Miasta Afryki - Mombasa. Hakuna matata!
18.01.2010
, aktualizacja: 15.01.2010 14:58
To miasto wciąga od pierwszego spotkania, można się w nim zakochać i można je znienawidzić
ZOBACZ TAKŻE
- Z kartek Afrykańskiego Dziennika: Kilimadżaro (24-08-10, 15:14)
- Sudan - wspomnienia Piotra Tomzy (02-08-10, 06:00)
- Podróże po Afryce - Mozambik. Idąc Ave Lenine (08-02-10, 06:00)
- Kenia - dzień na safari (08-05-04, 04:00)
- Kenia. Zwierzęta i ludzie (28-06-10, 06:00)
- Kenia - autentyczny Czarny Ląd, dziki i zaskakujący. (09-05-08, 18:27)
- Afryka, jeep i my (07-07-10, 15:56)
- Pocztówka z Tanzanii. Masz męża? (01-02-10, 08:00)
GALERIA ZDJĘĆ
- Kenia - w kraju kontrastów (03-05-07, 16:00)
Gorące noce pełne są dźwięków afrykańskich bębnów i pulsujących rytmów lokalnych przebojów. Dnie przesycone olśniewającym blaskiem słońca w całej okazałości ukazują piękno i brzydotę tego starego miasta, miasta o długiej historii, gdzie od wieków stykały się różne kultury i religie. Obok kościołów w portugalskim stylu pną się w błękitne niebo strzeliste minarety meczetów, a w wąskich uliczkach starego miasta natkniemy się na kolorowe kopuły świątyń hinduskich i sikhijskich. W biednych dzielnicach, gdzie domy zbudowane są z blachy i gliny, w cieniu rozłożystych baobabów, odbywają się misteria animistycznych religii i czci się totemy afrykańskich bóstw. Powietrze jest wilgotne od upału, duszny wiatr przywiewa od morza zapach zgnilizny i sól, która oblepia człowieka od stop do głów. To miasto, które wciąga od pierwszego z nim spotkania. Można się w nim zakochać i można je znienawidzić. Ludzie są tutaj uśmiechnięci i życzliwi, dużo bardziej niż w stolicy kraju - Nairobi. "Hakuna matata!" (nie przejmuj się niczym) to dewiza mieszkańców Mombasy.
***
Mombasa jest największym portem nie tylko Kenii, ale i wschodniego wybrzeża Afryki. Leży na koralowej wyspie połączonej z lądem szeroką groblą. W IX w. powstała w tym miejscu niewielka osada służąca osadnikom z plemion Bantu i Kuszytów do wywozu kości słoniowej, przypraw, złota i innych bogactw kontynentu. Na początku XV w. rozbudowali ją portugalscy żeglarze, aby wyruszać stąd na wyprawy do Indii. Wznieśli imponujący Fort Jesus, do dzisiaj górujący nad miastem. Pod koniec XVII w., po prawie trzyletnich walkach, Mombasę zdobył sułtan Omanu, a po dwóch wiekach dostała się w ręce Angielskiej Armady. Anglicy urzędowali tutaj do połowy XX w., czyniąc z portu stolicę protektoratu.
Centrum Mombasy wita nas dwiema ogromnymi bramami w kształcie słoniowych kłów i niezliczoną liczbą straganów, na których handluje się wszystkim - od bulw manioku i wielkich owoców mango, po chińskie wieże stereo. Pełno tutaj warsztatów, w których kenijscy majstrowie dokonują cudów zręczności, zamieniając złom w przedmioty codziennego użytku. Pełno małych restauracji, a raczej krytych trzciną chat, w których spróbujemy specjalności kuchni kenijskiej - ugali (kukurydziane purée), sukuma wiki (gęsta zupa szpinakowa), serwowanych z dopiero co złowionymi rybami i ośmiornicami, smażonymi na grillach i polewanymi okrutnie pikantnymi sosami albo z nyama choma (mięso opiekane na ruszcie). Siedzące na rogach ulic kobiety sprzedają na sztuki mandazi - znakomite racuchy, ociekające gorącym lukrem i kardamonową kawę w plastikowych kubkach. Kto nie przepada za taką kuchnią, może popróbować arabskiej kofty, indyjskiego ryżu biryani, masali czy curry. Kuchnia jest znakomita, jak wszędzie, gdzie przenikają się wpływy różnych kultur i tradycji. Pamiętajmy, żeby nie pić wody z kranu podawanej do wszystkiego, wszędzie kupimy wodę mineralną albo puszkowane napoje.
