Wędrówki po Chinach - Syczuan. Z brokatowego miasta na Złoty Szczyt
01.03.2010
, aktualizacja: 02.03.2010 14:56
Znane chińskie przysłowie mówi: "Nie jedź do Syczuanu, jeśli jesteś młody"... A mądrzy ludzie mówią, że 15-godzinna droga z Xi'anu, dawnej stolicy Chin, do Chengdu, stolicy regionu Syczuan, jest najpiękniejsza na ziemi. I rzeczywiście. Kiedy tylko nie przejeżdżamy przez tunele (75 proc. trasy), oglądamy wzgórza wyglądające jak cielska śpiących smoków porośnięte dżunglą. A gdy zaczyna zachodzić słońce, opromieniając świat czerwienią, krajobraz staje się jeszcze mniej realny niczym najbardziej kiczowata pocztówka.
Jeszcze przed chwilą kłębili się, gorączkowo wciskając torby na zapchane półki. Ci z biletami "stojącymi" krzyczeli na siebie, walcząc o ostatnie wolne miejsca we wnęce przy samowarze z wrzątkiem. Teraz siedzą ramię w ramię, częstując się zupkami w proszku (podstawowe pożywienie Chińczyków), albo pomagając matce z trójką dzieci upchnąć tobołki. Ojciec dziewczynki, która rozpłakała się na nasz widok, obdarowuje nas brzoskwiniami. A my cieszymy się, że udało nam się zdobyć bilety "siedzące". Chociaż o wygodzie nie ma mowy, bo są to hard seats - drewniane ławki obite wytartym niebieskim materiałem.
***
Mądrzy ludzie mówią, że 15-godzinna droga z Xi'anu, dawnej stolicy Chin, do Chengdu, stolicy regionu Syczuan, jest najpiękniejsza na ziemi. I rzeczywiście. Kiedy tylko nie przejeżdżamy przez tunele (75 proc. trasy), oglądamy wzgórza wyglądające jak cielska śpiących smoków porośnięte dżunglą. A gdy zaczyna zachodzić słońce, opromieniając świat czerwienią, krajobraz staje się jeszcze mniej realny niczym najbardziej kiczowata pocztówka.
Syczuan leży na południowym zachodzie Chin. W dosłownym tłumaczeniu oznacza "cztery rzeki" i nawiązuje do czterech wielkich dopływów Jangcy; ponadto przecina go ponad 80 mniejszych rzek. Krainę tę z trzech stron otaczają górskie pasma, dzięki czemu panuje tu niezwykle ciepły i łagodny klimat (plony zbiera się trzy razy w roku). Pełno tu dziwnych roślin, jak drzewo nanmu (z pnia robi się filary w świątyniach), miłorząb z liśćmi w kształcie półksiężyca, endemiczne orchidee, rododendrony i kamelie. Bambusowe lasy są schronieniem dla pandy wielkiej, a herbata z tego regionu uchodzi za najlepszą na świecie.
Chengdu, położone na zachodzie prowincji stolica Syczuanu, zbudowano w 326 r. p.n.e. Na początku naszej ery, kiedy przebiegał tędy Jedwabny Szlak, nazwano je "brokatowym miastem", również dlatego, że arystokracja chowała swoich zmarłych w bogato zdobionych grobowcach. Chengdu miało (i nadal ma) zdecydowanie handlowy charakter. Już w X w. drukowano tu pierwsze na świecie banknoty, a dziś można znaleźć ekskluzywne zachodnie sklepy (Chanel, Louis Vuitton, Dior) tuż obok targów z antykami, tybetańskim rękodziełem, jedwabiem i chińskimi kuriozami.
