Z pasją o podróżach, wycieczkach i wyjazdach

Weekend ze zdrowiem - Lázne Jesenik. Bez hlavy, do połowy zada

Katarzyna Dędek
22.02.2010 , aktualizacja: 22.02.2010 10:20
A A A Drukuj
Kompleks uzdrowiskowy w Jeseniku, Czechy Fot. Shutterstock Kompleks uzdrowiskowy w Jeseniku, Czechy
Jesenik, 13-tysięczne miasteczko u podnóża góry z sanatorium Priessnitza, niewiele się różni od zaspanych wsi, które mijaliśmy po drodze. Kompleks uzdrowiskowy na zboczu wzgórza Studnicniho też nie robi wrażenia tętniącego życiem kurortu. Pod koniec XVIII w., gdy przyszedł na świat Vincenz Priessnitz, była to zabita deskami wioska. Ale po 20 latach działalności doktora Gräfenberg był jednym z najlepiej rozpoznawalnych miejsc na naszym kontynencie. Z Ameryki dochodziły listy zaadresowane: "Vincenz Priessnitz, Europa".
Wieża telewizyjna na Pradziadzie
Fot. Shutterstock
Wieża telewizyjna na Pradziadzie
Kompleks uzdrowiskowy w Jeseniku, Czechy
Fot. Shutterstock
Kompleks uzdrowiskowy w Jeseniku, Czechy
Z Częstochowy wyjeżdżamy o świcie, by po ok. 4 godz. znaleźć się w czeskiej miejscowości Lázne Jesenik (dawny Gräfenberg), gdzie z powstaniem pierwszej na świecie Vodoléeby zaczęła się nowa epoka wodolecznictwa. Świecące pustkami dawne przejście graniczne w Głuchołazach mijamy prawie niezauważalnie. Okolica jest urocza i spokojna. Jedziemy typową ulicówką, po lewej stronie wartko płynie Bela, zewsząd otaczają nas Rychlebské Hory.

***

Jesenik, 13-tysięczne miasteczko u podnóża góry z sanatorium Priessnitza, niewiele się różni od zaspanych wsi, które mijaliśmy. Główna droga ciągle gdzieś skręca i po paru zawijasach czujemy, że się zgubiliśmy. Zagadnięta Czeszka radzi, by jechać w kierunku nádraži (dworca kolejowego), a później pod górę do Lázni.

Kompleks uzdrowiskowy na zboczu wzgórza Studnicniho nie robi wrażenia tętniącego życiem kurortu. Trzy kawiarenki, kilka sklepików, centrum informacji turystycznej. Widać, że miasteczko powstawało w różnych epokach. Można tu zobaczyć przekrój uzdrowiskowej architektury XIX i XX w. Pod koniec XVIII w., gdy przyszedł na świat Vincenz Priessnitz była to zabita deskami wioska. Po 20 latach działalności doktora Gräfenberg był jednym z najlepiej rozpoznawalnych miejsc na naszym kontynencie. Z Ameryki dochodziły listy zaadresowane: "Vincenz Priessnitz, Europa".

Sercem uzdrowiska jest ogromny budynek sanatorium im. Priessnitza wybudowany według projektu Bauera w 1910 r. - ze swoimi trzystu pokojami należał do największych tego typu obiektów na świecie. Oszczędna secesyjna bryła robi wrażenie dostojnej elegancji - duże okna, zadaszone tarasy, przed wejściem powiewają europejskie flagi. Na obrotowych ławkach wokół klombów kuracjusze delektują się promieniami jesiennego słońca.

W recepcji dwie miłe Czeszki w białych fartuchach wręczają mi folder z opisem zabiegów. Jest w czym wybierać: masaże, drenaże, zawijania, bańki, akupunktura, biosolarium, inhalacje, tlenoterapia... Ponadto specjalne programy, które objawią mi tajemnicę zdrowego piękna i sprawią, że za jedyne 4195 koron (ok. 680 zł) poczuję się jak gwiazda filmowa. Terapie stosowane przez wodnego doktora były proste: zimne okłady, obmywanie bolesnych miejsc, sauny, lodowate prysznice, kąpiele, lewatywy, chodzenie boso do źródeł i gimnastyka na świeżym powietrzu. Wybieram każdego dnia trzy zabiegi: wibrosaunę, okłady borowinowe i dwufazową półkąpiel Priessnitza (terapię ruchową, czyli ćwiczenia na świeżym powietrzu, zapewnię sobie sama).

W piątek rozglądamy się po okolicy. Na pierwszy ogień idzie rodzinny dom "wodnego doktora", czyli Muzeum Priessnitza. Ten niewielki piętrowy budynek wybudował Priessnitz w 1822 r. w miejscu rodzinnej drewnianej chałupy. Dziś w dwóch salach na piętrze zgromadzono pamiątki dotyczące doktora i działalności uzdrowiska po jego śmierci. Zobaczymy więc jego kołyskę, ewidencje pierwszych pacjentów, albumy rodzinnych zdjęć, wydawnictwa poświęcone jego działalności. Są też pamiątki i portrety następców, m.in. dr Josefa Schindlera i dr. Josefa Reinholda, którzy, stosując proste priessnitzowe zabiegi, wprowadzili do uzdrowiska współczesną im wiedzę medyczną, w tym modne leczenie prądem.

W muzeum posłuchamy fascynującej opowieści o doktorze, który nie będąc doktorem, ba, nie umiejąc nawet czytać i pisać, rozpoczął nową epokę wodolecznictwa i "nawrócił człowieka do życia zgodnego z prawami przyrody".

Vincenz Priessnitz urodził się 4 października 1799 r. w rodzinie biednych rolników. W 1811 r. ślepnie jego ojciec i na dwunastoletniego chłopca spada obowiązek pracy w gospodarstwie. Nie chodził do szkoły, ale jak napisze po jego śmierci dr E. Kapper: "Przyroda była jego uniwersytetem, góry, lasy, źródła i czyste powietrze jego nauczycielkami". Cztery lata później kolejne nieszczęście - wpada pod koła załadowanego wozu. Jest mocno poturbowany, ma połamane żebra - jeśli przeżyje, do końca życia będzie kaleką. Ale Vincenz, uważny obserwator przyrody, przypomina sobie, że widział w lesie rogacza, który ranę po postrzale moczył w źródle. Przez rok cierpliwie robi sobie okłady z zimnej źródlanej wody - i wraca do zdrowia. Gdy w podobny sposób uleczy sąsiada, wieść o tym roznosi się po okolicy. Przed drzwiami chaty Priessnitza pojawiają się nowi pacjenci, jego sława rośnie z roku na rok, a w Gräfenbergu leczą się coraz zamożniejsi kuracjusze.

Okoliczni lekarze, zazdrośni o swoją pozycję, żądają zakazania szarlatańskich praktyk. Sprawa opiera się o Franciszka I - cesarska komisja złożona z najznakomitszych medyków bada sytuację. Decyzja jest pozytywna: Priessnitzowi wolno leczyć, ma oficjalną zgodę na prowadzenie uzdrowiska. Całe to zamieszanie przyniosło mu jeszcze większy rozgłos i stało się punktem zwrotnym w karierze. W 1839 r. przyjeżdża do Gräfenbergu 500 gości, w tym 120 lekarzy zakładających później w całej Europie vodolécebné lázne według Priessnitzowego wzoru.

***

Po wizycie w muzeum wędrujemy od źródełka do źródełka zgodnie z radą Priessnitza, by jak najwięcej czasu spędzać na świeżym powietrzu. Podobno mawiał, że "gdyby nie miał wody, leczyłby świeżym powietrzem". A powietrze jest tu wyborne, pachnące lasem, krystalicznie czyste - to najczystszy region w Republice Czeskiej. Zalesione pasma górskie skutecznie uniemożliwiają napływ zanieczyszczeń, tworząc swoisty mikroklimat. Mijamy drewniane platformy do kąpieli słonecznych i minibaseny do zanurzania kończyn w źródlanej wodzie. Jest też zrekonstruowany prysznic, jakiego używali pierwsi pacjenci: przymocowana do źródełka drewniana rynna, pod którą stawali kuracjusze. Wdzięczni Priessnitzowi pacjenci już za jego życia fundowali mu pomniki, bądź przy źródłach, bądź w uzdrowiskowym parku. Polacy, jako jedni z pierwszych, wznieśli obelisk w 1890 r. tuż za kapliczką, gdzie są złożone telesné ostatky doktora i jego małżonki. Najbardziej imponujący pomnik w postaci marmurowego lwa (obecnie symbol uzdrowiska) postawili Priessnitzowi Węgrzy.

Moim ulubionym zakątkiem stała się dwukilometrowa aleja w przeszło stuletnim parku, gdzie można nie tylko podziwiać okazy drzew i krzewów, ale przekonać się, w jakiej kondycji jest nasze serce. Trzeba przebiec aleję i zmierzyć tętno, a wynik odczytać na wiszącej tabeli.

W ogóle ciężko tu leniuchować, co krok a to korty tenisowe, a to minigolf czy ścieżka ćwiczeń metodą Priessnitza. Nawet plenerowa instalacja rzeźbiarska jest połączeniem artystycznych doznań z wysiłkiem wspinaczki. Na szczycie dzieła Jana Šimka "Cesty Života" możemy podziwiać najpiękniejszy widok okolicy.

Na niezmordowanych zabiegami i ruchem na świeżym powietrzu czeka wieczorek taneczny w klimacie dawnych dancingów, ale tylko do godz. 22, bo kolejnym zaleceniem dla pacjentów Priessnitza jest odpowiednio długi sen.

***

Nazajutrz o godz. 8.30 mam pierwszy zabieg - wibrosaunę (30 min - 180 koron). Z klapkami pod pachą przemykam korytarzami pełnymi kuracjuszy. Karteczki na drzwiach gabinetów przestrzegają, by ne klepat (przed moim jest dzwonek). Uśmiechnięta Czeszka zaprasza do pokoiku - mam położyć się w kapsule, którą ona zamknie. Wykluczone! Udaje się jej mnie zatrzymać dopiero po wyjaśnieniu, że wchodzę tam bez hlavý. Leżę zamknięta po szyję, po bokach mam nawiew zimnego powietrza. Aparatura rusza, zaczyna mną telepać, tzn. jakieś wałeczki pod ciałem powodują, że wibruję. Robi się coraz cieplej i bardzo przyjemnie, mięśnie rozluźniają się, wyobrażam sobie, jak z każdą minutą tracę zbędne kilogramy...

Następne zabiegi są po południu, więc jedziemy do Jesenika (kilka minut autem, kursują autobusy). Dzięki pięknemu położeniu w dolinie otoczonej przez Jesenickie Góry zwany był perłą Jeseników. Pierwsi osadnicy pojawili się tu w 1260 r. i wolne od lasu miejsce nazwali Frývaldov (frei vom Walde). Wieś bardzo szybko awansowała do rangi miasta. Wprawdzie z niewielkim zamkiem, ale bez murów, więc było często łupione. Ludzie żyli z wydobycia rud żelaza i złota. Kiedy na początku XVI w. zasoby się wyczerpały, miasto przestawiło się na bieliźniarstwo. Parkujemy w centrum, obok kościoła Wniebowzięcia Marii Panny. Zza krat widać barokowe wyposażenie, ale świątynia robi wrażenie rzadko odwiedzanej. Centralną część rynku zajmuje renesansowy ratusz z kopulastą wieżą zegarową. Na starówce trwają prace renowacyjne, a mieszkańcy zastanawiają się, czy reprezentacyjny plac nazwać po remoncie imieniem Masaryka (jak dotychczas), czy Vincenza Priessnitza, a może Hlavni Námesti? Tuż za kościołem Marii Panny odnajdujemy dosyć toporną Twierdzę na Wodzie - wygląda jak średnio udana stylizacja budynku obronnego. Gdyby nie przypory wspierające ściany, pewnie minęlibyśmy go obojętnie.

Największą okoliczną atrakcją jest jaskinia Na Pomezi (na zachód od Jesenika). Pierwsze korytarze odkryto przypadkiem w 1936 r., jednak szybko zostały zdewastowane. Dopiero w 1949 r. dokładnie ją zbadano, a w drugiej połowie lat 50. udostępniono zwiedzającym 460 m bajkowych korytarzy. Najpiękniejsza jaskinia jasenickiego krasu (podobna do naszej Jaskini Niedźwiedziej) jest wydrążona w marmurze, czyli krystalicznej wapiennej skale, tu w kolorach pomarańczy, brązu, beżu i bieli. Jest świetnie przygotowana do ruchu turystycznego: betonowe chodniki, metalowe poręcze, dyskretne światełka reflektorów wydobywają i podkreślają urodę stalaktytów, stalagmitów i stalagnatów o niesamowitych rozmiarach bądź zaskakujących kształtach. Niczego nie wolno dotykać ani zbytnio się wychylać, bo czujniki włączą alarm. Po wskazówkach przewodniczki zaczynam dostrzegać w skalnych tworach psy, słonie, czarownice... Na skrzyżowaniach wąskich korytarzy powstały większe komory, którym nadano pobudzające wyobraźnię nazwy: Lodowy dom, Łaźnie rzymskie, Skarbiec. Jest bardzo mokro (prawie 100 proc. wilgotności) i pomimo stałej temperatury (8 st.) wydaje się, że w jaskini jest dużo zimniej. Za to po wyjściu uderza nas ciepłe żywiczne powietrze.

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

  • hotele
  • loty
  • noclegi
  • Oferty Booking.com
  • Oferty FRU.PL
  • Oferty Meteor

Podróże.gazeta.pl na Facebooku