Z pasją o podróżach, wycieczkach i wyjazdach

Anna Laskowska-Łapa, architekt, współwłaścicielka Pracowni Projektowej ARCHEX s.c. w Bielsku-Białej

  • Pin It
not. mal
15.02.2010 , aktualizacja: 12.02.2010 12:44
A A A Drukuj
Serce zostało w... różnych zakątkach, które udało mi się zobaczyć, ale największa jego część pozostaje chyba w Ostrowie, niewielkiej miejscowości nad Bałtykiem, gdzie przez ostatnie 23 lata rokrocznie spędzałam wakacje
Obserwując, jak z roku na rok zmieniały się i dorastały nasze dzieci, słuchając o świcie krzyku żurawi, oglądając wszystkie oblicza morza i podziwiając jego zmienność. Zawsze jednak w pewnym momencie zaczynam tęsknić do Bielska-Białej, mojego miejsca na ziemi, i wtedy właściwie mogę już wracać do domu. Wygląda więc na to, że moje serce podzielone jest między Beskidy i Bałtyk.

Niezapomniane dni miały miejsce...

Jeden w Wenecji, która była tematem naszej pracy dyplomowej, a którą mogłam zobaczyć dopiero piętnaście lat później. Cóż, takie były czasy... Widok na plac św. Marka spod kolumnady Ala Napoleonica był tak wspaniały, że na dłuższą chwilę pozbawił mnie zdolności reagowania na otoczenie - do końca życia nie zapomnę tego wrażenia. Wenecję pierwszy raz zwiedzałam podczas krótkiego urlopu we Włoszech, a potem kilka razy jeszcze do Niej, Najjaśniejszej, wracałam (być może będę tam również w tym roku).

Drugi niezapomniany dzień przydarzył mi się w Arles w Prowansji, gdy zobaczyłam kościół Saint Trophime. Gdy w latach 70. na historii sztuki w liceum uczyłam się, że to jeden ze wspanialszych przykładów połączenia architektury romańskiej i gotyckiej, i pracowicie przerysowywałam przekroje, nie wyobrażałam sobie nawet, że kiedyś zobaczę go na własne oczy.

To właśnie w takich miejscach człowiek uzmysławia sobie nieuchronny bieg czasu i kruchość ludzkiego życia. Do Arles trafiliśmy w drodze z Hiszpanii, zwiedzając Prowansję i szukając śladów Vincenta van Gogha. Miasto wywarło na nas wielkie wrażenie, głównie chyba ze względu na niesamowitą ciągłość historii widoczną tam na każdym kroku.

Najlepsze wakacje spędziłam...

oczywiście w Ostrowie. Niestety, sporo lat temu, kiedy w sierpniu nie było tam jeszcze takiego tłoku. Ale i teraz dobrze sobie z tym problemem radzimy - najważniejsze: mieć dobrą bazę, a my ją mamy. Jedziemy tam właściwie nie na wakacje, ale do przyjaciół, którzy dbają o nas i nasze dobre samopoczucie.

W Polsce lubię...

w ogóle lubię Polskę, bo to, co można tu zobaczyć i zwiedzić, to historia Europy w pigułce. Ale najbardziej lubię jednak wrzosowiska na Bielawskich Błotach. Choćby je przejść wszerz i wzdłuż, za każdym razem odkryją jakąś swoją tajemnicę, pokażą inne, czasem groźne oblicze, nową, wydeptaną przez jelenie lub dziki ścieżkę. To tam, w czasie pieszych wędrówek, słuchałam jako małe dziecko opowieści mojego dziadka o błądzących ognikach wabiących ludzi w nieprzebyte bagna. Zrobiłam tam niezliczoną ilość zdjęć wrzosów, nieba, sosen i żurawi o różnych porach dnia, a często również po zmierzchu.

Podróżuję...

najczęściej z mężem lub z dziećmi, ale najchętniej w komplecie. Podróżowanie i zwiedzanie tylko wtedy ma dla mnie sens, gdy razem możemy zachwycać się (albo wręcz przeciwnie) urodą zabytku lub cudem natury, podyskutować o sztuce, przyrodzie czy upływie czasu.

Mój ulubiony hotel...

Nie mam ulubionego hotelu, ale świetnie się czuję w małych pensjonatach lub rodzinnych hotelikach w Austrii. Na moją wyobraźnię bardzo działa nocleg w budynkach sprzed wieków. Niedawno nocowałam w Zamku na Skale w Trzebieszowicach koło Kłodzka. Skała może nie była duża, ale hotel, ze swoją 400-letnią historią i wieloma zachowanymi śladami zamkowej przeszłości oraz bardzo miłą obsługą, naprawdę wpadał w pamięć. Na pewno tam wrócę.

Niebo w gębie poczułam w...

wielu miejscach, i to zarówno w Polsce, jak i gdzieś dalej. Najsmaczniejszą paellę jadłam w Calpe (niestety, nie pamiętam nazwy restauracji), a najlepsze carpaccio w Weronie przy Torre dei Lamberti - na polędwicę wołową o takim smaku już nigdy nie trafiłam. Najwspanialszy smak miały lody, które pałaszowaliśmy w lodziarni Paolin na Campo Santo Stefano w Wenecji.

Na bardzo dobrą kuchnię trafiliśmy wiele razy w różnych miejscach Polski, ale najczęściej wracamy do Fariny lub Trattorii Soprano w Krakowie. W pierwszej - rewelacyjne ryby, w drugiej - smaczna kuchnia i miła atmosfera.

Na wyprawę zawsze zabieram...

aparat fotograficzny (w najgorszym razie w telefonie komórkowym), no i... suszarkę do włosów. Nigdy przecież nie wiadomo, kiedy trzeba będzie dobrze wyglądać...

Nigdy więcej nie powrócę do...

Nie ma takich miejsc. Nawet jeśli gdzieś mi się nie podobało lub spotkało mnie nie najlepsze przyjęcie, mogę tam wrócić. Lubię ludzi i wierzę w ich dobrą wolę. A jeśli coś czasem nie wyjdzie, no cóż, mnie też nie zawsze wszystko się udaje.

Wkrótce będę w drodze do...

Włoch. Wybieramy się na narty do Cervinii na granicy włosko-szwajcarskiej, żeby pojeździć na stokach Matternhornu. Jeśli wszystko się uda, pobijemy nasz rodzinny rekord wysokości - od 3800 m n.p.m., dotychczas najwyżej byliśmy na 3600 m - we Francji.

Wymarzony cel podróży:

Pireneje i Sierra Nevada - na nartach.

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

  • hotele
  • loty
  • Oferty Booking.com
  • Oferty FRU.PL

Podróże.gazeta.pl na Facebooku