W Chengdu jest wiele innych atrakcji: parki, świątynie, np. taoistyczna Zielona Koza, buddyjska Wenshu, Wuhou - świątynia Ministra Wojny. Działa Instytut Hodowli Pandy Wielkiej, w którym jesienią rodzą się maleńkie pandy. Jest kiczowata jaskinia strachu ze scenami piekielnymi, wiejska chata Du Fu - poety, który humorystycznie opisywał burzliwe życie w czasach dynastii Tang, i opera syczuańska - wiejski odpowiednik opery pekińskiej.
Jednak najbardziej znane są herbaciarnie - chadian, zawsze pełne ludzi, którzy leniwie sączą herbatę, przyglądając się światu. W czasie rewolucji kulturalnej były zakazane, dziś odradzają się na nowo.
***
Wyjechaliśmy z Chengdu rozklekotanym minibusem w stronę gór położonych 150 km na południowy zachód od miasta. Postanowiliśmy bowiem wspiąć się na Emei Shan (3077 m n.p.m.), jedną z czterech buddyjskich świętych gór, z dziesiątkami klasztorów o pięknych nazwach: Świątynia Przyczajonego Tygrysa, Pawilon Czystego Dźwięku, Sadzawka Kąpiącego się Słonia, Klasztor Magicznego Wierzchołka...
Emei Shan było kiedyś pustelnią taoistyczną, ale odkąd - według legendy - w VI w. odwiedził ją Puxian (wcielenie Buddy na słoniu z sześcioma trąbami), stała się buddyjskim sanktuarium. Jeśli ma się szczęście i dobrą pogodę, na górze czeka fantastyczne zjawisko - aureola Buddy (na chmurach otaczających wierzchołek tworzy się tęczowa obwódka). Kiedyś buddyjscy mnisi, wierząc, że jest ona znakiem wiecznego życia, rzucali się w chmury. Dziś turystów przed skokiem w przepaść chronią porozwieszane wokół Złotego Szczytu żelazne łańcuchy.
Pierwszy przystanek robimy w wiosce Baoguo przy klasztorze o tej samej nazwie, która składa się z jednej ulicy i samych hosteli oferujących tani nocleg. Zatrzymaliśmy się w Teddy Bear Hotel, który prowadzi Mr. Andy (chwalą go polskie i zagraniczne przewodniki za wysoki standard w niskiej cenie i niezbędną w Chinach pomoc przy załatwianiu biletów, planowaniu trasy i rezerwacji noclegów). Na miejscu okazuje się, że wszystko załatwia żona, a on sam znika na całe dnie i tylko czasami dosiada się do gości, by wypalić z nimi papierosa. W restauracji na parterze hotelu słychać wszystkie języki - turyści, którzy właśnie wrócili z trekkingu bądź właśnie nań idą, wymieniają się informacjami. Na ścianach wypisano dobre rady: "uważajcie na małpy, przydadzą się laski", "zamówcie banany w czekoladzie - nigdzie takich nie znajdziecie!". Pomiędzy turystami kręci się ubrany na biało chiński chłopiec z niesfornymi czarnymi włosami. Doradza w sprawie trasy, jedzenia, rozkładu pociągów, ucząc się przy okazji użytecznych wyrażeń w wielu językach. Wszyscy przysłuchują się jego dyskusji z amerykańskim nauczycielem o filozofii, filmach Chaplina, różnicach między Chińczykami i Amerykanami.
Wreszcie mamy okazję skosztować prawdziwej syczuańskiej kuchni. Zaczynamy ostrożnie onieśmieleni legendami o przyprawach wypalających język. W kuchni tego regionu, której smak określa się jako mala (paraliżująco-pikantny), używa się bardzo dużo pieprzu syczuańskiego, chili, imbiru i pikantnych ziół. Każdemu kęsowi towarzyszy uczucie mrowienia w ustach. Najbardziej znane danie to mapo dofu (wieprzowina zmielona z fasolą), kurczak w paście sezamowej zmieszany z cukrem i dymką i pikantne plastry gotowanej wieprzowiny. Zamawiamy kurczaka w orzechach - ostrość została przełamana świeżym ogórkiem i słonymi orzeszkami. Od razu pytamy o przepis. Po dziesięciu minutach śmiania się, rysowania i pokazywania na migi kelnerka prowadzi nas do kuchni, gdzie krok po kroku pokazuje nam, jak przyrządzić niebo w gębie.
***
Następnego dnia uzbrojeni w drewniane laski z rączkami w kształcie głowy smoka i pakiet lunchowy od Mr. Andy'ego (kanapki, butelka wody, owoce) ruszamy na trzydniowy trek: półtora dnia na wejście i półtora na zejście (na Złoty Szczyt można też dostać się kolejką linową z parkingu, do którego dojeżdża busik). Trasa prowadzi przez oświetlony słońcem las brzmiący miriadami cykad. Wspinamy się po niekończących się schodach układanych przez chińskich robotników, którzy kamienne bloki noszą na plecach. Mamy okazję oglądać ich przy pracy - odbudowują zniszczone schodki i rzeźbią w betonowych poręczach, próbując imitować drewno.
Razem z nami wspinają się Chińczycy: dzieci, starcy, młodzi zbuntowani z farbowanymi włosami, wystrojone kobiety w butach na obcasach i panowie w garniturach. Jest ich tak dużo, że na początkowym odcinku, z najbardziej popularnymi klasztorami, który można przejść w pół dnia, wędrujemy w tłumie.
W jednym z klasztorów trafiamy na buddyjski rytuał. Starzec w żółtej czapie z zamkniętymi oczami recytuje mantry. Otaczający go mnisi przygrywają mu na bębenkach, cymbałkach, uderzają dłońmi w stół. Siedzimy jak zaczarowani na czerwonych poduchach, chłonąc niezrozumiały potok słów i dźwięków, czując, że uczestniczymy w tajemniczym, mistycznym wydarzeniu. Okazało się, że to tylko codzienne modły i nikt (oprócz nas i recytującego starca) nie przywiązuje do nich specjalnej wagi. Mnisi co jakiś czas przerywają rytmiczne bębnienie i wychodzą napić się herbaty. Jeden usypia i tylko głowa kiwa mu się w rytm mantr, ludzie gadają, śmieją się, czasami dołączają do recytacji. Buddyści nie przywiązują wielkiej wagi do zachowania uroczystego nastroju, ale dla nas jest on wyjątkowy.
Po ośmiu godzinach marszu po schodach, zlani potem, ledwo stojąc na drżących nogach, docieramy do klasztoru Sadzawka Kąpiącego się Słonia i postanawiamy tu przenocować. Nic nie opisze uczucia ulgi, zachwytu i rozkoszy towarzyszącego ciepłemu prysznicowi z widokiem na niekończącą się dżunglę. Nawet ciemny i brudny pokoik nie przeszkadza.
Wieczorem obserwujemy walkę Chińczyków z małpami. Tego dnia wygrała małpa, zdobywając butelkę wody. Otworzyła ją, wypiła wodę, butelkę rzuciła na głowy obserwujących ją Chińczyków.
Nazajutrz wspinamy się w deszczu na Złoty Szczyt. Obok świątyni rozłożyły się sklepiki z pamiątkami i restauracje - kicz i komercja mieszają się z duchowością i piękną przyrodą. Każdy może wybrać coś dla siebie. Decydujemy się na chińską zupkę w proszku (pikantna wołowina z jajkiem) i na tym kończymy nasz trek. Ulewa rozszalała się na dobre i zza ściany wody nie widać ścieżki. Rezygnujemy więc z wracania na piechotę i łapiemy busik.
***
Z Baoguo jedziemy do Leshanu, miasta, w którym łączą się nurty dwóch rzek. Przez lata silne prądy i niebezpieczne wiry były zagrożeniem dla rybaków. W VIII w. mnich Haiting zaproponował wybudowanie wielkiego Buddy, który miałby strzec ludzi przed niebezpiecznymi nurtami. O tym, jak ważna jest ta budowa, przekonał cesarza dopiero, gdy wykłuł sobie oczy. Zaczętą w 713 r. budowę skończono w 803 r. Powstał Dafo - wyżłobiony w skalnym klifie posąg największego (71 m) siedzącego Buddy na świecie. Zbędne kamienie wrzucano do rzeki, nurt się uregulował i w ten sposób wielki Budda rzeczywiście pomógł rybakom.
Chcąc obejrzeć Dafo, trzeba stać w kolejce co najmniej dwie godziny, ale warto. Jego ucho ma 7 m długości, oczy w sumie 10, a na paznokciu dużego palca u nogi może stanąć 6 osób. Prawdziwych wrażeń dostarcza jednak zejście wąskimi schodami wzdłuż jednego z boków Buddy i spojrzenie nań z dołu. Naokoło wiszą tabliczki z napisami w "chinglish" (mieszanka angielskiego i chińskiego): "Keep morder, be carefull" (domyślamy się, że "morder" to "order"). Wszyscy karnie stoją w kolejce, trochę zamieszania robi tylko ekipa telewizyjna z Japonii, która co chwilę przystaje, żeby sfilmować Dafo.
Na wzgórzu znajduje się też kilka świątyń, park między wzgórzami zwany małym rajem, wioska rybacka i mały klasztor z tysiącem terakotowych figurek arhantów, mnichów, którzy osiągnęli nirwanę.
Wieczorem idziemy na szaszłyki, nasze nowe ulubione danie. Można je zjeść wszędzie. Kto ma grilla, wystawia go na ulicę i rozstawia wokół stoliki. Na targu kupuje mięso (jagnięcina, kurczak, wołowina, kosteczki, ścięgna), warzywa (tofu, bakłażan, cukinia, dymka) i grilluje. Wszystko maczane jest w oliwie, nacierane mieszanką paraliżująco ostrych ziół i przesiąknięte zapachem dymu. Do popicia schłodzona, łagodna jaśminowa herbata (jeden szaszłyk to 1-2 juany, za 15 mamy prawdziwą ucztę).
Tu kończy się nasza podróż po Syczuanie. Z Leshanu wyjeżdżamy do Yunnanu. W głowach ciągle pobrzmiewa chińskie przysłowie: "Nie jedź do Syczuanu, jeśli jesteś młody".
Bo kiedy go zobaczysz, będziesz chciał zostać tam na całe życie. A jeśli nie zostaniesz, zawsze będziesz tęsknił...
***
Mądrzy ludzie mówią, że 15-godzinna droga z Xi'anu, dawnej stolicy Chin, do Chengdu, stolicy regionu Syczuan, jest najpiękniejsza na ziemi. I rzeczywiście. Kiedy tylko nie przejeżdżamy przez tunele (75 proc. trasy), oglądamy wzgórza wyglądające jak cielska śpiących smoków porośnięte dżunglą. A gdy zaczyna zachodzić słońce, opromieniając świat czerwienią, krajobraz staje się jeszcze mniej realny niczym najbardziej kiczowata pocztówka.
Syczuan leży na południowym zachodzie Chin. W dosłownym tłumaczeniu oznacza "cztery rzeki" i nawiązuje do czterech wielkich dopływów Jangcy; ponadto przecina go ponad 80 mniejszych rzek. Krainę tę z trzech stron otaczają górskie pasma, dzięki czemu panuje tu niezwykle ciepły i łagodny klimat (plony zbiera się trzy razy w roku). Pełno tu dziwnych roślin, jak drzewo nanmu (z pnia robi się filary w świątyniach), miłorząb z liśćmi w kształcie półksiężyca, endemiczne orchidee, rododendrony i kamelie. Bambusowe lasy są schronieniem dla pandy wielkiej, a herbata z tego regionu uchodzi za najlepszą na świecie.
