Z pasją o podróżach, wycieczkach i wyjazdach

Dać szansę Białowieży

ADAM WAJRAK
22.10.2009 , aktualizacja: 26.10.2009 10:04
A A A Drukuj
Białowieski Program Rozwoju to nie tylko nadzieja na uratowanie ostatniego nizinnego lasu Europy. To także szansa na przywrócenie po blisko stu latach równowagi między Puszczą a mieszkającymi tu ludźmi. Szansa, jakiej ten las i ci ludzie nie mieli od czasów, gdy przyjeżdżał tu ostatni car Rosji.
W Puszczy Białowieskiej od zawsze było coś niesamowitego. Przecież gdy 600 lat temu król Władysław Jagiełło wybrał ją na swoje polowania, takich puszcz w Koronie, a tym bardziej na Litwie, nie brakowało. Ta jednak, poza tym, że była wyjątkowo zasobna w zwierzynę, musiała mieć jeszcze to coś, co spowodowało, że zachwycała nie tylko królów i carów, ale też ludzi nauki i kultury. Nie tylko z Polski. Mało kto wie, że dowiedziawszy się o jej sławie i pięknie, zamierzał tu osiąść Jan Jakub Rousseau.

Puszcza to oczywiście przyroda. Tysiące gatunków, w tym wiele wciąż nieznanych nauce. Gigantyczne dęby, świerki, lipy oraz jesiony - jedne z najwyższych w Europie. Tu żyją niezwykle rzadkie w innych częściach Europy dzięcioły: trójpalczasty i białogrzbiety. Są też oczywiście owady, z których wiele można spotkać albo tu, albo dopiero na Syberii.

Największa wartość tego lasu polega na tym, że stworzyła go nie ręka człowieka, ale procesy przyrodnicze. Oczywiście nie jest to las dziewiczy, czyli taki, w którym nie widać śladów naszej działalności. Ale w przeciwieństwie do pozostałych lasów Europy i większości lasów na świecie (które tak naprawdę są uprawami posadzonymi na miejscu swych pierwotnych poprzedników) to nie człowiek jest tu główną siłą sprawczą. Ten las, a raczej dziś już tylko jego niewielkie fragmenty, rządzi się swoimi prawami od przynajmniej 9 tys. lat, czyli od czasu, gdy lodowiec opuścił tę część Europy.

Fenomen Puszczy polega też na tym, że dopóki jako całość była chroniona przez królów, a potem carów, tutejsze społeczności miały się całkiem dobrze. Ochrona szła w parze z dobrobytem lokalnej ludności i jej dość wysokim statusem społecznym. Ustanowiony przez Władysława IV system opieki nad Puszczą stanowił, że doglądający jej ludzie tacy jak leśnicy czy osocznicy nie tylko byli wolni, ale też została im nadana ziemia. Miejscowa ludność miała prawo do zbierania leśnego miodu i korzystania z drewna. Choć carowie zakazali bartnictwa, to zezwalali na wycinanie drzew na potrzeby lokalne. Od setek lat obowiązywała zasada, którą dziś można by nazwać zrównoważonym rozwojem. Można było korzystać z dóbr Puszczy pod warunkiem, że nie naruszało to jej podstawowej tkanki. Dobra puszczańskie służyły monarsze oraz ludziom mieszkającym w tym miejscu. Oni odpowiadali za ochronę tego lasu.

Ten sprawnie działający system zakończyła I wojna światowa. W 1915 roku niemieckie władze, zaraz po wkroczeniu na te tereny, przeliczyły stojące drewno na brzęczącą monetę i rozpoczęły wycinkę. Degradacja przyrodnicza Puszczy oznaczała też degradację społeczną. Dumni strażnicy przyrody - ludzie, którzy służyli monarchom - zostali zamienieni w tartacznych robotników. Większość wycinanego tu drewna zaczęto wywozić poza Puszczę. Krocie zarabiali na nim nie lokalni przedsiębiorcy, ale ludzie, którzy Puszczy nie widzieli na oczy. Trwa to do dziś. Z każdym rokiem traci nie tylko przyroda. Puszczańskie miejscowości oddalają się od czasów swojej świetności i coraz bardziej przypominają zapomniane wsie, których pełno we wschodniej Polsce i których losem mało kto się przejmuje.

