Hiszpańskie wędrówki. Estremadura - w magicznym trójkącie
23.11.2009
, aktualizacja: 20.11.2009 13:09
Opowieści Pedra de Lorenzo pobudziły moją wyobraźnię i zachęciły do zimowej podróży do Estremadury
ZOBACZ TAKŻE
- Madryckie eldorado (26-07-10, 06:00)
- Piękne miasta Hiszpanii. Viva Segovia! (17-05-10, 06:00)
W tym wciąż niezbyt znanym regionie na półwyspie Iberyjskim w lecie temperatura sięga 40 stopni C, w powietrzu kurz, ani śladu deszczu, a w dodatku daleko do morza. Tymczasem na przełomie roku jest całkiem przyjemnie. Czasami popada, częściej jednak świeci słońce, temperatura dochodzi do kilkunastu stopni. Estremadura to pustkowia po horyzont i wyżyny poprzecinane zerodowanymi pasmami górskimi. Nieliczne zbiorniki wodne są głęboko wcięte w pofałdowane równiny, jakby i one chowały się przed bezlitosnym słońcem. Te przez stulecia niegościnne ziemie sportretował Luis Bunuel w dokumentalnym filmie z 1932 r. "Ziemia bez chleba" ("Tierra sin pan").
Estremadura Bunuela i dzisiejsza to jednak dwa zupełnie inne światy. Region rozwija się od wejścia Hiszpanii do UE, przybywa turystów. Przyciągają ich bogate ślady przeszłości: od megalitów i dolmenów, poprzez pozostałości Imperium Rzymskiego i mauretańskie warownie, po kościoły i pałace z XVI w. Szczególnie ciekawy jest "magiczny trójkąt", jak go nazwałem, którego trzy wierzchołki wyznaczają miasta Cáceres, Merida i Trujillo. Tam bije serce Estremadury.
***
Cáceres, najciekawsze miasto regionu, leży na kompletnym pustkowiu. Jego początki sięgają starożytności - w okresie rzymskim nosiło nazwę Colonia Norba Caesarina. Dziś liczy ok. 100 tys. mieszkańców, choć wychodząc wieczorem na główną aleję, Avenida de Espana, mam wrażenie, że jestem w mieście co najmniej półmilionowym. Długą, dwupasmową arterię okoloną wieżowcami rozdziela szeroki pas zieleni. Na małych scenach, albo wprost na chodniku, występują sztukmistrze, muzycy, gawędziarze, obok kuszą kiermasze. Hiszpanie z upodobaniem spędzają czas poza domem, więc każdy pretekst do świętowania jest dobry. Dziś Avenida de Espana pęka w szwach. Trafiłem na handlowy weekend, poprzedzający ważne w Hiszpanii święto Trzech Króli, kiedy wszyscy obdarowują się prezentami, jak u nas w wigilię Bożego Narodzenia. Styczniowy wieczór jest wilgotny, dopiero co spadł anemiczny deszczyk, temperatura ok. 8 stopni.
Dwa kroki od Avenida de Espana rozpoczyna się ciąg uliczek wiodących do Plaza Mayor. Charakter zabudowy gwałtownie się zmienia, pojawiają się niewysokie, jakby poupychane na siłę kamienice, nad głowami wiszą wąskie balkony. I wreszcie Plaza Mayor, zabudowany nieco chaotycznie, z białymi elewacjami domów. Ma typowy, prostokątny kształt, ale linia zabudowy nie jest spoista. Wyróżnia się oświetlony świątecznie ratusz, na którym wisi wielki napis "Feliz Navidad" (Wesołych Świąt), krążą Mikołaje w czerwonych ubraniach.
Jednak to nie Plaza Mayor jest sercem miasta. Do jego południowej strony przylega tzw. Parte Vieja (Część Stara), zwana też Barrio Monumental (Dzielnica Zabytków). Rozległy, gęsto zabudowany kompleks pałaców, dworów i kościołów, głównie średniowiecznych, otacza wysoki mur obronny z wieżami. Parte Vieja z jej blisko 50 budowlami w 1986 r. wpisano na listę światowego dziedzictwa UNESCO. To jeden z najpiękniejszych i najciekawszych zespołów zabytkowych w Hiszpanii.
