Trzy dni w niemieckim Szwarcwaldzie. Kukułeczka kuka...

Kto raz wpadnie do Bächle, na pewno wróci do Fryburga
Zaproszono mnie na polsko-niemieckie chrzciny do Fryburga, tego w Szwarcwaldzie, w południowych Niemczech, dla odróżnienia od Fryburga szwajcarskiego zwanego Bryzgowijskim. Szwarcwald, który starożytni Rzymianie zwali Czarnym Lasem (Selva Negra), leży w najdalszym zakątku południowo-zachodniej Badenii-Wirtembergii i rozciąga się na długości ok. 160 km. We wschodniej części tej krainy, w Furtwangen (27 km od Fryburga) ma swoje źródło Dunaj. Szwarcwald to najcieplejszy region Niemiec i drugi co do wielkości po Alpach Bawarskich masyw górski kraju (najwyższy szczyt Feldberg ma 1493 m n.p.m.).

***

Na chrzciny zjeżdża się cała rodzina, miejsce zbiórki - Schlosses, wieś z uroczą kaplicą, pensjonatem i karczmą. Mała, ale kryje w sobie prawdziwe skarby - kościółek, w którym odbywa się uroczystość, szczyci się XIII-wiecznym tryptykiem dłuta anonimowego artysty. Przed świątynią stawek otoczony pedantycznie wystrzyżonym trawnikiem i równie starannie przyciętymi krzewami. Gdzie nie spojrzeć - łąki, pola i lasy.

Po ceremonii idziemy do karczmy na uroczysty obiad. Nie znam niemieckiego, więc menu pozostaje dla mnie tajemnicą. Udało mi się zapamiętać dwa rodzaje rosołu: Flädlesuppe podawany z pokrojonym w cienkie paski plackiem naleśnikowym oraz Spätzle - z czymś w rodzaju naszych zacierek. W jednym rogu sali stoi oparty o ścianę ogromny średniowieczny krucyfiks, w drugim drewniany zegar z kukułką - symbol Szwarcwaldu.

Od Fryburga, przez St. Morgan, Furtwangen i Bad Dürrheim ciągnie się szlak tradycyjnych manufaktur i muzeów. W Schonach znajduje się najstarszy zegar z kukułką, w Hornberg muzeum zegarów z pozytywką. Rottweil (założone w 73 r. przez Rzymian) słynie z produkcji bransolet do zegarków, a także z renomowanych antykwariatów zajmujących się renowacją i konserwacją zabytkowych czasomierzy. Historia szwarcwaldzkich zegarów z kukułką sięga roku 1762, kiedy Franz Ketterer pokazał w Schönwald nowy czasomierz, w którym każdą pełną godzinę oznajmiał śpiew ptaka. Dźwięk wydobywał się z pozytywki w tarczy zegara. Z budki stylizowanej na królewski domek nie wychylała się jednak drewniana kukułka - wynaleziono ją dopiero na początku XIX w. Zegary z Badenii ozdabiano ręcznie malowanymi motywami kwiatowymi i wykańczano dekoracyjnym fryzem. Rzemieślnicy łączyli się w cechy, a swoje wyroby eksportowali nie tylko do innych krajów Europy, ale też do Turcji i na Bliski Wschód. W 1850 r. Wielki Książę Badenii ufundował w Furtwangen (pierwsze zegary mechaniczne powstały tu już w XVII w.) szkołę zegarmistrzów.

Pod wieczór zjeżdżamy na nocleg do XII-wiecznego Neustad (50 km od Fryburga). W pensjonacie poznaję 10-letniego Karola z Polski, który przyjechał w odwiedziny do niemieckiej babci. Rezolutny i rozmowny, zabiera mnie na krótki spacer po okolicy. Idąc żwirową drogą, mijamy przydrożny kamienny krzyż z figurą Chrystusa, potem, na zielonej łące pod rozłożystym drzewem białą kapliczkę. Niedaleko stoi typowy dla regionu duży szwarcwaldzki dom z krytym strzechą dachem, który schodzi prawie do samej ziemi. Dom jest przytulony do wzgórza. Od strony drogi znajduje się szczyt dachu - bezpośrednio z ulicy wjeżdża się traktorem prosto do stodoły. Pomieszczenia mieszkalne są na parterze i wchodzi się do nich z drugiej strony, od podwórka i ogrodu. Na balkonach czerwone pelargonie, trawa równo skoszona, krzewy przycięte co do milimetra. Nawet przy zagrodzie z kozami, gdzie Karol karmi codziennie swoje ulubione zwierzęta, jest schludnie i ładnie pachnie - istny landszaft.

