Z pasją o podróżach, wycieczkach i wyjazdach

Lizbona. Róża dla Vasco da Gamy

  • Pin It
Beata Kardaszewicz
12.04.2010 , aktualizacja: 09.04.2010 15:03
A A A Drukuj
lizbona, portugalia, tramwaj Fot. Shutterstock lizbona, portugalia, tramwaj
Do Alfamy, starej, arabskiej dzielnicy, pełnej krętych uliczek, uroczych zaułków, kafejek, schodów i bram, dobrze jest trafić wieczorem 12 czerwca, kiedy lizbończycy świętują obchody swego ulubionego patrona. Lizbona szczyci się posiadaniem dwóch patronów: oficjalnego i ulubionego.
Fontanna na dziedzińcu klasztoru Hieronimitów
Fot. Beata Kardaszewicz
Fontanna na dziedzińcu klasztoru Hieronimitów
Bitwa morska - fragment azulejos z klasztoru Madre de Deus
Fot. Beata Kardaszewicz
Bitwa morska - fragment azulejos z klasztoru Madre de Deus
Pomnik Odkryć Geograficznych
Fot. Beata Kardaszewicz
Pomnik Odkryć Geograficznych
Wędrówkę po Lizbonie dobrze jest zacząć w dzielnicy Belem, na północno-zachodnim brzegu Tagu. Pozwoli to spojrzeć na rozłożone na siedmiu wzgórzach, pełne melancholijnego uroku miasto przez pryzmat wydarzenia, które 500 lat temu zmieniło cały ówczesny świat.

***

Kiedy 8 lipca 1497 r. od plaży Restelo w Belem odbiły cztery karawele, nic już nie miało pozostać takie samo. Z chwilą gdy 28-letni kapitan Vasco da Gama wydał rozkaz postawienia żagli, Portugalia, a za nią reszta świata, wkroczyły w czasy nowożytne. Belem, czyli - nomen omen - Betlejem, stało się, podobnie jak jego słynny imiennik, miejscem, które wyznaczyło początek nowej ery.

Nadzieja zdobycia złota i sławy, ciekawość świata i apostolski zapał szerzenia wiary od lat pchały Portugalczyków na ocean. Marzyły im się legendarne bogactwa Indii, ale drogi morskiej na południe broniło Mare Tenebrorum - przerażające Morze Ciemności, pasmo niezwykle burzliwych wód Atlantyku wzdłuż wybrzeży Sahary Zachodniej. W wyobraźni średniowiecznych żeglarzy było to miejsce z piekła rodem: wrząca kipiel zamieszkana przez potwory, tonąca we mgle i odwiecznym mroku. Latem 1434 r. bariera została przełamana - Gil Eanes de Villalobos, śmiałek z Algarve, w piętnastej (!) z kolei próbie pokonał niebezpieczne wody. Odtąd portugalscy żeglarze systematycznie poszerzali granice znanego świata. W 1441 r. Nuno Tristao osiągnął najdalej na zachód wysunięty punkt Afryki, by kilka lat później odkryć Zielony Przylądek (Cabo Verde). W 1482 r. Portugalczycy dopłynęli do wybrzeży Angoli, a po pięciu latach Bartolomeu Diaz szczęśliwie dotarł do Przylądka Dobrej Nadziei. Opłynął go i stwierdził, że droga prowadzi dalej: na północ i wschód.

Kiedy dziesięć lat później Vasco da Gama na czele niewielkiej flotylli wypływał z Belem, cel mógł być już tylko jeden - Indie. Po 10 miesiącach żeglugi, 18 maja 1498 r. jego okręty przybiły do portu w Kalicut na wybrzeżu dzisiejszego stanu Kerala. Droga morska do Indii była otwarta. Kilka miesięcy po powrocie da Gamy do Lizbony od nadbrzeży Belem odpływała już kolejna indyjska ekspedycja. Ale kapitan Pedro Alvares Cabral skierował okręty trochę bardziej na zachód i odkrył... Brazylię!

***

510 lat później wszystko w Belem przypomina czasy dawnej chwały: nazwy ulic, pomniki, zabytki, muzea. Stoimy na Avenida de Brasilia, równolegle do niej biegnie szeroka Avenida da India. Przed nami dostojnie płynie Tag, a na jego brzegu, prawie omywany przez fale stoi 16-piętrowy, lśniący z daleka bielą blok jasnego piaskowca: Padrao dos Descombrimentos - pomnik odkryć geograficznych, oczywiście w kształcie okrętu. Wypełniony wiatrem kamienny żagiel wydaje się unosić go szlakiem dawnych podróży - na południe. Pochód odkrywców na dziobie prowadzi książę Henryk Żeglarz z modelem karaweli w prawej dłoni. Za nim słynni kapitanowie, dalej tłoczy się bezimienny tłum marynarzy, kartografów, nawigatorów, handlarzy, duchownych i żołnierzy, zjednoczonych potężną pasją i determinacją, pchanych naprzód wspólnym marzeniem.

Spod pomnika przechodzimy na drugą stronę Avenida da India. Wystarczy przeciąć zielony plac z fontanną, aby stanąć w zachwycie przed portalem kościoła Hieronimitów. 500 lat temu była tu tylko skromna kapliczka poświęcona Pannie Marii z Belem, patronce żeglarzy. Vasco da Gama spędził w niej bezsenną noc przed wyruszeniem na podbój oceanów, modląc się o powodzenie wyprawy. Madonna z Belem była dla niego łaskawa - zawsze szczęśliwie wracał ze swoich wojaży. Strumień złota, który zaczął napływać do Portugalii w rezultacie odkryć geograficznych, pozwolił królowi Manuelowi I na wzniesienie w miejscu kapliczki jednej z najpiękniejszych lizbońskich budowli - Jeronimos. Kościół i kompleks klasztorny zbudowano w stylu manuelińskim (od imienia króla), który mistrzowsko łączy elementy późnego gotyku zwanego flamboyant (płomienisty) z włoskim renesansem oraz akcentami mauretańskimi. Do tego doszły detale czysto portugalskie, nawiązujące do ścisłego powinowactwa z morzem - okna i drzwi oplatają kamienne liny, kotwice, sieci rybackie. W rzeźbionym gąszczu koralowców i wodorostów można dostrzec koniki morskie, rozgwiazdy, dziwne muszle. Kościół wygląda, jakby zbudowały go trytony.

W środku jest zaskakująco pusto i cicho. Promienie słońca przefiltrowane przez kolorowe szybki witraży oświetlają dwa grobowce. W pierwszym admirał Vasco da Gama - spoczywa w miejscu, z którego ongiś wyruszył na podbój Indii. W drugim, ozdobionym kamiennymi liśćmi lauru leży Luis de Camoes - poeta, który podróż da Gamy opisał w "Luzjadach", narodowym poemacie będącym dla Portugalczyków mniej więcej tym, czym dla nas jest "Pan Tadeusz". Na marmurowej piersi Vasco leży świeżo zerwana, purpurowa róża. Podobno codziennie ktoś zostawia tu kwiaty, widać Portugalczycy są nieustannie wdzięczni swemu admirałowi.

Odrywamy się od grobowców, żeby przejść się po klasztornym wirydarzu, "najpiękniejszym na świecie", jak czytamy w przewodniku. Rzut oka na dziedziniec wystarczy, żeby stwierdzić, że istotnie tak jest. Podwójne łuki krużganków misternie rzeźbione w roślinne motywy wspierają się na kolumnach wysmukłych jak łodygi. Ich pozorna wiotkość nadaje całemu dziedzińcowi lekkość i wdzięk egzotycznego kwiatu, otwierającego kamienne płatki ku słońcu. Spokój wirydarza sprzyja medytacji, ciszę mąci tylko szmer fontanny - woda kapie z pyska kamiennego lwa do rzeźbionej misy. Lizbońskie fontanny, które można spotkać na każdym kroku, to dziedzictwo mauretańskie. Wychowani wśród piasków synowie pustyni nie mogli się obejść bez ożywczego dźwięku płynącej wody. Oprócz meczetów, pałaców i ogrodów budowali systemy kanałów, kaskady, sadzawki i fontanny.