Trzeba mieć odwagę

Minister Maciej Nowicki jest odważnym człowiekiem. Gdy czytałem jego listy do mieszkańców Puszczy, przecierałem oczy ze zdumienia. Jak dotąd żaden z urzędujących ministrów środowiska nie przyznał, że z Puszczą dzieje się coś złego. Owszem, ministrowie działali, ale robili to pod naciskiem opinii publicznej. Tak było w 1996 roku, gdy po trwającej kilka lat kampanii powiększono dwukrotnie park narodowy. Wciąż jednak zajmuje on tylko niewielki skrawek Puszczy. Profesor Nowicki pisze bez ogródek, że żenującym faktem jest ochrona zaledwie 15 proc. polskiej części Puszczy w ramach parku narodowego. Pierwszy raz, od kiedy w 1918 roku Polska wróciła na te tereny, przedstawiciel rządu nazwał sprawy po imieniu. Nienaciskany, niestawiany pod ścianą przez ekologiczne kampanie.

Rzeczywiście jest tak, jak pisze prof. Nowicki - możemy się tylko wstydzić. To tak, jakby z warszawskiej starówki ochroną był objęty tylko Zamek Królewski albo zamiast całego Wawelu za zabytek uznano wyłącznie kaplicę Zygmuntowską. Zaprzeczanie temu po prostu nie ma sensu. By uporać się z tym problemem, trzeba odwagi, jaką mieli w 1921 r. twórcy Białowieskiego Parku Narodowego (warto przypomnieć, że pierwszy francuski park powstał w 1963 roku, a niemiecki w 1970). Polska zaledwie kilka lat wcześniej uzyskała niepodległość po 123 latach zaborów. Kraj był zniszczony i prowadził wojnę o swoje granice. Zrezygnowano jednak z eksploatacji drewna na obszarze blisko 5 tys. hektarów.

Parki narodowe, które powstawały w tym czasie w Europie, były parkami leśnymi na nizinach, ale przy nich Białowieski Park Narodowy jawi się niczym gigant. Na przykład utworzony w 1909 r. szwedzki park Hamara, którego bogactwem są dobrze zachowane lasy iglaste, zajmuje 28 hektarów. Niestety, w niepodległej Polsce poza parkiem narodowym Puszczę rżnięto bez litości. Przez kilkadziesiąt lat nic dobrego z Puszczą nie zrobiliśmy. Pora to zmienić.

Puszcza ginie

Dopiero w 1996 roku pod naciskiem opinii publicznej rząd powiększył park narodowy. Zaledwie o 50 km kw. Dziś realną ochroną objęte jest tylko 15 proc. polskiej części Puszczy. Co prawda na pozostałej części istnieje 120 km kw. rezerwatów, ale choć nie ma prawa wejść do nich ani turysta, ani miejscowy, to Lasy Państwowe uzyskują zgodę na wycinkę. Tylko w 2007 roku wycięto w nich pod pozorem walki z kornikiem 7,5 tys. m sześc. drewna. Z każdym wyciętym, ale też zasadzonym drzewem puszcza traci swój pierwotny charakter. Tymczasem bez szkody dla przyrody mogłoby się odbywać pozyskanie drewna wyłącznie na potrzeby lokalne.

Pomimo tego poza terenami chronionymi wciąż można znaleźć nieliczne już fragmenty puszczańskiego lasu. Nie wycięto ich i nie przekształcono z różnych przyczyn. Najczęściej były po prostu trudno dostępne. Te maleńkie fragmenty są niczym rodzynki w cieście - stanowią o fenomenie Puszczy. Są delikatną i cienką nitką łączącą obecną Puszczę, pokaleczoną i coraz bardziej przypominającą zwykły las, jakich wiele w Polsce, z pierwotną Puszczą z przeszłości.

Ale nie tylko wycinka zagraża Puszczy.

W przeciągu dziesięciu lat udostępniono przynajmniej kilka dróg puszczańskich dla ruchu publicznego. