Podróże po Indiach - Maharasztra. Budda liczy palce

Ellora nigdy nie popadła w zapomnienie, Adźanta ponad tysiąc lat czekała na odkrycie
Maharasztra leży w środkowych Indiach, między wybrzeżem Morza Arabskiego a plażami Konkan Coast, wcinając się głębokim językiem w głąb kraju. To drugi co do wielkości stan w Indiach - mieszka tu ok. 100 mln ludzi. Do najciekawszych miejsc należą wykute w skałach świątynie Ellory i Adźanty. Pierwsze znajdują się na liście Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO, drugie nazywane są Luwrem Środkowych Indii.

***

Do Aurangabadu, ważnego węzła komunikacyjnego, dojeżdżamy pociągiem z Nasiku. Miasto jest nieciekawe, składa się głównie z długiej ulicy Station Road, biegnącej od stacji kolejowej na północny wschód. Szybko znajdujemy hotelik - bardzo tani i tak brudny, że po raz pierwszy w Indiach brzydzę się usiąść na łóżku.

Zostawiamy plecaki i jedziemy motorikszą na dworzec autobusowy. Kierowca sprawnie manewruje pomiędzy setkami pojazdów, które trąbią, zajeżdżają drogę, wyprzedzają, nie respektując żadnych przepisów (wypadków, o dziwo, nie widać). Za kilkanaście minut odjeżdża autobus do Ellory, więc szybko kupujemy bilety (po 20 rupii). Przysypiamy, jadąc przez płaski, monotonnie szary krajobraz, wyprany z kolorów przez suszę. W Daulatabadzie mijamy ruiny fortecy na wzgórzu przypominającym równiutką babkę z piasku. Zbudowana w XI w. była stolicą małego królestwa, podbitego w XIII w. przez sułtana Delhi. Jego następca wpadł na szalony pomysł, by przenieść stolicę swego sułtanatu z Delhi do Daulatabadu ze wszystkimi mieszkańcami. Na jego rozkaz kilkanaście tysięcy osób wyruszyło w ponadtysiąckilometrową podróż - większość zmarła w drodze. Kiedy po kilku latach sułtan postanowił z powrotem uczynić stolicą Delhi, Daulatabad opustoszał. Chętnie odwiedzilibyśmy to miejsce, ale wtedy nie byłoby szans na zobaczenie Ellory. Podróżowanie na własną rękę przez Indie zajmuje tyle czasu, że ciągle musimy z czegoś rezygnować.

Autobus wspina się w górę na skalny występ. I oto jest Ellora. Wysiadamy na placyku, z którego widać świątynie wykute w kamiennym wale wysokim na blisko 100 m i długim na 2 km. Kupujemy bilety i zaczynamy zwiedzanie 34 świątyń. Po kolei używali ich wyznawcy trzech największych religii w Indiach: buddyzmu, hinduizmu i dźinizmu. Choć dziś należą do turystów, a składanie w nich ofiar zostało zakazane ze względów higienicznych, nadal ściągają tu liczni pielgrzymi.

W popołudniowym słońcu jest bardzo gorąco. Wędrujemy deptakiem wzdłuż świątyń, wstępując do każdej nie tylko po to, by je podziwiać, ale także szukając odrobiny cienia.

Ellora to piękny przykład tolerancji religijnej. Nikomu nie przyszło do głowy niszczyć czy bezcześcić świątyń innej religii - pokojowo egzystują tu Budda, bóstwa hinduistyczne i dźinijskie. Jako pierwsze, między V i VII w., wykuto w czarnej skale groty buddyjskie. Miejsca kultu hinduistycznego powstały między VIII i X w., a dźinijskie - od IX do XI w. Obowiązuje porządek chronologiczny - od najstarszych kaplic po prawej stronie. Nie damy rady dokładnie obejrzeć wszystkich, zatrzymujemy się dłużej w najciekawszych lub tych, które nas najbardziej zaintrygowały.

***

Na początek grota nr 5, która była częścią monastyru. Tu mnisi zbierali się, by medytować i studiować święte księgi przy wykutych w skale stołach. Strop opiera się na 27 kolumnach, jest też 17 wykutych w kamieniu mnisich cel.