***
Na zwiedzanie Mombasy wybierzmy się skoro świt. Unikniemy zwalającego z nóg upału i, jeszcze gorszej, przenikliwej, męczącej wilgoci. Fort Jesus (wizytówka miasta i jego największa atrakcja turystyczna) to ogromna, masywna budowla z koralowca i kamieni położona nad samym morzem. Włoch Joao Batiste Cairato, nadworny architekt dworu portugalskiego, zaprojektował ją tak, aby atakujący z morza byli w każdym miejscu wystawieni na ogień dział. Od XVI w. port bronił się tu przed najeźdźcami. Wielokrotnie przechodziła z rąk do rąk, ostatecznie stając się łupem Anglików, którzy uczynili z niej największą swoją warownię na wschodnim wybrzeżu Afryki. Z murów rozciąga się przepiękny widok na Ocean Indyjski, prawie zawsze pełen dhow (misternie rzeźbione łodzie arabskie) wiozących do Mombasy wszelkie dary morza. Od strony lądu w całej okazałości widać Nyali, najelegantszą dzielnicę, ciąg tropikalnych parków i ogrodów z willami w europejskim i indyjskim stylu. Na terenie warowni wzniesiono Dom Omański, w którym znajduje się kolekcja sztuki i biżuterii z Omanu i Jemenu, nieduże muzeum z ceramiką i bardzo ciekawą kolekcją przedmiotów codziennego użytku grupy etnicznej Mijikenda, od wieków zamieszkującej wybrzeże Kenii oraz przedmiotami wydobytymi z zatopionej portugalskiej fregaty z XVII w.
Na terenie fortu zawsze kreci się kilku przewodników chętnych do oprowadzania turystów. Za niewielką opłatą opowiedzą nam (w specyficznej angielszczyźnie) historię twierdzy, przeplatając fakty historyczne z wytworami własnej fantazji. Jeden z nich, student uniwersytetu w Nairobi, twierdził, że w piwnicach fortu kryją się nieznane manuskrypty Sokratesa pisane jego ręką (jak wiadomo, Sokrates nic nigdy nie napisał), przywiezione w średniowieczu przez arabskich uczonych. Kiedy o tym mówił, jego oczy świeciły tajemniczym blaskiem w ciemnościach korytarzy fortu... Wychodząc z fortu, nie zapomnijmy odwiedzić ruin kościółka, w którym znajduje się grób ze szkieletem nieznanego mnicha - strażnik nazywał go z arabska falasifi (filozof). Pytaliśmy naszego przewodnika, czy to szkielet samego Sokratesa, a on w odpowiedzi zaśpiewał nam piękną pieśń w języku suahili "Hakuna matata!".
Potem szybko na dół i przed wejściem do fortu łapiemy jedną z niezliczonych, krążących po Mombasie boda-boda (motorowa riksza) i po krótkich targach z rozpromienionym kierowcą ruszamy w trasę po mieście, nie zapominając nakryć głowy czapką, gazetą lub czymkolwiek, co uchroni nas od porażenia słonecznego. Trzymajmy się też mocno rikszy - drogi są pełne dziur, naprawdę dużych.
Najlepiej zacząć od leżącego tuż obok fortu Starego Miasta. Wąskie, ciemne, dające błogosławiony cień uliczki pełne są podupadających kamienic, które przy odrobinie wyobraźni przypominają te z dzielnicy Alfama w Lizbonie. W plątaninie ulic pełno jest sklepów i sklepików z ceramiką, tkaninami i wyrobami z koralowca. Zauważmy przepięknie zdobione drzwi i drewniane, niekiedy wspaniale inkrustowane maszrabije (okiennice). Tynki odpadają od wilgoci i wszędobylskiej soli, koty przysypiają na progach domów, a powietrze przesycone jest zapachem smażeniny, ostrych przypraw i śpiewami muezinów. Jest cicho i spokojnie, zupełnie inaczej niż w pozostałej części miasta. Koniecznie wstąpmy do jednej z licznych świątyń hinduskich. Nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, przeniesiemy się do Indii (Anglicy sprowadzili do wschodniej Afryki wielu Indusów, których potomkowie żyją tu do dzisiaj). Poczujemy zapach kadzideł, usłyszymy śpiewne mruczenie wiernych i ujrzymy oblicza indyjskich bóstw w aureolach z kwiatów. W Mombasie są świątynie Kriszny, Śiwy, a także świątynia dżinistów - religii odrzucającej całkowicie wszelką przemoc wobec istot żywych.
