Recenzja: Dolomity dla narciarzy i smakoszy
12.04.2010
, aktualizacja: 09.04.2010 13:35
Kilkanaście lat temu tłumnie ruszyliśmy w Alpy. Wielu z nas ma swoje ulubione narciarskie regiony, a nawet ośrodki. Moją mekką, podobnie jak wielu Polaków, stały się Dolomity
ZOBACZ TAKŻE
- Dolomity dla dzieci (25-01-10, 06:00)
- Dolomity. Ostro w górę, ostro w dół (09-11-09, 14:00)
- Dolomity w UNESCO (13-07-09, 06:00)
- Narty w Dolomitach. Szusem do stołu (16-02-09, 06:00)
- Narty w Dolomitach. 10 ośrodków w 10 dni (31-03-08, 06:00)
- Dolomity czekają na gości (01-05-07, 00:00)
- Narty w Dolomitach. Swojsko u świętego Marcina (01-05-07, 00:00)
- Dolomity. Tom II - Zachód , Tkaczyk, Dariusz (30-10-06, 06:00)
- Dolomity, Tom I - Wschód, Tkaczyk, Dariusz (25-09-06, 06:00)
- Dolomity: Sella Ronda (14-12-05, 13:22)
- Dzieci w Dolomitach (31-01-04, 01:00)
- Narty we Włoszech. Piorunem przez Dolomity (15-03-10, 06:00)
Co nas tam ciągnie? Na to pytanie próbują odpowiedzieć Agata Jakóbczak i znany z występów w telewizji florentyńczyk Vito Casetti (wcześniej wspólnie zachwalali Toskanię). Ich Dolomity są podobne do moich: słońce, śnieg, tysiące kilometrów tras, nowoczesne wyciągi. Do tego obłędne widoki, ciekawa historia i wyborne jedzenie.
Mam kłopot, czy zaklasyfikować tę pozycję w ogóle jako przewodnik. To raczej opowieść o górach, w którą dyskretnie wpleciono aktualne - co warto podkreślić - informacje praktyczne. Obok miejsc popularnych rekomendowane są mniej znane noclegi, restauracje czy strony internetowe, z których autorzy zapewne korzystali. Niestety, trudno to wszystko odnaleźć na czarno-białej mapie regionu, którą wciśnięto między wkładkę z kolorowymi zdjęciami a spis treści. Są jeszcze dwa plany dla narciarzy, ale zbyt ogólne wobec szczegółowych opisów tras. Możemy oczywiście zabrać przewodnik na stok, ale to dość karkołomne zadanie.
Książka wspaniale za to oddaje nastrój Dolomitów. Razem z autorami spacerujemy po modnych deptakach, wędrujemy po szlakach i kąpiemy się w krystalicznie czystych jeziorach. Stosunkowo mało miejsca poświęcono miastom (m.in. Trydent, Bolzano, Merano) i ich zabytkom. To utwierdza mnie w przekonaniu, że książkę pisano głównie z myślą o narciarzach i... smakoszach. Doświadczenia kulinarne znalazły się bowiem na co drugiej stronie. Dobrze, że załączono garść przepisów na lokalne specjały - niedowiarki mają szansę przekonać się, że włoska kuchnia to nie tylko pizza i spaghetti. Ryż z fasolą po friulijsku wyszedł mi znakomicie, teraz pora na pierogi z buraków i księżodławki (coś á la kopytka ze szpinakiem). W lodówce brakuje tylko południowotyrolskiego wina...
Plus należy się za styl. Chociaż trochę przegadane, "Moje Dolomity" dobrze się czyta. Czuć, że pisali je pasjonaci, co zapowiada już okładka z uśmiechniętym Vito. W efekcie informacje same układają się w głowie. Jeśli mamy wątpliwości co do skomplikowanego podziału terytorialnego i językowego regionu, to po tej lekturze sporo się wyjaśni. Nie za sprawą wyczerpującej analizy, ale raczej obrazowych przykładów ("...nawet Włosi, którzy spędzili urlop w Cortinie, uważają że byli w Trentino, a nie w Veneto!"). Niestety, niektóre anegdoty nie są wcale zabawne, wkradają się do nich nawet niesmaczne uprzedzenia. Mniejsza nawet o "austriacki porządek i precyzję", gorzej, że autorów śmieszą niemiecko brzmiące nazwiska włoskich sportowców. Czasem chciałoby się podrążyć różne tematy, ale cóż... "Moje Dolomity" nastawione są raczej na ciekawostki. O lesie, w którym Stradivari szukał drewna na skrzypce. O lokalnych świętach potomków Retów, których łacińska nazwa, jak się dowiadujemy, pochodzi od słowa "szczur". No i oczywiście o futbolu, bo Włosi nawet pisząc o nartach, myślą o piłce...