Chengdu, położone na zachodzie prowincji stolica Syczuanu, zbudowano w 326 r. p.n.e. Na początku naszej ery, kiedy przebiegał tędy Jedwabny Szlak, nazwano je "brokatowym miastem", również dlatego, że arystokracja chowała swoich zmarłych w bogato zdobionych grobowcach. Chengdu miało (i nadal ma) zdecydowanie handlowy charakter. Już w X w. drukowano tu pierwsze na świecie banknoty, a dziś można znaleźć ekskluzywne zachodnie sklepy (Chanel, Louis Vuitton, Dior) tuż obok targów z antykami, tybetańskim rękodziełem, jedwabiem i chińskimi kuriozami.
W Chengdu jest wiele innych atrakcji: parki, świątynie, np. taoistyczna Zielona Koza, buddyjska Wenshu, Wuhou - świątynia Ministra Wojny. Działa Instytut Hodowli Pandy Wielkiej, w którym jesienią rodzą się maleńkie pandy. Jest kiczowata jaskinia strachu ze scenami piekielnymi, wiejska chata Du Fu - poety, który humorystycznie opisywał burzliwe życie w czasach dynastii Tang, i opera syczuańska - wiejski odpowiednik opery pekińskiej.
Jednak najbardziej znane są herbaciarnie - chadian, zawsze pełne ludzi, którzy leniwie sączą herbatę, przyglądając się światu. W czasie rewolucji kulturalnej były zakazane, dziś odradzają się na nowo.
***
Wyjechaliśmy z Chengdu rozklekotanym minibusem w stronę gór położonych 150 km na południowy zachód od miasta. Postanowiliśmy bowiem wspiąć się na Emei Shan (3077 m n.p.m.), jedną z czterech buddyjskich świętych gór, z dziesiątkami klasztorów o pięknych nazwach: Świątynia Przyczajonego Tygrysa, Pawilon Czystego Dźwięku, Sadzawka Kąpiącego się Słonia, Klasztor Magicznego Wierzchołka...
Emei Shan było kiedyś pustelnią taoistyczną, ale odkąd - według legendy - w VI w. odwiedził ją Puxian (wcielenie Buddy na słoniu z sześcioma trąbami), stała się buddyjskim sanktuarium. Jeśli ma się szczęście i dobrą pogodę, na górze czeka fantastyczne zjawisko - aureola Buddy (na chmurach otaczających wierzchołek tworzy się tęczowa obwódka). Kiedyś buddyjscy mnisi, wierząc, że jest ona znakiem wiecznego życia, rzucali się w chmury. Dziś turystów przed skokiem w przepaść chronią porozwieszane wokół Złotego Szczytu żelazne łańcuchy.
Pierwszy przystanek robimy w wiosce Baoguo przy klasztorze o tej samej nazwie, która składa się z jednej ulicy i samych hosteli oferujących tani nocleg. Zatrzymaliśmy się w Teddy Bear Hotel, który prowadzi Mr. Andy (chwalą go polskie i zagraniczne przewodniki za wysoki standard w niskiej cenie i niezbędną w Chinach pomoc przy załatwianiu biletów, planowaniu trasy i rezerwacji noclegów). Na miejscu okazuje się, że wszystko załatwia żona, a on sam znika na całe dnie i tylko czasami dosiada się do gości, by wypalić z nimi papierosa. W restauracji na parterze hotelu słychać wszystkie języki - turyści, którzy właśnie wrócili z trekkingu bądź właśnie nań idą, wymieniają się informacjami. Na ścianach wypisano dobre rady: "uważajcie na małpy, przydadzą się laski", "zamówcie banany w czekoladzie - nigdzie takich nie znajdziecie!". Pomiędzy turystami kręci się ubrany na biało chiński chłopiec z niesfornymi czarnymi włosami. Doradza w sprawie trasy, jedzenia, rozkładu pociągów, ucząc się przy okazji użytecznych wyrażeń w wielu językach. Wszyscy przysłuchują się jego dyskusji z amerykańskim nauczycielem o filozofii, filmach Chaplina, różnicach między Chińczykami i Amerykanami.
Wreszcie mamy okazję skosztować prawdziwej syczuańskiej kuchni. Zaczynamy ostrożnie onieśmieleni legendami o przyprawach wypalających język. W kuchni tego regionu, której smak określa się jako mala (paraliżująco-pikantny), używa się bardzo dużo pieprzu syczuańskiego, chili, imbiru i pikantnych ziół. Każdemu kęsowi towarzyszy uczucie mrowienia w ustach. Najbardziej znane danie to mapo dofu (wieprzowina zmielona z fasolą), kurczak w paście sezamowej zmieszany z cukrem i dymką i pikantne plastry gotowanej wieprzowiny. Zamawiamy kurczaka w orzechach - ostrość została przełamana świeżym ogórkiem i słonymi orzeszkami. Od razu pytamy o przepis. Po dziesięciu minutach śmiania się, rysowania i pokazywania na migi kelnerka prowadzi nas do kuchni, gdzie krok po kroku pokazuje nam, jak przyrządzić niebo w gębie.
***
Następnego dnia uzbrojeni w drewniane laski z rączkami w kształcie głowy smoka i pakiet lunchowy od Mr. Andy'ego (kanapki, butelka wody, owoce) ruszamy na trzydniowy trek: półtora dnia na wejście i półtora na zejście (na Złoty Szczyt można też dostać się kolejką linową z parkingu, do którego dojeżdża busik). Trasa prowadzi przez oświetlony słońcem las brzmiący miriadami cykad. Wspinamy się po niekończących się schodach układanych przez chińskich robotników, którzy kamienne bloki noszą na plecach. Mamy okazję oglądać ich przy pracy - odbudowują zniszczone schodki i rzeźbią w betonowych poręczach, próbując imitować drewno.
Razem z nami wspinają się Chińczycy: dzieci, starcy, młodzi zbuntowani z farbowanymi włosami, wystrojone kobiety w butach na obcasach i panowie w garniturach. Jest ich tak dużo, że na początkowym odcinku, z najbardziej popularnymi klasztorami, który można przejść w pół dnia, wędrujemy w tłumie.
W jednym z klasztorów trafiamy na buddyjski rytuał. Starzec w żółtej czapie z zamkniętymi oczami recytuje mantry. Otaczający go mnisi przygrywają mu na bębenkach, cymbałkach, uderzają dłońmi w stół. Siedzimy jak zaczarowani na czerwonych poduchach, chłonąc niezrozumiały potok słów i dźwięków, czując, że uczestniczymy w tajemniczym, mistycznym wydarzeniu. Okazało się, że to tylko codzienne modły i nikt (oprócz nas i recytującego starca) nie przywiązuje do nich specjalnej wagi. Mnisi co jakiś czas przerywają rytmiczne bębnienie i wychodzą napić się herbaty. Jeden usypia i tylko głowa kiwa mu się w rytm mantr, ludzie gadają, śmieją się, czasami dołączają do recytacji. Buddyści nie przywiązują wielkiej wagi do zachowania uroczystego nastroju, ale dla nas jest on wyjątkowy.
Po ośmiu godzinach marszu po schodach, zlani potem, ledwo stojąc na drżących nogach, docieramy do klasztoru Sadzawka Kąpiącego się Słonia i postanawiamy tu przenocować. Nic nie opisze uczucia ulgi, zachwytu i rozkoszy towarzyszącego ciepłemu prysznicowi z widokiem na niekończącą się dżunglę. Nawet ciemny i brudny pokoik nie przeszkadza.
Wieczorem obserwujemy walkę Chińczyków z małpami. Tego dnia wygrała małpa, zdobywając butelkę wody. Otworzyła ją, wypiła wodę, butelkę rzuciła na głowy obserwujących ją Chińczyków.
Nazajutrz wspinamy się w deszczu na Złoty Szczyt. Obok świątyni rozłożyły się sklepiki z pamiątkami i restauracje - kicz i komercja mieszają się z duchowością i piękną przyrodą. Każdy może wybrać coś dla siebie. Decydujemy się na chińską zupkę w proszku (pikantna wołowina z jajkiem) i na tym kończymy nasz trek. Ulewa rozszalała się na dobre i zza ściany wody nie widać ścieżki. Rezygnujemy więc z wracania na piechotę i łapiemy busik.
***
Z Baoguo jedziemy do Leshanu, miasta, w którym łączą się nurty dwóch rzek. Przez lata silne prądy i niebezpieczne wiry były zagrożeniem dla rybaków. W VIII w. mnich Haiting zaproponował wybudowanie wielkiego Buddy, który miałby strzec ludzi przed niebezpiecznymi nurtami. O tym, jak ważna jest ta budowa, przekonał cesarza dopiero, gdy wykłuł sobie oczy. Zaczętą w 713 r. budowę skończono w 803 r. Powstał Dafo - wyżłobiony w skalnym klifie posąg największego (71 m) siedzącego Buddy na świecie. Zbędne kamienie wrzucano do rzeki, nurt się uregulował i w ten sposób wielki Budda rzeczywiście pomógł rybakom.
Chcąc obejrzeć Dafo, trzeba stać w kolejce co najmniej dwie godziny, ale warto. Jego ucho ma 7 m długości, oczy w sumie 10, a na paznokciu dużego palca u nogi może stanąć 6 osób. Prawdziwych wrażeń dostarcza jednak zejście wąskimi schodami wzdłuż jednego z boków Buddy i spojrzenie nań z dołu. Naokoło wiszą tabliczki z napisami w "chinglish" (mieszanka angielskiego i chińskiego): "Keep morder, be carefull" (domyślamy się, że "morder" to "order"). Wszyscy karnie stoją w kolejce, trochę zamieszania robi tylko ekipa telewizyjna z Japonii, która co chwilę przystaje, żeby sfilmować Dafo.
Na wzgórzu znajduje się też kilka świątyń, park między wzgórzami zwany małym rajem, wioska rybacka i mały klasztor z tysiącem terakotowych figurek arhantów, mnichów, którzy osiągnęli nirwanę.
Wieczorem idziemy na szaszłyki, nasze nowe ulubione danie. Można je zjeść wszędzie. Kto ma grilla, wystawia go na ulicę i rozstawia wokół stoliki. Na targu kupuje mięso (jagnięcina, kurczak, wołowina, kosteczki, ścięgna), warzywa (tofu, bakłażan, cukinia, dymka) i grilluje. Wszystko maczane jest w oliwie, nacierane mieszanką paraliżująco ostrych ziół i przesiąknięte zapachem dymu. Do popicia schłodzona, łagodna jaśminowa herbata (jeden szaszłyk to 1-2 juany, za 15 mamy prawdziwą ucztę).
Tu kończy się nasza podróż po Syczuanie. Z Leshanu wyjeżdżamy do Yunnanu. W głowach ciągle pobrzmiewa chińskie przysłowie: "Nie jedź do Syczuanu, jeśli jesteś młody".
Bo kiedy go zobaczysz, będziesz chciał zostać tam na całe życie. A jeśli nie zostaniesz, zawsze będziesz tęsknił...
- hotele
- loty
- Oferty Booking.com
- Oferty FRU.PL
Podróże.gazeta.pl na Facebooku
Aktualna oferta

Podróżuj z nami co tydzień.
Przykładowy newsletterZaplanuj wakacje
Polska na weekend
Kontakt z redakcją
- ul. Czerska 8/10
- 00-732 Warszawa
- redakcja.podroze@gazeta.pl








więcej zdjęć









