Spacery po Londynie. Mayfair - dyskretny urok arystokracji

Mayfair to wehikuł czasu, w którym warstwy historii nakładają się na siebie
Mój Londyn jest cichy, trochę staroświecki, zielony, z ukwieconymi zaułkami i przytulnymi knajpkami. Kiedy tam mieszkałam, przynajmniej raz w tygodniu jeździłam w nowe miejsce, spacerowałam po nowej dzielnicy, siadałam w nowej kawiarni, by przetestować proponowany zestaw kanapek na ciepło, quichów, minipizz i świeżych soków. Moja noga ani razu nie postała jednak w Mayfair, choć mieszkałam niedaleko. "To zbyt snobistyczna dla mnie dzielnica" - myślałam. Sklepy Diora, ekskluzywne banki i eleganckie siedziby firm.

Owszem, Mayfair jest snobistyczne, ale nie powinnam była skreślać go z listy spacerów. To, że nie mam pieniędzy, żeby tam mieszkać (najwyższe czynsze na świecie) i jeść (pewnego wieczoru Johnny Depp wydał 11 tys. funtów na butelkę wina i jeszcze 6 tys. na jedzenie w restauracji Mirabelle), nie znaczy, że nie mogę podziwiać domów skrywających arystokratyczne tajemnice i zagłębiać się w historie królewskich skandali. Zapraszam więc na spacer po Mayfair.

***

400 lat temu były tu pola i wioski, gdzie cały Londyn, nawet ten królewski, zaopatrywał się w warzywa, mięso, świece i inne niezbędne produkty. Raz do roku odbywał się słynny majowy targ bydła zwany May Fair. W ciągu 15 dni trwania przeradzał się w konkursy pijaństwa, żonglowania, czarowania, całowania i folgowania sobie. Londyńczycy wybierali się tu więc także na zakazane rozrywki.

Londyńskie życie toczyło się jednak wokół Tamizy i kończyło na pałacu królewskim St. James - XVI-wiecznym gmaszysku przez wielu uważanym za niegodne monarchów. Ci jednak dobrze się w nim czuli - do dziś jest oficjalną siedzibą dworu królewskiego. Przy monarchach chcieli być i arystokraci, więc zaczęli się budować, tym bardziej że w XVIII w. Londyn miał już milion mieszkańców, którzy nie mieścili się na niewielkim obszarze City. Zburzono średniowieczne mury i pozwolono rozbudowywać się we wszystkie możliwe strony. Arystokracja kręciła nosem na wschodnie ziemie z gorszym powietrzem, więc zaczęła się tam osiedlać biedota. A bogaci wybrali pola majowego targu - zachodnie powietrze było świeższe, a i okolica bardziej królewska. Tylko coś trzeba było zrobić z majowymi festynami zakłócającymi spokój mieszkańców i nieprzystającymi do ich rangi. Hrabia Coventry wydał akt przypominający dzisiejsze godziny ciszy nocnej, który przyczynił się do przeniesienia festynu. Ale tradycji położyło kres wyburzenie pubów i powstanie na ich miejscu eleganckich kamienic z wielkimi oknami, kutymi w żelazie ozdobnymi "wycieraczkami" do butów i stojącymi przy schodach misternymi wygaszaczami pochodni. Mayfair został tylko w nazwie.

***

Spacerując po brukowanych uliczkach, mam wgląd w życie bogaczy, i XVIII-wiecznych, i współczesnych. Mayfair to taki wehikuł czasu, w którym warstwy historii nakładają się na siebie. Ciągle można zobaczyć placyk Shepherd's Market w miejscu, gdzie odbywały się majowe targi, zaprojektowany przez Edwarda Shepherda w połowie XVIII w. jako przeciwieństwo śmierdzących pijalni. Dziś jednak powróciły tu puby i restauracje. Polskie oko przyciągnie na pewno Polish-Mexican Bistro, serwujące kuchnię obydwu tych krajów (z domieszką francuskiej), reklamujące się jako najstarsza piwnica z winami w Mayfair. Niedaleko, przy Hay's Mews stoi dom jeszcze z XVII w. - ostatnia pamiątka po wiosce z szalonym targiem. Wyróżnia go niebieska drewniana dobudówka (stara część) i krzywe białe okna. A zaraz za rogiem kamienica, w której mieszkał Duke of Clarence (zanim w wieku 64 lat został królem Wiliamem IV o przydomku Żeglarz) ze swoją kochanką, matką jego dziesięciorga dzieci, aktorką Dorotheą Bland, nazywaną Mrs. Jordan (podobno miała najpiękniejsze i najdłuższe nogi w całym Królestwie Brytyjskim i w Irlandii). Przed plotkarskim Londynem nic się nie ukryje, więc wszyscy wiedzieli o związku królewskiego potomka z irlandzką aktorką. Jak również o tym, że powodem ich rozstania były długi księcia i konieczność ożenku z młodą (potrzeba legalnych potomków) i bogatą księżniczką.

Przyszły król nie miał daleko na Curzon Street. Od XVIII w. otwierały się tam ekskluzywne kasyna, w których można było przehulać cały majątek w jedną noc. Dziś jako najelegantsze kasyno w mieście reklamuje się Crockford założone w 1828 r. Konkuruje z nim Clermont Club przy pobliskim Berkeley Square, które nie ma żadnych znaków rozpoznawczych, i to właśnie jest jego największy znak rozpoznawczy. Żeby grać w tych kasynach (albo korzystać z ich restauracji, barów i szoferów), trzeba być członkiem klubu. W tym samym budynku siedzibę ma klub Annabel's (też bez szyldu), do którego wchodzi się przez czarną budkę przy ogrodzeniu. Klasę zdradzają tylko prowadzące w dół schody ze ścianami obitymi welurem. Klub założył w latach 60. Mark Birley i nazwał go imieniem ukochanej żony, która wkrótce potem go porzuciła. Annabel's oferuje obiady (wieść niesie, że niezwykłe, z lodami z gorzkiej czekolady na deser), tańce i niekończący się strumień drinków, ale tylko dla mężczyzn w marynarkach i koszulach z kołnierzykami (broń boże w T-shirtach) oraz kobiet w markowych sukienkach (dżinsy, skóra i szorty zabronione). To i tak rozluźnienie atmosfery po obowiązujących do niedawna krawatach. Annabel's chwali się długą listą znanych gości - od królowej (jedyny nocny klub, w jakim się podobno pojawiła), przez Franka Sinatrę, po Kate Moss. Swego czasu do czerwoności rozgrzewali tu parkiet Jackie Kennedy i Aristoteles Onassis.

***

Arystokracja musi się gdzieś ubierać, strzyc, kupować luksusowe mydła i piękną porcelanę. Jasno oświetlony sklep przy South Aldwych Street - Thomas Goode & Co - ma na szyldzie wszystkie trzy herby rodziny królewskiej, którą zaopatruje od 1827 r. Kiedyś pan Goode znany był również z zamiłowania do nowości i techniki. Zamontował pierwsze elektryczne drzwi w Londynie, które działały na dźwignię ukrytą pod drewnianą deską uruchamiającą się pod wpływem ciężaru. Wystarczyło stanąć na drewnianym podeście, a drzwi do imperium pana Goode'a stały przed nami otworem. A w imperium błyszczała najlepsza porcelana w Anglii. Do dziś zrobienie tam listy weselnej to albo rodzinny obyczaj, albo szczyt snobizmu.

Pan Goode to ciągle żywa tradycja, tak samo jak fryzjer Trumper na Curzon Street - w zakładzie zachowały się kabinki oddzielające klientów. Dżentelmeni nie rozmawiają podczas golenia czy podkręcania wąsów - zachowują dystans. A golenie to u Trumpera prawdziwa sztuka - używa się brzytwy, gęstego kremu, gorących ręczników, pędzli z borsuczego włosa i najbardziej znanego aftershave'a "West Indian Extract of Lime", melancholijnego zapachu kolonialnych czasów. Można tu podkręcić wąsy (6 funtów) albo je przyciąć (tyle samo), obciąć włosy (32), a potem kupić pędzle, kremy i aftershave'y, można też zapisać się na lekcje golenia (75 funtów). Atmosfera u Trumpera wydaje się niezmieniona od 130 lat - dostojnie, bogato, kolonialnie.

W Londynie do dziś istnieją ulice specjalizujące się w szyciu konkretnych części garderoby. Na Savile Row zamówimy garnitur na miarę. Najdroższy i najelegantszy jest zakład Gieves & Hawkes, od XVIII w. szyjący uniformy wojskowe i garnitury (kupowali tu Winston Churchill i Michael Jackson). Jermyn Street specjalizuje się w dopasowanych koszulach i usztywniaczach do kołnierzy. Pomiędzy tymi ulicami ciągną się Arkady Burlingtona. Lordowi Cavendishowi (mieszkańcowi Burlington House, w którym dziś mieści się Royal Academy of Arts przy Piccadilly) przeszkadzało, gdy wąskim pasażem obok jego muru przebiegały wyrostki rzucając śmieci i muszle po ostrygach. Zbudował więc nad nim dach, z sufitu spuścił kandelabry. Wzdłuż ścian powstał ciąg witryn, gdzie szybko zadomowiły się luksusowe swetry z kaszmiru, tweedowe marynarki, atramentowe pióra, złote zegarki, a z czasem belgijskie czekoladki i kaszmirowe szale. Tak powstał jeden z pierwszych malli w Anglii. Eleganckich arkad strzegła (i tak jest do dziś) Beadles - specjalna policja stworzona przez lorda. W szarych uniformach zapinanych na mnóstwo złotych guzików i w wysokich cylindrach pilnują, żeby nikt nie biegał, nie krzyczał, nie szedł z otwartym parasolem i nie gwizdał. Prawo zastosowane przeciwko XIX-wiecznym wyrostkom działa do dziś. Spróbujcie tylko zagwizdać, kupując kaszmirowy sweter!

Nowe sklepy powstają na New Bond Street i Old Bond Street albo na Bruton Street. Z pewnością tutejsze butiki nie są dla wszystkich, ale zawsze można wejść i popatrzeć. Chociażby do sklepu Stelli McCartney z zaadaptowaną częścią podwórka, przeszklonym dachem i wieszakami rozstawionymi wśród kwiatów.

***

Arkady Burlingtona to granica Mayfair. Ale skoro już tu jesteśmy, zróbmy mały wypad na St. James's Street (prowadzi do pałacu królewskiego). Zajrzymy do Locke'a, najelegantszego kapelusznika i do Lobba, najelegantszego szewca. U Locke & Co. ciężkie drewniane witryny witały już XVII-wiecznych klientów. Tutaj powstał kapelusz admirała Nelsona, tutaj (wspólnie z braćmi Bowler) stworzono melonik. U Lobba pachnie skórą i klejem, w witrynach stoją modele butów projektowanych od 180 lat, w tym miniatura kaloszy zrobionych na życzenie księcia Wellingtona. Buty od Lobba to luksus - ręcznie robiona para kosztuje co najmniej 2400 funtów, ale starcza na bardzo długo. Ostatnio królewskiego dostawcę odwiedzał książę Karol w butach Lobba zrobionych 40 lat temu. W piwnicach pod sklepem jest skład drewnianych modeli stóp (model robi się raz, potem buty można zamawiać bez przymiarek). Ciągle leżą tu modele królowej Wiktorii i bardziej współczesne: Sinatry, Jacqueline Kennedy i Onassisa (podobno jej stopy były większe od jego), a także Bernarda Shawa, Roalda Dahla, premierów Wielkiej Brytanii (i nie tylko).

Berry Brothers (obok Locke'a) posiadają jedną z największych (ćwierć miliona butelek) i najstarszych w Londynie piwnic z winami. Ale sklep braci Berry bardziej słynie z wagi do ważenia kawy. Ważyli się na niej i Brummell (pierwszy dandys Wielkiej Brytanii, który rozpowszechnił chodzenie w spodniach do kostek), i Byron. Raz do roku z odświętnym orszakiem do sklepu przybywał król, by sprawdzić, ile przybyło lub ubyło na wadze Zjednoczonemu Królestwu (jeśli był to ponadstukilogramowy Jerzy IV, obsługa drżała o cenny sprzęt).

St James's Street to jedna z bardziej snobistycznych ulic Londynu. Mieszczą się tu dżentelmeńskie kluby, zakładane w XIX w., np. słynny Carlton Club Partii Konserwatywnej. Torysi mieli wielki dylemat, gdy premierem została Margaret Thatcher. Kluby z definicji są tylko dla mężczyzn, ale Carlton tradycyjnie przyjmował w swoje progi szefa Partii Konserwatywnej. Zwyciężyła tradycja i pani Thatcher do dziś może przychodzić na St James's Street na cygara i whiskey (od 2008 r. poluźniono trochę przepisy dotyczące płci).

***

Londyn przecinała kiedyś sieć mniejszych i większych rzek. Początkowo dostarczały pitną wodę, ale z czasem zamieniły się w ścieki. Żeby uchronić miasto od smrodu i źródła bakterii schowano rzeki pod ziemią. Przez Mayfair płynęła Tyburn mająca źródła w Hampstead. Przez długi czas jej wody, rozprowadzane drewnianymi i skórzanymi rurami poiły większą część Londynu. Tyburn była tak ważna dla Londynu, że jedna z głównych ulic miasta nazywała się Tyburn Street, w XVIII w., kiedy Tyburn schowano pod ziemię, przechrzczono ją na Oxford Street. Tę sekretną rzekę Londynu można zobaczyć w piwnicach antykwariatu Grays przy Davies Street (tuż obok New Bond Street). Tyburn płynie spokojnie w eleganckim kanale, z czystą (na nowo) wodą i czerwonymi rybkami.

W Mayfair można znaleźć trochę natury w zgrabnych opakowaniach. Są tu piękne ogrody i parki ujęte w ramy kutych ogrodzeń, ale, po angielsku, zostawione sobie. Są oblegane przez biznesmenów, którzy w słoneczne dni (których w Londynie wbrew pozorom wcale nie brakuje, w Madrycie roczne opady są znacznie większe) w porze lunchu wychodzą z biur, kupują podgrzewane kanapki z sałatą, serem i suszonymi pomidorami, i z kubkiem mlecznej kawy siadają na trawie na przyspieszony piknik. Pamiętam, że kiedy byłam pierwszy raz w Londynie, największe wrażenie zrobił na mnie widok panów w garniturach i pań w garsonkach siedzących na trawie, czytających gazety, pogryzających kanapki i zdobywających słoneczne piegi.

Moją ulubioną częścią Mayfair są jednak ukryte pomiędzy domami zaułki, w których mieszka się w dwupoziomowych domkach przytulonych do ścian eleganckich kamienic. Do zaułków wchodzi się wąskimi uliczkami prowadzącymi do zamkniętych podwórek. Od razu robi się cicho, a kolorowe ściany domów i zieleń w donicach powodują, że jest tu przytulnie i bezpiecznie. Są to dawne stajnie, które posiadała każda szanująca się rodzina (innych w Mayfair nie było). Tam, gdzie kiedyś stały konie, dziś parkują samochody, a nad nimi zamiast służących mieszkają ludzie, których stać na kupienie mieszkania z wielkimi oknami w cichym mew. Nazwa pochodzi od "mewing", czyli pierzenia się trzymanych w stajniach ptaków łownych, które dwa razy do roku zmieniały pióra, pokrywając wszystko unoszącym się na wietrze puchem.

Niebieskie plakietki na domach opisujące ich mieszkańców kryją w sobie tajemnice wystawnego życia, często tragicznie zakończonego. Zagłębianie się w sekretne historie, szukanie śladów dyskretnego uroku arystokracji, polowanie na królewskie herby - to detektywistyczna przyjemność. Oddaję Mayfair w wasze ręce. Dalej zwiedzajcie sami, znajdując swoje ulubione miejsca, podglądając kupujących w eleganckich butikach, strzygących się u Trumpera, jedzących w Mirabelle, pijących piwo przy Shepard's Market, znikających w czarnej budce Annabel's.

PS Dziękuje Christinie Zoltowskiej za wprowadzenie mnie w świat Mayfair

W sieci

www.visitlondon.com