Wspinając się po kilkunastu stopniach, przechodzę z Plaza Mayor pod szerokim kamiennym Arco de la Estrella (Gwiezdny Łuk) prosto w gmatwaninę uliczek. Przeczytałem gdzieś, że ma się tu wrażenie przekraczania bramy w czasie. Odczuwam dokładnie to samo! Zbliża się północ. Latarnie oświetlają wysokie ściany budynków z żółto-szarego kamienia. Co krok to kościół, albo surowe domy pałace (casas), ozdobione omszałymi herbami. Można się tu zagubić. Wędruję z mapką sytuacyjną, bo cała ta część miasta leży na wyniesieniu, trudno o punkty orientacyjne.
Parte Vieja dostała mocny impuls do rozwoju, kiedy z zamorskich terenów, podbijanych przez Hiszpanów w XV i XVI w. konkwistadorzy zaczęli zwozić nieprzebrane skarby. Stoję przed Casa de Toledo-Moctezuma, do którego kuzyn konkwistadora Hernána Cortésa przywiózł córkę Montezumy, ostatniego króla Azteków, by tu ją poślubić. Wielki, prostokątny budynek z żółtego, zwietrzałego piaskowca zdobią znaki herbowe. Kolejne placyki i kolejne pałace: Casa de las Veletas (Dom pod Kurkami), Casa del Sol (pod Słońcem), Casa del Mono (pod Małpą) To z Cáceres pochodził m. in. Fernando de Godoy, sławny adiutant Francisca Pizarra, pierwszy wicekról Chile Pedro de Valdivia i Sebastian de Moyano Belalcázar, założyciel Quito, obecnej stolicy Ekwadoru. Gdzie nie spojrzeć, na murach i narożnikach budowli pysznią się zwietrzałe tarcze herbowe.
***
Wracam tu rano, żeby w dziennym świetle obejrzeć kościoły. Są wyniosłe, chłodne i surowe, o zimnych, kamiennych łukach i sklepieniach. W Santa Mar~a (XV-XVI w.) znajdują się grobowce wielkich rodów estremadurskich: Pizarro, Orellana, Soto. Stąpam po nierównej, wyślizganej podłodze, po której kroczyli konkwistadorzy, by ucałować wota przez wyprawami. W małej salce w rogu, za pancernymi szybami wystawiono krzyże i monstrancje, używane podczas ówczesnych mszy.
Wychodzę na słoneczny plac. Nad głową słyszę natrętne, nieustające klekotanie bocianów. Obsiadły szczyty budynków, wieże i gzymsy. Na kościele Santiago de los Caballeros naliczyłem 16 gniazd!
W Parte Vieja życie kwitnie, w kościołach regularnie odbywają się msze, w pałacach zdobywców Nowego Świata działają galerie, biblioteki, urzędy. Na placu Conde de Canilleros, w pomieszczeniach Sala de Exposiciones del Archivo trwa akurat wystawa fotografii Henryka Rossa (1910-91), Polaka z Łodzi, który dokumentował m.in. łódzkie getto. Oszałamia mnie fakt, że widzę to wszystko w miejscu tak odległym od fotografowanej tematyki. Sytuacja częściowo się wyjaśnia, kiedy na jednej z wież dostrzegam iluminowany napis "Cáceres 2016". Miasto stara się o tytuł jednej z europejskich stolic kultury. W 2016 r. rolę tę będzie pełnić jedno miasto polskie i jedno hiszpańskie. Może wtedy więcej Polaków odkryje Estremaduę...
***
Merida (z Cáceres ok. godzina drogi), za czasów Imperium Rzymskiego Augusta Emerita, była znaczącym miastem. Zjeżdżali tutaj szczególnie zasłużeni Rzymianie na coś w rodzaju naszej emerytury, stąd nazywana bywa niekiedy "hiszpańskim Rzymem". Leży nad rozległą tutaj Gwadianą, w pobliżu przebiega autostrada Madryt - Lizbona.
Współczesna Merida sprawia wrażenie, jakby została nałożona na dawną Augustę Emeritę. Za każdym rogiem ruiny rzymskich budowli bądź fragmenty antycznych łuków i murów. Łuk Trajana jest wciśnięty między mające najwyżej kilkadziesiąt lat skromne domy. Podpory wielkiego akweduktu Los Milagros biegną nad stacją kolejową i kończą się na miejskim trawniku. Świątynię Diany otaczają zewsząd niewysokie budynki mieszkalne.
Najciekawsze rzymskie pozostałości zgromadzono w Museo Nacional de Arte Romano oraz w sąsiednim kompleksie amfiteatru i teatru. Muzeum to widoczny z daleka nowoczesny ceglany budynek, postawiony w 1986 r. według projektu Rafaela Moneo. Wewnątrz ogromne przestrzenie pozwalają na obejrzenie każdego eksponatu z dowolnej perspektywy. Zobaczymy tu posągi cesarzy rzymskich, m. in. Augusta i Tyberiusza, fragmenty kolumn, mozaiki naścienne, biżuterię, monety, naczynia i inne przedmioty codziennego użytku. Amfiteatr (100 m dalej) zachował się w niepełnym kształcie. Górny pas trybun to już tylko gruzowisko, ale dolny świadczy o tym, że mogło się tu zmieścić nawet 20 tys. widzów. Obok stoi monumentalny Teatro Romano, zbudowany w 15 r. p.n.e. przez Marka Agryppę. Latem odbywa się tu cykliczny festiwal sztuk starożytnych, dlatego część miejsc na widowni odbudowano. Cały kompleks od 1993 r. znajduje się na liście światowego dziedzictwa UNESCO. Spacerując po południu ulicami Meridy, natrafiam też na współczesne dowody więzi z Rzymem. Na jednym z placów stoi niewielki pomnik wilczycy karmiącej Romulusa i Remusa - dar od władz stolicy Italii z 1997 r.
W pobliżu miasta leży niepozorna osada Medellin, gdzie w 1485 r. urodził się Hernán Cortés, zdobywca Meksyku, Hondurasu i Kuby.
***
Trujillo (ok. 90 km od Meridy), trzeci róg estremadurskiego magicznego trójkąta, jest najmniejsze i (niesłusznie) najmniej znane. Wyszukiwarki internetowe przed wszystkim kierują do innych miejscowości o tej samej nazwie w Ameryce Łacińskiej. A przecież to właśnie hiszpańskie Trujillo było dla nich pierwowzorem. Przeczytałem gdzieś, że wygląda jakby żywcem przeniesione w dzisiejsze czasy ze średniowiecza. I tak rzeczywiście jest, jeśli pominąć zwalisty silos zbożowy, zaburzający efektowną panoramę miasta z szosy biegnącej od strony Meridy.
Na szczycie wzgórza alcazaba (twierdza), jakich Maurowie zbudowali na półwyspie bez liku. Z jej wież roztacza się rewelacyjny, panoramiczny obraz Estremadury. Pofałdowane pustkowia z wyższymi wzniesieniami na horyzoncie, gdzieniegdzie kępki zieleni, głazowiska. Jest ciepło, świeci ostre zimowe słońce, widoczność sięga kilkudziesięciu kilometrów. Na bliższym planie mam ruiny starych gospodarstw, kamienne płoty odgradzające pola z pasącymi się krowami, gdzieniegdzie drzewka pomarańczowe. Żeby dotrzeć do wież alcazaby, trzeba przejść przez Plaza Mayor. Opinia, że czas zatrzymał się w Trujillo jest najbardziej zasadna właśnie tam. Plac o dość nieregularnym kształcie flankują dwa potężne pałace z XV i XVI w. - Palacio de la Conquista i Palacio de los Duques de San Carlos. Najwyżej w niebo sięgają wieże kościoła San Martin, którego budowę rozpoczęto w XIII w. Jest tak zmurszały, że wydaje się iż zaraz się rozsypie. To złudzenie to wpływ gorącego i suchego klimatu Trujillo na kamień budulcowy: powierzchowna erozja, spowodowana działaniem słońca, tworzy na kamieniu szorstką, jakby zmurszałą powłokę, a spoiwo używane do łączenia bloków częściowo się wykrusza. Gdzieniegdzie w załomach budowli wegetuje pomarańczowy mech. Na szczycie obowiązkowe gniazda bocianów, choć jest ich mniej, niż w Cáceres. Spaceruję po placu, obchodzę wyniosły pomnik urodzonego w Trujillo Francisca Pizarra (1478-1541). Konny monument podarował miastu w 1929 r. amerykański rzeźbiarz Carlos Rumsey. Wyżej, na wzgórzu znajduje się Casa Museo Pizarro, poświęcone najbardziej chyba znanemu zdobywcy Nowego Świata. Jednak - poza kilkoma eksponatami z epoki (łoża, stoły, przedmioty kuchenne, mapy) - nie ma tam nic szczególnego.
Estremadura Bunuela i dzisiejsza to jednak dwa zupełnie inne światy. Region rozwija się od wejścia Hiszpanii do UE, przybywa turystów. Przyciągają ich bogate ślady przeszłości: od megalitów i dolmenów, poprzez pozostałości Imperium Rzymskiego i mauretańskie warownie, po kościoły i pałace z XVI w. Szczególnie ciekawy jest "magiczny trójkąt", jak go nazwałem, którego trzy wierzchołki wyznaczają miasta Cáceres, Merida i Trujillo. Tam bije serce Estremadury.
***
Cáceres, najciekawsze miasto regionu, leży na kompletnym pustkowiu. Jego początki sięgają starożytności - w okresie rzymskim nosiło nazwę Colonia Norba Caesarina. Dziś liczy ok. 100 tys. mieszkańców, choć wychodząc wieczorem na główną aleję, Avenida de Espana, mam wrażenie, że jestem w mieście co najmniej półmilionowym. Długą, dwupasmową arterię okoloną wieżowcami rozdziela szeroki pas zieleni. Na małych scenach, albo wprost na chodniku, występują sztukmistrze, muzycy, gawędziarze, obok kuszą kiermasze. Hiszpanie z upodobaniem spędzają czas poza domem, więc każdy pretekst do świętowania jest dobry. Dziś Avenida de Espana pęka w szwach. Trafiłem na handlowy weekend, poprzedzający ważne w Hiszpanii święto Trzech Króli, kiedy wszyscy obdarowują się prezentami, jak u nas w wigilię Bożego Narodzenia. Styczniowy wieczór jest wilgotny, dopiero co spadł anemiczny deszczyk, temperatura ok. 8 stopni.
Dwa kroki od Avenida de Espana rozpoczyna się ciąg uliczek wiodących do Plaza Mayor. Charakter zabudowy gwałtownie się zmienia, pojawiają się niewysokie, jakby poupychane na siłę kamienice, nad głowami wiszą wąskie balkony. I wreszcie Plaza Mayor, zabudowany nieco chaotycznie, z białymi elewacjami domów. Ma typowy, prostokątny kształt, ale linia zabudowy nie jest spoista. Wyróżnia się oświetlony świątecznie ratusz, na którym wisi wielki napis "Feliz Navidad" (Wesołych Świąt), krążą Mikołaje w czerwonych ubraniach.
Jednak to nie Plaza Mayor jest sercem miasta. Do jego południowej strony przylega tzw. Parte Vieja (Część Stara), zwana też Barrio Monumental (Dzielnica Zabytków). Rozległy, gęsto zabudowany kompleks pałaców, dworów i kościołów, głównie średniowiecznych, otacza wysoki mur obronny z wieżami. Parte Vieja z jej blisko 50 budowlami w 1986 r. wpisano na listę światowego dziedzictwa UNESCO. To jeden z najpiękniejszych i najciekawszych zespołów zabytkowych w Hiszpanii.
Wspinając się po kilkunastu stopniach, przechodzę z Plaza Mayor pod szerokim kamiennym Arco de la Estrella (Gwiezdny Łuk) prosto w gmatwaninę uliczek. Przeczytałem gdzieś, że ma się tu wrażenie przekraczania bramy w czasie. Odczuwam dokładnie to samo! Zbliża się północ. Latarnie oświetlają wysokie ściany budynków z żółto-szarego kamienia. Co krok to kościół, albo surowe domy pałace (casas), ozdobione omszałymi herbami. Można się tu zagubić. Wędruję z mapką sytuacyjną, bo cała ta część miasta leży na wyniesieniu, trudno o punkty orientacyjne.
Parte Vieja dostała mocny impuls do rozwoju, kiedy z zamorskich terenów, podbijanych przez Hiszpanów w XV i XVI w. konkwistadorzy zaczęli zwozić nieprzebrane skarby. Stoję przed Casa de Toledo-Moctezuma, do którego kuzyn konkwistadora Hernána Cortésa przywiózł córkę Montezumy, ostatniego króla Azteków, by tu ją poślubić. Wielki, prostokątny budynek z żółtego, zwietrzałego piaskowca zdobią znaki herbowe. Kolejne placyki i kolejne pałace: Casa de las Veletas (Dom pod Kurkami), Casa del Sol (pod Słońcem), Casa del Mono (pod Małpą) To z Cáceres pochodził m. in. Fernando de Godoy, sławny adiutant Francisca Pizarra, pierwszy wicekról Chile Pedro de Valdivia i Sebastian de Moyano Belalcázar, założyciel Quito, obecnej stolicy Ekwadoru. Gdzie nie spojrzeć, na murach i narożnikach budowli pysznią się zwietrzałe tarcze herbowe.
***
Wracam tu rano, żeby w dziennym świetle obejrzeć kościoły. Są wyniosłe, chłodne i surowe, o zimnych, kamiennych łukach i sklepieniach. W Santa Mar~a (XV-XVI w.) znajdują się grobowce wielkich rodów estremadurskich: Pizarro, Orellana, Soto. Stąpam po nierównej, wyślizganej podłodze, po której kroczyli konkwistadorzy, by ucałować wota przez wyprawami. W małej salce w rogu, za pancernymi szybami wystawiono krzyże i monstrancje, używane podczas ówczesnych mszy.
Wychodzę na słoneczny plac. Nad głową słyszę natrętne, nieustające klekotanie bocianów. Obsiadły szczyty budynków, wieże i gzymsy. Na kościele Santiago de los Caballeros naliczyłem 16 gniazd!
W Parte Vieja życie kwitnie, w kościołach regularnie odbywają się msze, w pałacach zdobywców Nowego Świata działają galerie, biblioteki, urzędy. Na placu Conde de Canilleros, w pomieszczeniach Sala de Exposiciones del Archivo trwa akurat wystawa fotografii Henryka Rossa (1910-91), Polaka z Łodzi, który dokumentował m.in. łódzkie getto. Oszałamia mnie fakt, że widzę to wszystko w miejscu tak odległym od fotografowanej tematyki. Sytuacja częściowo się wyjaśnia, kiedy na jednej z wież dostrzegam iluminowany napis "Cáceres 2016". Miasto stara się o tytuł jednej z europejskich stolic kultury. W 2016 r. rolę tę będzie pełnić jedno miasto polskie i jedno hiszpańskie. Może wtedy więcej Polaków odkryje Estremaduę...
***
Merida (z Cáceres ok. godzina drogi), za czasów Imperium Rzymskiego Augusta Emerita, była znaczącym miastem. Zjeżdżali tutaj szczególnie zasłużeni Rzymianie na coś w rodzaju naszej emerytury, stąd nazywana bywa niekiedy "hiszpańskim Rzymem". Leży nad rozległą tutaj Gwadianą, w pobliżu przebiega autostrada Madryt - Lizbona.
Współczesna Merida sprawia wrażenie, jakby została nałożona na dawną Augustę Emeritę. Za każdym rogiem ruiny rzymskich budowli bądź fragmenty antycznych łuków i murów. Łuk Trajana jest wciśnięty między mające najwyżej kilkadziesiąt lat skromne domy. Podpory wielkiego akweduktu Los Milagros biegną nad stacją kolejową i kończą się na miejskim trawniku. Świątynię Diany otaczają zewsząd niewysokie budynki mieszkalne.