***

Wracamy na nabrzeże, zwiedzić kolejny zabytek manuelińskiej Lizbony - Wieżę Belem. Po drodze odrobinę znosi nas z kursu niczym kapitana Cabrala. Na szczęście nie do Brazylii, tylko znacznie bliżej - do cukierni. Ponad stuletnia Antiga Cafeitaria de Belem jest znana z fantastycznych wypieków. Próbujemy - słynne pasteis de Belem to babeczki z francuskiego ciasta wypełnione delikatnym, budyniowym kremem i oprószone mgiełką cynamonu. Rewelacja. Dla mnie na pewno nr 1 lizbońskiego menu.

Opchani ciastkami, wzmocnieni podwójnym espresso i łykiem porto, możemy zmierzyć się z Wieżą Belem. Wzniesiona na początku XVI w. forteca miała bronić ujścia Tagu. Ale szczęśliwa Lizbona, potężna i chroniona przez znakomitą flotę, nie miała okazji, by korzystać ze swoich umocnień w celach obronnych. Wieżę zamieniono na więzienie. Ma ono, niestety, również polski akcent. W 1834 r. nasz narodowy bohater generał Józef Bem przybył do Lizbony z misją odzyskania sporych sum pieniędzy niefortunnie zainwestowanych w tworzenie w porozumieniu z rządem portugalskim polskiego legionu. Legion nigdy nie powstał. Bem pieniędzy nie odzyskał, stracił za to... wolność, osadzony na kilka miesięcy właśnie w tej wieży. Usytuowane na jej najniższym poziomie kazamaty są przerażające. W czasie przypływu do cel wlewała się woda, sięgając do ramion przykutym do ścian skazańcom. Uciekamy stamtąd na wyższe piętra, a potem na szczyt, skąd rozciąga się widok na ujście Tagu i bezkres Atlantyku, zasnuty błękitną mgiełką. Wizytę w Belem kończymy więc tak, jak powinna się ona kończyć - spojrzeniem na ocean.

***

Pora na kolejną porcję lizbońskich czarów - Convento da Madre de Deus, klasztor, który mieści muzeum azulejos, a w nim fascynującą historię fajansowej płytki o arabskim rodowodzie, która w XV wieku podbiła Portugalię. Wsiadamy w autobus linii 28, który powinien dowieźć nas w okolice konwentu. Autobus jest pełen starych ludzi: siwe włosy, okulary, gazety, laski i słomkowe kapelusze. Jedziemy już prawie pół godziny, kiedy nagle po ruszeniu z kolejnego przystanku wybucha straszny raban. Autobus staje. Powodem zamieszania okazujemy się my. Krzycząc, tupiąc i stukając laskami staruszkowie wywlekają nas, kompletnie ogłupiałych, na chodnik. Zaczynamy się orientować, o co chodzi, dopiero wtedy, gdy, coraz gniewniej wymachując rękami, wskazują kierunek: - "Museu"! Przegapiliśmy przystanek, na którym trzeba było wysiąść! Na szczęście oni byli czujni. Bo dokąd może jechać w Lizbonie para z plecakiem, o bardzo niepołudniowym wyglądzie, rozmawiająca w dziwnym języku?

Wnętrze kościoła Madre de Deus robi dość niesamowite wrażenie. Dolne partie nawy szczelnie wypełniają kompozycje z fajansowych płytek, górne wyłożone są bogato rzeźbioną, pokrytą złotem boazerią i zawieszone mnóstwem obrazów w ciężkich złoconych ramach. Połączenie, które może szokować. Obok kościoła, w klasztorze, już tylko azulejos. Na olbrzymim, 23-metrowym panneaux przedstawiającym Lizbonę sprzed trzęsienia ziemi, które w 1755 r. zniszczyło miasto, znajduję fragment, który odtąd będzie moim ulubionym. To przecudna bitwa morska. Wśród spienionych fal zatoki pękate karawele o prążkowanych żaglach wydętych wiatrem wystrzeliwują do siebie puszyste, biało-niebieskie obłoczki prochu. Azulejos można w Lizbonie napotkać wszędzie. Zdobią fasady zwykłych domów i wnętrza pałaców, hale dworców i miradory (punkty widokowe), a nawet oparcia parkowych ławek.

***

Zapada wczesny zmierzch - pora, kiedy najlepiej wybrać się do Alfamy, starej, arabskiej dzielnicy, pełnej krętych uliczek, uroczych zaułków, kafejek, schodów i bram. Znam ją od dziecka. W naszej kuchni wisi stary, niebiesko-biały kafelek zabrany z rodzinnego domu. Przedstawia uliczkę Alfamy. Kiedy byłam mała, często wyobrażałam sobie, że wchodzę w obrazek i wspinam się stromymi schodkami pod zwisającym ze sznurów praniem. Teraz możemy tak wędrować w realu - podwójna przyjemność.

Na Alfamę dobrze jest trafić wieczorem 12 czerwca, kiedy lizbończycy świętują obchody swego ulubionego patrona. Lizbona szczyci się posiadaniem dwóch patronów: oficjalnego i ulubionego. Oficjalny to św. Wincenty, którego umęczone ciało łódź prowadzona przez kruki przywiozła onegdaj do stóp zamkowego wzgórza. Ulubiony to św. Antoni... Padewski. Mało kto wie, że ten tak często przyzywany na pomoc święty od zgubionych kluczy i zapodzianych dokumentów, który żył i umarł we Włoszech, wychował się tutaj, w wąskich zaułkach Alfamy. Toteż obchody Santo Antonio właśnie Alfama świętuje najgoręcej. Zobaczenie na własne oczy iście bachicznego pochodu, który w rytmie bębnów biegnie ulicami prowadzony przez czarnoskórych koryfeuszy przebranych za karawele, warte jest nadprogramowej wspinaczki na alfamskie wzgórze. Na rozstawionych wszędzie rusztach pieką się sardynki, wino leje się strumieniami, ludzie tańczą, a pochód pędzi ulicami, wyżej i wyżej, aż do wieńczącego wzgórze zamku św. Jerzego. 12 czerwca - data, którą warto zapamiętać.

Wieczór w Alfamie to czas słuchania fado - "muzyki losu". Liczne piwnice i winiarnie otwierają wtedy podwoje. Zachodzimy do maleńkiej salki z kilkoma stolikami. Dziewczyna w obcisłej, czerwonej sukience przynosi nam vinho verde, czyli "zielone wino" - lekko musujące, kwaskowate, przyjemnie szczypiące w język. Potem szybkim spojrzeniem omiata salę, sprawdzając, czy wszyscy dostali swoje zamówienia i znika, żeby po chwili wrócić już jako fadista - śpiewaczka, otulona w piękny, koronkowy szal. Towarzyszy jej dwóch zabójczo przystojnych gitarzystów w czarnych ubraniach. Światło przygasa i zaczyna się koncert. Fado mało kogo pozostawia obojętnym. Nas nie zostawiło. Nie będziemy mogli już dalej żyć bez tej muzyki, pełnej saudade (tęsknoty) i tristeze (smutku), a jednocześnie wprost buchającej żarem emocji.

Rano pędzimy na Rossio, najsympatyczniejszy z wielkich placów Lizbony, gdzie widziałam ogromną księgarnię muzyczną. Po dwóch godzinach przebierania, odsłuchiwania i konsultacji z niezwykle cierpliwym sprzedawcą wychodzimy bogatsi o nagrania genialnej Amalii Rodrigues i kilku innych, sławnych wykonawców fado. Teraz możemy wracać do domu.

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

  • hotele
  • loty
  • Oferty Booking.com
  • Oferty FRU.PL

Podróże.gazeta.pl na Facebooku