Po południu możemy wrócić naszą boda-boda do hotelu na zasłużoną sjestę, która jest tutaj odwiecznym i nieodłącznym rytuałem pozwalającym zachować równowagę psychofizyczną w męczącym klimacie. W Mombasie są dwa rodzaje hoteli: tanie, głównie w centrum, oraz wielkie i luksusowe kompleksy hotelowe z prywatnymi plażami i basenami na obrzeżach miasta. Te pierwsze są na każdą kieszeń, ale nie zawsze zachowują (delikatnie mówiąc) standard zbliżony do europejskiego. To miejsca dla podróżujących z plecakiem, którzy chcą być blisko prawdziwej Afryki, nie tej z folderów i kolorowych pocztówek. Te drugie to enklawy dla zorganizowanych grup z Europy i Ameryki, które codziennie przylatują na miejscowe lotnisko. Jednak i przed tymi hotelami zawsze kręcą się uśmiechnięci właściciele boda-boda, którzy bardzo chętnie zawiozą ciekawych świata turystów do Mombasy. Tej prawdziwej Mombasy.
Warto wiedzieć
• Waluta. szyling kenijski, 1 dol. = ok. 80 szylingów
• Dojazd. Z Warszawy do stolicy Kenii Nairobi - 800-1000 dol., w zależności od sezonu. Z Nairobi do Mombasy Kenya Airways 6-7 razy dziennie - bilet w jedną stronę - ok. 90 dol. Pociągiem trzy razy w tygodniu - bilet 1 kl./2 kl. - 40/50 dol.
• Wiza do Kenii (kupuje się na lotnisku) - 50 dol.
• Najlepiej wyjechać w styczniu i lutym, od marca do czerwca bywają straszne deszcze.
• Koniecznie trzeba zabrać repelenty przeciwko moskitom i leki na choroby żołądkowe i zaszczepić się na kilka tropikalnych chorób - konsultacje: Wojewódzka Stacja Sanitarno-Epidemiologiczna, Warszawa, ul. Żelazna 79, tel. 22 620 90 01. Nocleg. Dwójka w hotelu średniej klasy z toaletą - ok. 20-30 dol.
• Bezpieczeństwo. Kenia nie jest najbezpieczniejszym miejscem w Afryce, Nairobi bywa nazywane Nairobbery (od ang. słowa „robbery” - rozbój). Mombasa jest dużo bezpieczniejsza, ale po zmroku najlepiej poruszać się taksówką lub boda-boda i nie spacerować po pustych plażach.
***
Mombasa jest największym portem nie tylko Kenii, ale i wschodniego wybrzeża Afryki. Leży na koralowej wyspie połączonej z lądem szeroką groblą. W IX w. powstała w tym miejscu niewielka osada służąca osadnikom z plemion Bantu i Kuszytów do wywozu kości słoniowej, przypraw, złota i innych bogactw kontynentu. Na początku XV w. rozbudowali ją portugalscy żeglarze, aby wyruszać stąd na wyprawy do Indii. Wznieśli imponujący Fort Jesus, do dzisiaj górujący nad miastem. Pod koniec XVII w., po prawie trzyletnich walkach, Mombasę zdobył sułtan Omanu, a po dwóch wiekach dostała się w ręce Angielskiej Armady. Anglicy urzędowali tutaj do połowy XX w., czyniąc z portu stolicę protektoratu.
Centrum Mombasy wita nas dwiema ogromnymi bramami w kształcie słoniowych kłów i niezliczoną liczbą straganów, na których handluje się wszystkim - od bulw manioku i wielkich owoców mango, po chińskie wieże stereo. Pełno tutaj warsztatów, w których kenijscy majstrowie dokonują cudów zręczności, zamieniając złom w przedmioty codziennego użytku. Pełno małych restauracji, a raczej krytych trzciną chat, w których spróbujemy specjalności kuchni kenijskiej - ugali (kukurydziane purée), sukuma wiki (gęsta zupa szpinakowa), serwowanych z dopiero co złowionymi rybami i ośmiornicami, smażonymi na grillach i polewanymi okrutnie pikantnymi sosami albo z nyama choma (mięso opiekane na ruszcie). Siedzące na rogach ulic kobiety sprzedają na sztuki mandazi - znakomite racuchy, ociekające gorącym lukrem i kardamonową kawę w plastikowych kubkach. Kto nie przepada za taką kuchnią, może popróbować arabskiej kofty, indyjskiego ryżu biryani, masali czy curry. Kuchnia jest znakomita, jak wszędzie, gdzie przenikają się wpływy różnych kultur i tradycji. Pamiętajmy, żeby nie pić wody z kranu podawanej do wszystkiego, wszędzie kupimy wodę mineralną albo puszkowane napoje.
***
Na zwiedzanie Mombasy wybierzmy się skoro świt. Unikniemy zwalającego z nóg upału i, jeszcze gorszej, przenikliwej, męczącej wilgoci. Fort Jesus (wizytówka miasta i jego największa atrakcja turystyczna) to ogromna, masywna budowla z koralowca i kamieni położona nad samym morzem. Włoch Joao Batiste Cairato, nadworny architekt dworu portugalskiego, zaprojektował ją tak, aby atakujący z morza byli w każdym miejscu wystawieni na ogień dział. Od XVI w. port bronił się tu przed najeźdźcami. Wielokrotnie przechodziła z rąk do rąk, ostatecznie stając się łupem Anglików, którzy uczynili z niej największą swoją warownię na wschodnim wybrzeżu Afryki. Z murów rozciąga się przepiękny widok na Ocean Indyjski, prawie zawsze pełen dhow (misternie rzeźbione łodzie arabskie) wiozących do Mombasy wszelkie dary morza. Od strony lądu w całej okazałości widać Nyali, najelegantszą dzielnicę, ciąg tropikalnych parków i ogrodów z willami w europejskim i indyjskim stylu. Na terenie warowni wzniesiono Dom Omański, w którym znajduje się kolekcja sztuki i biżuterii z Omanu i Jemenu, nieduże muzeum z ceramiką i bardzo ciekawą kolekcją przedmiotów codziennego użytku grupy etnicznej Mijikenda, od wieków zamieszkującej wybrzeże Kenii oraz przedmiotami wydobytymi z zatopionej portugalskiej fregaty z XVII w.
Na terenie fortu zawsze kreci się kilku przewodników chętnych do oprowadzania turystów. Za niewielką opłatą opowiedzą nam (w specyficznej angielszczyźnie) historię twierdzy, przeplatając fakty historyczne z wytworami własnej fantazji. Jeden z nich, student uniwersytetu w Nairobi, twierdził, że w piwnicach fortu kryją się nieznane manuskrypty Sokratesa pisane jego ręką (jak wiadomo, Sokrates nic nigdy nie napisał), przywiezione w średniowieczu przez arabskich uczonych. Kiedy o tym mówił, jego oczy świeciły tajemniczym blaskiem w ciemnościach korytarzy fortu... Wychodząc z fortu, nie zapomnijmy odwiedzić ruin kościółka, w którym znajduje się grób ze szkieletem nieznanego mnicha - strażnik nazywał go z arabska falasifi (filozof). Pytaliśmy naszego przewodnika, czy to szkielet samego Sokratesa, a on w odpowiedzi zaśpiewał nam piękną pieśń w języku suahili "Hakuna matata!".
Potem szybko na dół i przed wejściem do fortu łapiemy jedną z niezliczonych, krążących po Mombasie boda-boda (motorowa riksza) i po krótkich targach z rozpromienionym kierowcą ruszamy w trasę po mieście, nie zapominając nakryć głowy czapką, gazetą lub czymkolwiek, co uchroni nas od porażenia słonecznego. Trzymajmy się też mocno rikszy - drogi są pełne dziur, naprawdę dużych.