Najciekawsze rzymskie pozostałości zgromadzono w Museo Nacional de Arte Romano oraz w sąsiednim kompleksie amfiteatru i teatru. Muzeum to widoczny z daleka nowoczesny ceglany budynek, postawiony w 1986 r. według projektu Rafaela Moneo. Wewnątrz ogromne przestrzenie pozwalają na obejrzenie każdego eksponatu z dowolnej perspektywy. Zobaczymy tu posągi cesarzy rzymskich, m. in. Augusta i Tyberiusza, fragmenty kolumn, mozaiki naścienne, biżuterię, monety, naczynia i inne przedmioty codziennego użytku. Amfiteatr (100 m dalej) zachował się w niepełnym kształcie. Górny pas trybun to już tylko gruzowisko, ale dolny świadczy o tym, że mogło się tu zmieścić nawet 20 tys. widzów. Obok stoi monumentalny Teatro Romano, zbudowany w 15 r. p.n.e. przez Marka Agryppę. Latem odbywa się tu cykliczny festiwal sztuk starożytnych, dlatego część miejsc na widowni odbudowano. Cały kompleks od 1993 r. znajduje się na liście światowego dziedzictwa UNESCO. Spacerując po południu ulicami Meridy, natrafiam też na współczesne dowody więzi z Rzymem. Na jednym z placów stoi niewielki pomnik wilczycy karmiącej Romulusa i Remusa - dar od władz stolicy Italii z 1997 r.
W pobliżu miasta leży niepozorna osada Medellin, gdzie w 1485 r. urodził się Hernán Cortés, zdobywca Meksyku, Hondurasu i Kuby.
***
Trujillo (ok. 90 km od Meridy), trzeci róg estremadurskiego magicznego trójkąta, jest najmniejsze i (niesłusznie) najmniej znane. Wyszukiwarki internetowe przed wszystkim kierują do innych miejscowości o tej samej nazwie w Ameryce Łacińskiej. A przecież to właśnie hiszpańskie Trujillo było dla nich pierwowzorem. Przeczytałem gdzieś, że wygląda jakby żywcem przeniesione w dzisiejsze czasy ze średniowiecza. I tak rzeczywiście jest, jeśli pominąć zwalisty silos zbożowy, zaburzający efektowną panoramę miasta z szosy biegnącej od strony Meridy.
Na szczycie wzgórza alcazaba (twierdza), jakich Maurowie zbudowali na półwyspie bez liku. Z jej wież roztacza się rewelacyjny, panoramiczny obraz Estremadury. Pofałdowane pustkowia z wyższymi wzniesieniami na horyzoncie, gdzieniegdzie kępki zieleni, głazowiska. Jest ciepło, świeci ostre zimowe słońce, widoczność sięga kilkudziesięciu kilometrów. Na bliższym planie mam ruiny starych gospodarstw, kamienne płoty odgradzające pola z pasącymi się krowami, gdzieniegdzie drzewka pomarańczowe. Żeby dotrzeć do wież alcazaby, trzeba przejść przez Plaza Mayor. Opinia, że czas zatrzymał się w Trujillo jest najbardziej zasadna właśnie tam. Plac o dość nieregularnym kształcie flankują dwa potężne pałace z XV i XVI w. - Palacio de la Conquista i Palacio de los Duques de San Carlos. Najwyżej w niebo sięgają wieże kościoła San Martin, którego budowę rozpoczęto w XIII w. Jest tak zmurszały, że wydaje się iż zaraz się rozsypie. To złudzenie to wpływ gorącego i suchego klimatu Trujillo na kamień budulcowy: powierzchowna erozja, spowodowana działaniem słońca, tworzy na kamieniu szorstką, jakby zmurszałą powłokę, a spoiwo używane do łączenia bloków częściowo się wykrusza. Gdzieniegdzie w załomach budowli wegetuje pomarańczowy mech. Na szczycie obowiązkowe gniazda bocianów, choć jest ich mniej, niż w Cáceres. Spaceruję po placu, obchodzę wyniosły pomnik urodzonego w Trujillo Francisca Pizarra (1478-1541). Konny monument podarował miastu w 1929 r. amerykański rzeźbiarz Carlos Rumsey. Wyżej, na wzgórzu znajduje się Casa Museo Pizarro, poświęcone najbardziej chyba znanemu zdobywcy Nowego Świata. Jednak - poza kilkoma eksponatami z epoki (łoża, stoły, przedmioty kuchenne, mapy) - nie ma tam nic szczególnego.
1
2
następne »
- hotele
- loty
- Oferty Booking.com
- Oferty FRU.PL
Podróże.gazeta.pl na Facebooku
Aktualna oferta

Podróżuj z nami co tydzień.
Przykładowy newsletterZaplanuj wakacje
Polska na weekend
Kontakt z redakcją
- ul. Czerska 8/10
- 00-732 Warszawa
- redakcja.podroze@gazeta.pl

