***

Zanim wszyscy się zebrali, zrobiła się godz.10, ale z Neustad do Fryburga jest niedaleko - w godzinę docieramy na miejsce. Idziemy Oberlinden, jedną z głównych ulic. Środkiem biegną szyny, bo Fryburg to miasto tramwajów, ale mieszkańcy się nimi nie przejmują i chodzą po jezdni. Co ciekawe, nie ma świateł ani pasów. Dochodzimy do pięknej kamienicy z pruskim murem i wąską bramą, przez którą biegnie ulica. Nagle widzę, że z trzech stron zbliżają się tramwaje. Jak nic będzie kraksa, myślę. Nie wiadomo skąd wyskakuje policjant w białym uniformie i zaczyna kierować ruchem: tego zatrzymuje, tamtego przepuszcza, z maszynistą trzeciego tramwaju ucina pogawędkę. W minutę tramwaje bezpiecznie się rozjeżdżają, a ludzie, nie zważając na policjanta, znów wychodzą na jezdnię.

Wśród pieszych są głównie studenci, bo Fryburg jest miastem uniwersyteckim. Albrecht-Ludwig Universität liczy sobie 552 lata. W 1899 r. jako pierwsza uczelnia w Niemczech otworzył podwoje dla kobiet. Ale my zmierzamy dalej, do głównego placu - Münsterplatz - z katedrą. Z daleka widać strzelającą w niebo iglicę dzwonnicy.

Fryburg założyli w 1120 r. władający Badenią margrabiowie Zähringer. W 1200 r. książę Berthold V rozpoczął budowę kościoła, wzorując się na gotyku francuskim. Prace trwały 130 lat. W środku katedra jest surowa, ascetyczna, z piękną rozetą i czterema organami, na zewnątrz kunsztowne detale, dekoracyjne pilastry, kolumienki, oryginalne rzygacze (np. w postaci prosięcia) i maszkarony. Najstarszy dzwon katedry - Hosianna z 1258 r. dzwoni w każdy piątek o godz. 11 na pamiątkę śmierci Chrystusa.

Wokół katedry rozłożyły się stragany z kwiatami. Tuż obok stoi bardzo charakterystyczny budynek z czerwonej cegły, z arkadami i dwoma wykuszami po bokach - to Historische Kaufhaus, dawne hale targowe Fryburga z XV w. Spacerując po wąskich, tętniących życiem uliczkach, trafiam na uroczy Haus zum Walfisch, czyli Dom pod Wielorybem, z czerwonym wykuszem nad wejściem, który wieńczy balkonik z pomalowaną na złoto balustradą. Zaraz obok, na placu Oberlinden, mijam jedną z najstarszych, wciąż działających, karczm w Niemczech - Zum roten Bären z 1387 r. Niedaleko, w czymś na kształt brodziku wmurowanego w chodnik, taplają się dzieci - to tzw. Bächle, studzienka kanału, który w średniowieczu doprowadzał do miasta wodę pitną. Jak głosi miejscowe powiedzenie: kto raz wpadnie do Bächle, na pewno wróci do Fryburga. Oczywiście nie omieszkam zamoczyć stóp.

Ale czas ruszać dalej. Ostatnie spojrzenie na miasto: zadzieram głowę i dopiero teraz dostrzegam Schauinsland. - To nasza lokalna góra - śmieje się kuzynka. Ma 1284 m n.p.m., można na nią wjechać gondolą. Na szczycie znajduje się schronisko, restauracja, można wypożyczyć leżaki. Podobno wspaniały stamtąd widok na całą okolicę, ale nie zdążymy tego sprawdzić. Dowiaduję się, że pod górą leży największa kopalnia rudy srebra w Niemczech - 100 km chodników na 22 poziomach. Od 1975 r. Federalny Urząd Administracji wykorzystuje część jej powierzchni na magazyn archiwaliów RFN skopiowanych na rolkach filmowych. A od 1997 r. kopalnia jest otwarta dla zwiedzających (w muzeum przedstawiono 800 lat historii niemieckiego górnictwa).

***

Teściowie mojej kuzynki zaprosili nas na kolację do Titisee - od Neustad dzieli je góra Hochfirst (1190 m n.p.m.). W 1932 r. zbudowano na niej skocznię narciarską Hochfirstschanze - dziś to największa naturalna skocznia Niemiec. W 2000 r. po raz pierwszy w jej historii odbyły się tu mistrzostwa świata w skokach narciarskich. Sven Hannawald pobił wtedy jeden ze swoich pierwszych rekordów (145 m). Jeszcze do 1929 r. Titisee znane było pod nazwą Viertaler (Cztery Doliny), dziś nosi imię jeziora, nad którym wyrosło - ma 2 km długości, 700 m szerokości, 40 m głębokości. W mroźne zimy można na nim jeździć na łyżwach, latem uprawiać windsurfing czy pływać na nartach wodnych. Wypożyczymy tu kajaki i łódki, skorzystamy z kąpieliska.