Najlepiej zacząć od leżącego tuż obok fortu Starego Miasta. Wąskie, ciemne, dające błogosławiony cień uliczki pełne są podupadających kamienic, które przy odrobinie wyobraźni przypominają te z dzielnicy Alfama w Lizbonie. W plątaninie ulic pełno jest sklepów i sklepików z ceramiką, tkaninami i wyrobami z koralowca. Zauważmy przepięknie zdobione drzwi i drewniane, niekiedy wspaniale inkrustowane maszrabije (okiennice). Tynki odpadają od wilgoci i wszędobylskiej soli, koty przysypiają na progach domów, a powietrze przesycone jest zapachem smażeniny, ostrych przypraw i śpiewami muezinów. Jest cicho i spokojnie, zupełnie inaczej niż w pozostałej części miasta. Koniecznie wstąpmy do jednej z licznych świątyń hinduskich. Nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, przeniesiemy się do Indii (Anglicy sprowadzili do wschodniej Afryki wielu Indusów, których potomkowie żyją tu do dzisiaj). Poczujemy zapach kadzideł, usłyszymy śpiewne mruczenie wiernych i ujrzymy oblicza indyjskich bóstw w aureolach z kwiatów. W Mombasie są świątynie Kriszny, Śiwy, a także świątynia dżinistów - religii odrzucającej całkowicie wszelką przemoc wobec istot żywych.
Po południu możemy wrócić naszą boda-boda do hotelu na zasłużoną sjestę, która jest tutaj odwiecznym i nieodłącznym rytuałem pozwalającym zachować równowagę psychofizyczną w męczącym klimacie. W Mombasie są dwa rodzaje hoteli: tanie, głównie w centrum, oraz wielkie i luksusowe kompleksy hotelowe z prywatnymi plażami i basenami na obrzeżach miasta. Te pierwsze są na każdą kieszeń, ale nie zawsze zachowują (delikatnie mówiąc) standard zbliżony do europejskiego. To miejsca dla podróżujących z plecakiem, którzy chcą być blisko prawdziwej Afryki, nie tej z folderów i kolorowych pocztówek. Te drugie to enklawy dla zorganizowanych grup z Europy i Ameryki, które codziennie przylatują na miejscowe lotnisko. Jednak i przed tymi hotelami zawsze kręcą się uśmiechnięci właściciele boda-boda, którzy bardzo chętnie zawiozą ciekawych świata turystów do Mombasy. Tej prawdziwej Mombasy.
Warto wiedzieć
• Waluta. szyling kenijski, 1 dol. = ok. 80 szylingów
• Dojazd. Z Warszawy do stolicy Kenii Nairobi - 800-1000 dol., w zależności od sezonu. Z Nairobi do Mombasy Kenya Airways 6-7 razy dziennie - bilet w jedną stronę - ok. 90 dol. Pociągiem trzy razy w tygodniu - bilet 1 kl./2 kl. - 40/50 dol.
• Wiza do Kenii (kupuje się na lotnisku) - 50 dol.
• Najlepiej wyjechać w styczniu i lutym, od marca do czerwca bywają straszne deszcze.
• Koniecznie trzeba zabrać repelenty przeciwko moskitom i leki na choroby żołądkowe i zaszczepić się na kilka tropikalnych chorób - konsultacje: Wojewódzka Stacja Sanitarno-Epidemiologiczna, Warszawa, ul. Żelazna 79, tel. 22 620 90 01. Nocleg. Dwójka w hotelu średniej klasy z toaletą - ok. 20-30 dol.
• Bezpieczeństwo. Kenia nie jest najbezpieczniejszym miejscem w Afryce, Nairobi bywa nazywane Nairobbery (od ang. słowa „robbery” - rozbój). Mombasa jest dużo bezpieczniejsza, ale po zmroku najlepiej poruszać się taksówką lub boda-boda i nie spacerować po pustych plażach.
-
Miasta Afryki - Mombasa. Hakuna matata!
sherman-doberman
22.01.10, 23:24
]A pewnie,kto jedzie do Kenii w lipcu? Ja byłam w listopadzie (ale już prawie 20 lat temu) i żadne spaliny mi nie przeszkadzały.I zażyłam przyjemności jazdy lokalnym autobusem, olewając »
- hotele
- loty
- Oferty Booking.com
- Oferty FRU.PL
Podróże.gazeta.pl na Facebooku
Aktualna oferta

Podróżuj z nami co tydzień.
Przykładowy newsletterZaplanuj wakacje
Polska na weekend
Kontakt z redakcją
- ul. Czerska 8/10
- 00-732 Warszawa
- redakcja.podroze@gazeta.pl






więcej zdjęć









