Moje afrykańskie przygody. Mozambik - przekraczając Zambezi
14.12.2009
, aktualizacja: 14.12.2009 12:57
Kiedy woda zalewa tylną część promu, rozglądam się za łodziami ratunkowymi - nie ma!
ZOBACZ TAKŻE
- Z kartek Afrykańskiego Dziennika: Kilimadżaro (24-08-10, 15:14)
- Podróże po Afryce - Mozambik. Idąc Ave Lenine (08-02-10, 06:00)
- Gwiazdka w Mozambiku. Zamiast karpia barakuda (08-12-08, 06:00)
- Kenia. Zwierzęta i ludzie (28-06-10, 06:00)
- Afryka, jeep i my (07-07-10, 15:56)
- Pocztówka z Tanzanii. Masz męża? (01-02-10, 08:00)
Zambezi, magiczna, dzika, nieuregulowana wielka woda, nad którą nie przewieszono dotąd mostu na drodze łączącej południe z północą kraju. To granica, za którą zaczyna się inny Mozambik, inna Afryka. Musiałem ją pokonać, aby wędrować dalej. Nie poddała się bez walki.
***
Autobus z Vilankulo do Beiry startuje o 4.30 rano. Na miejscu muszę być najpóźniej pół godziny wcześniej - jeśli się nie zabiorę, następny jutro. Zajmuję jedno z ostatnich wolnych miejsc - ruszamy punktualnie (bilet 350 meticali, czyli 35 zł). Jazda przez tę część Mozambiku to niewyobrażalna nuda. W płaskim krajobrazie nic się nie zmienia przez setki kilometrów: busz, busz i jeszcze raz busz. Czasem pojedynczy baobab, wioska w oddali, osada z dziesiątkami przydrożnych sprzedawców.
Beira jest równie nieciekawa. Krótką myśl o zwiedzaniu przegonił zakurzony bałagan pośrodku afrykańsko-europejsko-koszmarnej architektury. Łapię pierwszy minibus w kierunku na Quelimane, mieścinę po drugiej stronie Zambezi, z nieodległą Zalala Beach, gdzie można przenocować w drodze na Ilha de Mocambique.
Po ponad dwóch godzinach jazdy pomiędzy zalanymi w porze deszczowej wioskami docieramy do Inchope, skrzyżowania z główną drogą na północ, w tym i na Quelimane. I zaczyna się kilkugodzinne czekanie na komplet pasażerów do następnego minibusu. Już wiem, że nie przekroczę tego dnia Zambezi, po której tylko do godz. 18 kursuje wiekowy prom. Pytam kierowcę, co dalej. - No problem, mister. You sleep in bus - odpowiada.
Zbiera się komplet. Nocna, kilkugodzinna jazda z Inchope do Rio Zambezi (200 meticali plus 50 za bagaż) kończy się opodal rzeki. Po drodze wysiadło kilku pasażerów, zajmuję więc cały przód busa. Do kierownicy i kilku wystających elementów auta przywiązuję moskitierę, pakuję się do śpiwora, plecak pod głowę i usiłuję zasnąć.
Pobudka o godz. 4. Podjeżdżamy pod prom, gdzie stoi już ogromna kolejka pojazdów, głównie wielkich ciężarówek. Natychmiast pojawiają się naganiacze, pytając o kierunek podróży. Mówię: "Nampula", bo stamtąd jest już niedaleko na Ilha de Mocambique. Szukają dla mnie miejsca - nie ma nic. Czas płynie wolno, ale nieustannie, jak rzeka Zambezi. Nieliczni czarnoskórzy przewoźnicy oferują transport swoimi łodziami - żądają 100 meticali (prom dla piechura to symboliczny 1 metical).
Podbiega do mnie jeden z naganiaczy - jest miejsce! Na samym końcu kolejki, co oznacza kilka godzin czekania.
***
Wreszcie ruszamy, wolno, przy głośno pracujących potężnych silnikach, w poprzek wielkiej, wezbranej po ostatnich ulewach rzeki. W połowie jej szerokości nurt jest tak silny, że znosi nas w stronę wystających z wody potężnych żelbetowych przęseł ogromnego mostu w budowie. Kapitan zmienia kurs. Woda zalewa tylną, mocno obciążoną część promu. Chowam dokumenty i karty płatnicze do podwójnych woreczków plastikowych i rozglądam się za łodziami ratunkowymi - nie ma. Doświadczenie kapitana daje o sobie znać - wolno, bardzo wolno nabieramy wysokości w meandrach rzeki. Kiedy skręcamy w stronę nabrzeża, walka rozpoczyna się ponownie. Wydaje się, że jesteśmy bez szans, jednak ustawiony skosem prom brnie do przodu. Zbliżamy się do brzegu. Robi się bardzo niebezpiecznie. Nie ma już szans na żaden manewr, nabrzeże jest na naszej wysokości, a do betonowego brzegu jeszcze kilkadziesiąt metrów. Dalej już tylko przybrzeżne mielizny lub słupy mostu. Napięcie wśród pasażerów sięga zenitu. Wszyscy wpatrują się to w brzeg, to w szarobrunatną wodę atakującą statek, to w kapitana stojącego wysoko nad nami w swojej budce. Dłuższą chwilę trwa przesilenie - stoimy w miejscu. W małym zakolu woda jest jednak odrobinę spokojniejsza. Gdy uderzamy przodem promu o pochyły beton i powoli opada przednia platforma, z wszystkich uchodzi powietrze. Rozlegają się głośne, rozradowane głosy, zapalają się silniki samochodów.
Zarzucam plecaki i brnąc przez wodę między promem a nabrzeżem, wychodzę na ląd, rozglądając się za transportem w kierunku Nampula.
Do odległego o blisko 100 km Mocuba jedzie przepełniony pikap z masą towaru na prowizorycznym dachu. Za 250 meticali wciskają mnie na drewnianą ławeczkę. Po kilkunastu kilometrach okazuje się, że zmieści się jeszcze jeden pasażer, z trzema kozami, które lądują na ażurowym dachu. Co jakiś czas jedna z nich spada w czasie jazdy, zawisając kilkanaście centymetrów nad dziurawą drogą na sznurze, którym są związane i przywiązane do dachu. Kozy sikają i załatwiają się w czasie długiej podróży - wszystko leci na nas...
Tak dotarłem do miasta Mocuba. Jest autobus do Nampula, ale nazajutrz, o 5 rano. Pierwszy ponury guest house przy dworcu autobusowym jest mój - za 500 meticali mam klimatyzowany pokój i prysznic z ciepłą wodą. Na pomarańczowej od pyłu ulicy miasteczka resztki asfaltu zostały już tylko na rondzie przy urzędzie miejskim i kościele. Fotografuję ogromną ciężarówkę amerykańskiej produkcji. Tę samą, która stała w pierwszym rzędzie kolejki na prom. Nie przypuszczałem, że to wstęp do mojej kolejnej przygody - jazdy wielkim truckiem przez Afrykę - która nastąpi już za kilka dni.
***
Autobus z Vilankulo do Beiry startuje o 4.30 rano. Na miejscu muszę być najpóźniej pół godziny wcześniej - jeśli się nie zabiorę, następny jutro. Zajmuję jedno z ostatnich wolnych miejsc - ruszamy punktualnie (bilet 350 meticali, czyli 35 zł). Jazda przez tę część Mozambiku to niewyobrażalna nuda. W płaskim krajobrazie nic się nie zmienia przez setki kilometrów: busz, busz i jeszcze raz busz. Czasem pojedynczy baobab, wioska w oddali, osada z dziesiątkami przydrożnych sprzedawców.
Beira jest równie nieciekawa. Krótką myśl o zwiedzaniu przegonił zakurzony bałagan pośrodku afrykańsko-europejsko-koszmarnej architektury. Łapię pierwszy minibus w kierunku na Quelimane, mieścinę po drugiej stronie Zambezi, z nieodległą Zalala Beach, gdzie można przenocować w drodze na Ilha de Mocambique.
Po ponad dwóch godzinach jazdy pomiędzy zalanymi w porze deszczowej wioskami docieramy do Inchope, skrzyżowania z główną drogą na północ, w tym i na Quelimane. I zaczyna się kilkugodzinne czekanie na komplet pasażerów do następnego minibusu. Już wiem, że nie przekroczę tego dnia Zambezi, po której tylko do godz. 18 kursuje wiekowy prom. Pytam kierowcę, co dalej. - No problem, mister. You sleep in bus - odpowiada.
Zbiera się komplet. Nocna, kilkugodzinna jazda z Inchope do Rio Zambezi (200 meticali plus 50 za bagaż) kończy się opodal rzeki. Po drodze wysiadło kilku pasażerów, zajmuję więc cały przód busa. Do kierownicy i kilku wystających elementów auta przywiązuję moskitierę, pakuję się do śpiwora, plecak pod głowę i usiłuję zasnąć.
Pobudka o godz. 4. Podjeżdżamy pod prom, gdzie stoi już ogromna kolejka pojazdów, głównie wielkich ciężarówek. Natychmiast pojawiają się naganiacze, pytając o kierunek podróży. Mówię: "Nampula", bo stamtąd jest już niedaleko na Ilha de Mocambique. Szukają dla mnie miejsca - nie ma nic. Czas płynie wolno, ale nieustannie, jak rzeka Zambezi. Nieliczni czarnoskórzy przewoźnicy oferują transport swoimi łodziami - żądają 100 meticali (prom dla piechura to symboliczny 1 metical).
Podbiega do mnie jeden z naganiaczy - jest miejsce! Na samym końcu kolejki, co oznacza kilka godzin czekania.
***
Wreszcie ruszamy, wolno, przy głośno pracujących potężnych silnikach, w poprzek wielkiej, wezbranej po ostatnich ulewach rzeki. W połowie jej szerokości nurt jest tak silny, że znosi nas w stronę wystających z wody potężnych żelbetowych przęseł ogromnego mostu w budowie. Kapitan zmienia kurs. Woda zalewa tylną, mocno obciążoną część promu. Chowam dokumenty i karty płatnicze do podwójnych woreczków plastikowych i rozglądam się za łodziami ratunkowymi - nie ma. Doświadczenie kapitana daje o sobie znać - wolno, bardzo wolno nabieramy wysokości w meandrach rzeki. Kiedy skręcamy w stronę nabrzeża, walka rozpoczyna się ponownie. Wydaje się, że jesteśmy bez szans, jednak ustawiony skosem prom brnie do przodu. Zbliżamy się do brzegu. Robi się bardzo niebezpiecznie. Nie ma już szans na żaden manewr, nabrzeże jest na naszej wysokości, a do betonowego brzegu jeszcze kilkadziesiąt metrów. Dalej już tylko przybrzeżne mielizny lub słupy mostu. Napięcie wśród pasażerów sięga zenitu. Wszyscy wpatrują się to w brzeg, to w szarobrunatną wodę atakującą statek, to w kapitana stojącego wysoko nad nami w swojej budce. Dłuższą chwilę trwa przesilenie - stoimy w miejscu. W małym zakolu woda jest jednak odrobinę spokojniejsza. Gdy uderzamy przodem promu o pochyły beton i powoli opada przednia platforma, z wszystkich uchodzi powietrze. Rozlegają się głośne, rozradowane głosy, zapalają się silniki samochodów.
Zarzucam plecaki i brnąc przez wodę między promem a nabrzeżem, wychodzę na ląd, rozglądając się za transportem w kierunku Nampula.
Do odległego o blisko 100 km Mocuba jedzie przepełniony pikap z masą towaru na prowizorycznym dachu. Za 250 meticali wciskają mnie na drewnianą ławeczkę. Po kilkunastu kilometrach okazuje się, że zmieści się jeszcze jeden pasażer, z trzema kozami, które lądują na ażurowym dachu. Co jakiś czas jedna z nich spada w czasie jazdy, zawisając kilkanaście centymetrów nad dziurawą drogą na sznurze, którym są związane i przywiązane do dachu. Kozy sikają i załatwiają się w czasie długiej podróży - wszystko leci na nas...
Tak dotarłem do miasta Mocuba. Jest autobus do Nampula, ale nazajutrz, o 5 rano. Pierwszy ponury guest house przy dworcu autobusowym jest mój - za 500 meticali mam klimatyzowany pokój i prysznic z ciepłą wodą. Na pomarańczowej od pyłu ulicy miasteczka resztki asfaltu zostały już tylko na rondzie przy urzędzie miejskim i kościele. Fotografuję ogromną ciężarówkę amerykańskiej produkcji. Tę samą, która stała w pierwszym rzędzie kolejki na prom. Nie przypuszczałem, że to wstęp do mojej kolejnej przygody - jazdy wielkim truckiem przez Afrykę - która nastąpi już za kilka dni.
-
Mozambickie ceny
kornel-1
14.12.09, 19:06
Jestem zaskoczony tak wysokimi cenami w kraju o parytecie siły nabywczej ( PPP) czterokrotnie niższym niż w Indiach i 20-krotnie niższym niż w Polsce. 35 zł za 250 kilometrową trasę »
- hotele
- loty
- Oferty Booking.com
- Oferty FRU.PL
Podróże.gazeta.pl na Facebooku
Aktualna oferta

Podróżuj z nami co tydzień.
Przykładowy newsletterZaplanuj wakacje
Polska na weekend
Kontakt z redakcją
- ul. Czerska 8/10
- 00-732 Warszawa
- redakcja.podroze@gazeta.pl