Grota nr 10 uchodzi za jedną z najpiękniejszych świątyń Indii. Wejście kryje się w podcieniu wspartym na rzędzie kolumn. Niewielkie drzwi wiodą do wąskiej nawy głównej otoczonej gęstą kolumnadą. Żebrowane, półkoliste sklepienie wygląda jak szkielet wielkiego zwierzęcia. Między kolumnami a sklepieniem biegnie bogato rzeźbiony fryz. W głębi, oparty plecami o stupę, siedzi kamienny Budda, licząc swoje palce - gest symbolizuje nauczanie pięciu zasad buddyzmu. Jego łagodną twarz oświetlają promienie słoneczne wpadające przez małe okienko w ścianie groty. Reszta wnętrza tonie w półmroku. Wchodzimy w momencie, gdy naprzeciwko posągu staje mnich w czerwono-pomarańczowym stroju. To spotkanie między historią i dniem współczesnym robi na nas piorunujące wrażenie.

Świątynie hinduistyczne, w przeciwieństwie do oszczędnie zdobionych buddyjskich, roją się od postaci zapełniających ściany. Tańczący Śiwa Nataradźa, czteroręki Wisznu, bogini Ganga stojąca na krokodylu to tylko niektóre z nich. W jednej z dwupiętrowych świątyń spotykamy grupę młodych ludzi, którzy dosiadają kamiennego posążku Nandi - świętego byka - i robią sobie zdjęcia, nie przejmując się powagą zabytku.

***

Na koniec największy skarb Ellory - hinduistyczna świątynia Kailaśa. Nazwę wzięła od góry Kailaś w Himalajach, gdzie według wierzeń mieszka Śiwa.

"Wszystkie skarby sztuki bledną wobec niezwykłości i wspaniałości śiwaickiej świątyni Kajlasanatha" - pisał Józef Kremer, XIX-wieczny filozof, estetyk, historyk sztuki. Ten potężny budynek, ni to świątynia, ni to pomnik, wykuwany w skale przez 150 lat, jest największą monolityczną budowlą na świecie - ma 90 m długości, 55 szerokości i 33 wysokości (powierzchnia dwa razy większa niż Parthenonu i półtora raza od niego wyższa). Świątynia jest niezwykle bogato zdobiona - jej ściany to kamienna encyklopedia hinduizmu.

Zaczynamy od dolnej części. Przedstawiono tu niemal wszystkie najważniejsze postaci i zdarzenia religijne. Jest też figura Sfinksa - symbol handlowych układów z Egiptem w latach 702-900 p.n.e., a ważka przypomina o wędrówkach karawan Jedwabnym Szlakiem. Dziesiątki innych rzeźb i scenek wypełniają galeryjki, kapliczki, korytarze, portale i patia. Trudno to sobie wyobrazić, ale dawniej wszystkie rzeźby były jaskrawo pomalowane.

Środkowa część świątyni to wyobrażenie siedziby boga. Wykuto ją w kształcie powozu. Nie ma co prawda kół, ale wokoło stoi kilkanaście kamiennych słoni gotowych, by powieźć boską osobę.

Wędrujemy na szczyty wzgórz otaczających świątynię. Ludzie spacerujący po dziedzińcu wyglądają jak mrówki. Kolorowe sari kobiet i koszule mężczyzn odcinają się od szaroczarnych ścian świątyni, w zachodzącym słońcu przybierając odcień brązowozłoty. To znak, że czas kończyć zwiedzanie.

***

Ostatni autobus właśnie odjechał, ale na parkingu stoi pusty dżip. Nadchodzą kolejni pasażerowie, w końcu jest nas szesnaścioro (samochód normalnie mieści sześć osób). Kierowca kluczy między wioskami, w każdej zabierając pasażerów. Po godzinie, ściśnięci jak sardynki w puszce, docieramy do Aurangabadu.

Rzeka pojazdów płynie wolno główną ulicą miasta. Przeraźliwie trąbią klaksony, szary pył wzbijany przez samochody, autobusy, motoriksze wciska się do nosa i oczu. Wysiadamy na skrzyżowaniu, przy którym jest kilka barów z jedzeniem. Wybieramy najbardziej zatłoczony i zamawiamy masala dosa (rodzaj naleśnika z ziemniakami), sambar wada (przekąski z soczewicy z bardzo ostrym sosem) i wegetariańskie birjani (danie z ryżu) - wszystko bardzo smaczne.

Po kolacji spacerujemy po mieście. Kilka przecznic dalej, przy samej ulicy, mężczyzna w pomarańczowym turbanie pochyla się nad glinianą tubą - piecem tanduri. Formuje w dłoniach małe placki i przykleja je do wewnętrznych ścianek pieca - pod wpływem gorąca pieką się i puchną. Próbujemy jednego nana: mięciutki, gorący, z ciemnej mąki - pyszny! Trochę dalej natykamy się na sprzedawcę owoców. Ma m.in. dziwne brązowe kule, które od dawna mnie intrygują. Kupujemy kilogram. Jesteśmy rozczarowani - owoce mają beżowy, kaszowaty miąższ, bez smaku, bez soku. Mleko kokosowe też nas rozczarowało - jest cierpkie, widocznie owoc był niedojrzały.

Nazajutrz rano pierwszym autobusem jedziemy do Adźanty (126 km), kolejnego kompleksu świątyń. Cztery godziny tłuczemy się po bezdrożach. Przespawszy większą część trasy, budzimy się, kiedy autobus wjeżdża na górską serpentynę.

Widać już wąwóz, w którym wykute są świątynie. Najpierw musimy zapłacić taksę klimatyczną, potem przejść przez tzw. shopping plaza - plac z barami, sklepikami, budkami z napojami. Klimatyzowany, elektryczny autobus (20 rupii od osoby) dowozi nas pod same jaskinie (4 km). Zostawiamy plecaki w przechowalni (4 rupie), płacimy po 5 dol. za wejście i zaczynamy wędrówkę.

***

Świątynie są wykute w skałach wąwozu, który płynąca dołem rzeka wyrzeźbiła w miękki długi łuk w kształcie podkowy. W porze suchej zamienia się ona w ledwo widoczny strumyczek. O ile groty w Ellorze nigdy nie popadły w zapomnienie, o tyle te w Adźancie przez ponad tysiąc lat czekały na ponowne odkrycie. Natknęła się na nie w 1819 r. grupa Anglików polująca w okolicy na tygrysy. Wykuto je w skałach w dwóch etapach - ok. I w n.e. i między V i VI, wszystkie są buddyjskie.

W grocie nr 26 podziwiamy płaskorzeźbę leżącego Buddy przygotowującego się do nirwany. Jego postać tchnie niezwykłym spokojem. Wejście do groty nr 19 ma kształt łuku - symbolu wiedzy. Fasadę zdobią posągi Buddy w najrozmaitszych pozycjach. Największą atrakcją Adźanty są jednak malowidła powstałe w drugiej fazie budowy i przedstawiające sceny z kolejnych wcieleń Buddy. Setki kolorowych obrazków to także scenki rodzajowe, dzięki którym można poznać stroje, instrumenty muzyczne, fryzury, biżuterię, broń, architekturę epoki.

Najbogatsza we freski jest grota nr 2. Po lewej stronie od wejścia patrzymy na scenę narodzin Buddy - dziecko trzyma w ramionach bóg Indra. Kolumny wspierające grotę zdobią delikatne arabeski, cały sufit pokrywają malowidła, np. symboli czystości - łabędzi (dziobami filtrują nieczystości) i lotosów (wyrastają z błota, nie dotykając go).

Wielkie wrażenie zrobiła też na nas grota nr 1 z wejściem podpartym potężnymi filarami. Wewnątrz zachowała się część fresków malowanych przez wielu artystów - każdy dostał do dyspozycji kawałek ściany, by stworzyć swoją interpretację fragmentu życia Buddy. Za najpiękniejszy uważa się fresk w głębi, po lewej stronie, przed wejściem do sanktuarium z posągiem Buddy - książę Padmapani z kwiatem lotosu. Po lewej stronie od wejścia przyglądamy się Buddzie z kobrą, po prawej, na kapitelu jednej z kolumn, zachwyca nas łania o czterech tułowiach i jednej głowie.

W najważniejszych grotach freski i rzeźby podświetlone są światłowodami - światła wydobywają je z mroku, nie burząc tajemniczego nastroju.

***

W Adźancie spędziłyśmy kilka godzin. Jest tu przyjemnie także dlatego, że do grot wchodzi się bez butów, a kamienne podłogi są zimne i przyjemnie masują stopy.

W drodze do kolejnego miasta przejeżdżamy przez wstrząsająco biedne wioski. Ludzie mieszkają tu w namiotach skleconych z gałęzi i foliowych torebek. Mężczyzna w autobusie znienacka pyta mnie, co sądzę o islamie. Potem rozmowa zbacza na sytuację w Indiach. Mówi, że bieda wynika z systemu kastowego. - A demokracja? - dopytuję się. - It is a false democracy.