje w obcym kraju, zaraz dopytuję się, jak to zostało zrobione, i nie odejdę, dopóki się nie dowiem. Zawsze pociągały mnie kulinarne eksperymenty. Kiedyś podczas wakacji na Suwalszczyźnie przygotowałem danie nazwane potem przez moich synów Czarną Hańczą. Kombinowałem z tego, co akurat było pod ręką: wrzuciłem smażone mięso, paprykę i bakłażana. Wyszło rewelacyjnie, opisałem je nawet w książce "Ugryźć świat" dla "National Geographic".
Z podróży przywiozłem...
kapelusz kupiony w Australii, jeździ ze mną na wyprawy. Nie zabieram go tylko do krajów arabskich, bo biorą mnie w nim za Amerykanina. Mam też kolekcję dwudziestu paru łyżeczek różnych linii lotniczych i tkaniny z Peru, Laosu i Sikkimu. Jednak moim największym trofeum są fotografie. Mam ich w archiwum kilka tysięcy.
Adam pracował z Aborygenami na Wielkiej Pustyni Piaszczystej. To bardzo specyficzni ludzie - nie stworzyli architektury, kiedyś nie znali liczb (tylko określenia jeden, dwa, wiele), nie mieli języka pisanego, ale za to bardzo bogate życie wewnętrzne, religijne. Nie interesują ich kontakty z cudzoziemcami, nie chcą zostać rozszyfrowani. Od lat słucham ich muzyki wykonywanej na instrumencie didgeridoo - jest trudna, surowa, wychodzi z samych trzewi. Odkąd prowadzę program "Globtroter" w Radio Kraków (1991), polubiłem muzykę etno. Oprócz rocka, na którym się wychowałem, słucham też klasyki, np. Erika Satie'ego czy współczesnego estońskiego kompozytora Arvo Parta, ostatnio oswajam jazz. Muzyka towarzyszy mi w podróży, na wyprawy zawsze zabieram zestaw MP3 - mam w czym wybierać, moja kolekcja liczy kilka tysięcy płyt.
Duże wrażenie robi też na mnie...
Birma. Granice lądowe od lat są zamknięte, do kraju można się dostać w zasadzie tylko samolotem. Reżim wojskowy krwawo tłumi wszelkie zapędy wolnościowe i trzyma Birmę w totalnej izolacji. Ale, paradoksalnie, kraj zachował tożsamość kulturalną i religijną. Sąsiednia Tajlandia nie jest już dla nikogo egzotyczna, natomiast Birma - tak, i to bardzo.
Niezapomniana przygoda miała miejsce...
w Meksyku, gdzie pojechałem jako menedżer na koncerty z zespołem ANKH. Była druga w nocy, gdy wjeżdżaliśmy do miasta Meksyk. Trochę pobłądziliśmy i napadł na nas... policyjny patrol oddelegowany do podejrzanych rewirów. Zajechali nam drogę, wylegitymowali. Gdy zapytaliśmy ich jak dojechać na miejsce, powiedzieli, że wskażą, ale za 300 dolarów. My na to, że nie jesteśmy Gringo, że złotówki mają mniejszą wartość. Nie ustępowali, jeden zaczął ostentacyjnie bawić się bronią. Wiem, że są gotowi na wszystko, robiło się niebezpiecznie. W końcu udało mi się stargować cenę na 30 dolarów i odjechaliśmy cali i zdrowi.
W Polsce...
jakieś dziesięć lat temu zacząłem intensywnie chodzić po górach. Zresztą w górach się urodziłem, u stóp Beskidu Małego, we wsi Kozy, największej w Polsce pod względem liczby mieszkańców (12 tys.), ufundowanej na prawie niemieckim w XII w. Moim ulubionym szlakiem jest trasa na Hrobaczą Łąkę (828 m) - przy dobrej pogodzie widać stamtąd Babią Górę i Tatry.
Od dzieciństwa wyrywałem się w świat, choć rodzice byli raczej domatorami. W wieku szesnastu lat urwałem się z łańcucha i pojechałem na Festiwal Muzyki Rockowej do Jarocina. I tak zaczęło się moje szwendanie. Jako nastolatek zjechałem Polskę wzdłuż i wszerz. Świetnie wspominam Olsztyńskie Noce Bluesowe. Potem złapałem jeszcze bakcyla żeglarskiego - Mazury znam chyba lepiej od rodzinnych stron. Do dziś raz do roku skrzykuję przyjaciół i w trzy, cztery jachty wybieramy się na jeziora. Jestem żeglarzem szuwarowym, nigdy nie wypłynąłem na pełne morze. Chyba że to pustynne, w Australii.
Ulubiony środek transportu...
samochody terenowe, najlepsze w australijskim outbacku. Ale mam i inne wspomnienia, np. motorowa drezyna w Beskidzie Żywieckim, na którą zdecydowałem się w geście rozpaczy, bo było zimno. Albo muły, na których jechałem wąską skalistą drogą w dolinie Colca w peruwiańskich Andach, patrząc z przerażeniem, czy na kamieniach nie obsuną im się kopyta i nie spadniemy w kilometrową przepaść. W końcu tramwaj wodny na Mekongu - mała nieoświetlona łódka z napędem motorowym lawirująca wśród skał i wirów w całkowitej ciemności.
Niebo w gębie poczułem...
w Australii. Nigdzie nie jadłem tak dobrych steków wołowych jak tam (żadnych przypraw, nawet soli). W Polsce mógłbym chyba zostać wegetarianinem, w Australii - nigdy. Często też wracam do potrawy o nazwie lap, którą miałem okazję skosztować w Laosie. To rodzaj sałatki z ryby obtoczonej w ziołach i ostrych przyprawach. Serwuję ją przyjaciołom w Polsce, bo lubię gotować. Zwykle, gdy coś mi zasmakuje w obcym kraju, zaraz dopytuję się, jak to zostało zrobione, i nie odejdę, dopóki się nie dowiem. Zawsze pociągały mnie kulinarne eksperymenty. Kiedyś podczas wakacji na Suwalszczyźnie przygotowałem danie nazwane potem przez moich synów Czarną Hańczą. Kombinowałem z tego, co akurat było pod ręką: wrzuciłem smażone mięso, paprykę i bakłażana. Wyszło rewelacyjnie, opisałem je nawet w książce "Ugryźć świat" dla "National Geographic".
Z podróży przywiozłem...
kapelusz kupiony w Australii, jeździ ze mną na wyprawy. Nie zabieram go tylko do krajów arabskich, bo biorą mnie w nim za Amerykanina. Mam też kolekcję dwudziestu paru łyżeczek różnych linii lotniczych i tkaniny z Peru, Laosu i Sikkimu. Jednak moim największym trofeum są fotografie. Mam ich w archiwum kilka tysięcy.
- hotele
- loty
- Oferty Booking.com
- Oferty FRU.PL
Podróże.gazeta.pl na Facebooku
Aktualna oferta

Podróżuj z nami co tydzień.
Przykładowy newsletterZaplanuj wakacje
Polska na weekend
Kontakt z redakcją
- ul. Czerska 8/10
- 00-732 Warszawa
- redakcja.podroze@gazeta.pl
