"Moje Dolomity" na pierwszy rzut oka nie zachwycają, ale po kilkunastu stronach na pewno je polubimy. Nie wystarczą, by zaplanować trekking czy rajd rowerowy, ale podpowiedzą wady i zalety różnych rozwiązań. Nie policzymy kosztu wyjazdu, nie dowiemy się nawet, jak dotrzeć w większość miejsc. Wyrobimy sobie za to zdanie, co chcielibyśmy zobaczyć, a czego nie. Szkoda tylko, że autorzy tak dużo miejsca poświęcili nartom, bo te góry są piękne nie tylko zimą. Ale przecież każdy może mieć swoje Dolomity.
"Moje Dolomity", Witold Casetti i Agata Jakóbczak, wydawnictwo Pascal, Bielsko-Biała 2010, s. 256, cena: 32 zł
Mam kłopot, czy zaklasyfikować tę pozycję w ogóle jako przewodnik. To raczej opowieść o górach, w którą dyskretnie wpleciono aktualne - co warto podkreślić - informacje praktyczne. Obok miejsc popularnych rekomendowane są mniej znane noclegi, restauracje czy strony internetowe, z których autorzy zapewne korzystali. Niestety, trudno to wszystko odnaleźć na czarno-białej mapie regionu, którą wciśnięto między wkładkę z kolorowymi zdjęciami a spis treści. Są jeszcze dwa plany dla narciarzy, ale zbyt ogólne wobec szczegółowych opisów tras. Możemy oczywiście zabrać przewodnik na stok, ale to dość karkołomne zadanie.
Książka wspaniale za to oddaje nastrój Dolomitów. Razem z autorami spacerujemy po modnych deptakach, wędrujemy po szlakach i kąpiemy się w krystalicznie czystych jeziorach. Stosunkowo mało miejsca poświęcono miastom (m.in. Trydent, Bolzano, Merano) i ich zabytkom. To utwierdza mnie w przekonaniu, że książkę pisano głównie z myślą o narciarzach i... smakoszach. Doświadczenia kulinarne znalazły się bowiem na co drugiej stronie. Dobrze, że załączono garść przepisów na lokalne specjały - niedowiarki mają szansę przekonać się, że włoska kuchnia to nie tylko pizza i spaghetti. Ryż z fasolą po friulijsku wyszedł mi znakomicie, teraz pora na pierogi z buraków i księżodławki (coś á la kopytka ze szpinakiem). W lodówce brakuje tylko południowotyrolskiego wina...
Plus należy się za styl. Chociaż trochę przegadane, "Moje Dolomity" dobrze się czyta. Czuć, że pisali je pasjonaci, co zapowiada już okładka z uśmiechniętym Vito. W efekcie informacje same układają się w głowie. Jeśli mamy wątpliwości co do skomplikowanego podziału terytorialnego i językowego regionu, to po tej lekturze sporo się wyjaśni. Nie za sprawą wyczerpującej analizy, ale raczej obrazowych przykładów ("...nawet Włosi, którzy spędzili urlop w Cortinie, uważają że byli w Trentino, a nie w Veneto!"). Niestety, niektóre anegdoty nie są wcale zabawne, wkradają się do nich nawet niesmaczne uprzedzenia. Mniejsza nawet o "austriacki porządek i precyzję", gorzej, że autorów śmieszą niemiecko brzmiące nazwiska włoskich sportowców. Czasem chciałoby się podrążyć różne tematy, ale cóż... "Moje Dolomity" nastawione są raczej na ciekawostki. O lesie, w którym Stradivari szukał drewna na skrzypce. O lokalnych świętach potomków Retów, których łacińska nazwa, jak się dowiadujemy, pochodzi od słowa "szczur". No i oczywiście o futbolu, bo Włosi nawet pisząc o nartach, myślą o piłce...
"Moje Dolomity" na pierwszy rzut oka nie zachwycają, ale po kilkunastu stronach na pewno je polubimy. Nie wystarczą, by zaplanować trekking czy rajd rowerowy, ale podpowiedzą wady i zalety różnych rozwiązań. Nie policzymy kosztu wyjazdu, nie dowiemy się nawet, jak dotrzeć w większość miejsc. Wyrobimy sobie za to zdanie, co chcielibyśmy zobaczyć, a czego nie. Szkoda tylko, że autorzy tak dużo miejsca poświęcili nartom, bo te góry są piękne nie tylko zimą. Ale przecież każdy może mieć swoje Dolomity.
"Moje Dolomity", Witold Casetti i Agata Jakóbczak, wydawnictwo Pascal, Bielsko-Biała 2010, s. 256, cena: 32 zł
- hotele
- loty
- Oferty Booking.com
- Oferty FRU.PL
Podróże.gazeta.pl na Facebooku
Aktualna oferta

Podróżuj z nami co tydzień.
Przykładowy newsletterZaplanuj wakacje
Polska na weekend
Kontakt z redakcją
- ul. Czerska 8/10
- 00-732 Warszawa
- redakcja.podroze@gazeta.pl