Na wycieczkę wybierzemy się do pobliskiej doliny Josttal słynącej z malowniczych górskich potoków: Schildwende, Siedelbach, Eckbach, Bruckbach, Einsiedel. W Titisee pełno jest hoteli, pensjonatów, sanatoriów i restauracji. W jednej z nich na oszklonej werandzie z widokiem na jezioro czekamy na zamówione dania. Na stół wjeżdżają długie brzozowe deski pełne wędlin i serów. Salami, boczek, kaszanka, salceson i wędzona szynka (o niebo lepsza od tyrolskiego specka), i trzy rodzaje pieczywa. Toasty wznosimy Kirschwaserem - wódka z czereśni to w Badenii alkohol numer jeden. Sąsiad z prawej, rodowity Badeńczyk, podpowiada mi, że z czereśni robi się też najpopularniejszy deser regionu - tort grubo posypany startą czekoladą. Przy stole uwijają się kelnerki ubrane na ludowo - ich stroje nie są jednak tak oryginalne jak innych miast Szwarcwaldu: Gutach, Kirnbach czy Reichenbach. Tam obowiązkowe są jeszcze nakrycia głowy, tzw. Bollenhut - panny noszą kapelusze z czerwonymi pomponami, mężatki z czarnymi. Popularne są też tzw. korony - nakrycia głowy ozdobione kolorowymi wstążkami, cekinami, perłami i koralikami.

***

Okolice Fryburga to świetna baza wypadowa i do Szwajcarii (południowy sąsiad), i do Francji (zachodni). Szwarcwald leży bowiem w trójkącie wżynającym się niczym klin w oba graniczne państwa. My wybieramy szwajcarski kanton Schaffhausen. Tutaj Ren się spiętrza i spada z wysokości 28 m, tworząc największy w Europie wodospad. Góruje nad nim średniowieczna twierdza Munot. Do wodospadu podpływamy stateczkiem, który wysadza nas przy jednej z dwóch potężnych skał. Wchodzimy wąskimi schodkami na taras widokowy. Hałas tu niemiłosierny, ale wrażenia niezapomniane. Przewodnik tłumaczy, że o skały uderza 700 litrów wody na sekundę.

W tym uroczym miasteczku można zafundować sobie zegarek. Od 1868 r. ma swoją tu siedzibę słynna firma IWC - International Watch Company. Powodzenie zawdzięcza serii zegarków Mark wyprodukowanych w 1939 r. specjalnie dla pilotów. Były odporne na gwałtowne uderzenia, wibracje i wpływ pola magnetycznego. Do dziś jest wierna tradycji i produkuje Big Pilot's Watch, zegarki o średnicy 46 mm. Niestety, kosztują fortunę - z żalem opuszczam ekskluzywny sklep.

Ruszamy do miasteczka Stein am Rhein tuż nad Renem. Jego sława nie bierze się jednak ani z pięknego krajobrazu, ani benedyktyńskiego zakonu, ani bram i średniowiecznych wież. Tym, co pozostaje na zawsze w pamięci, są bogato dekorowane freskami kamienice wokół Rathausplatz. Wykusze i fasady pomalowano w fantazyjne scenki rodzajowe. Czego tu nie ma: ornamenty roślinne, zwierzęta, bukoliki, lokalne legendy, historia miasta, zasłużeni obywatele... Godzinami można snuć się po miasteczku z głową zadartą do góry, bo każdy dom to inna opowieść, inne zapisane na murze emocje.

Ale czas wracać do Neustad, pożegnać się z chrześniaczką, zaprzyjaźnionym chłopcem z pensjonatu i z samego rana ruszyć w powrotną drogę do domu.

Komentarze (1)
Trzy dni w niemieckim Szwarcwaldzie. Kukułeczka kuka...
Zaloguj się
  • krakus651

    0

    Otóż właśnie miasto w Niemczech nosi nazwę Fryburg Bryzgowijski (niem. Freiburg im Breisgau), a szwajcarskie miasto to po prostu Fryburg (niem. Freiburg im Uechtland).
    Droga Autorko trochę więc Ci się miasta pomyliły...

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX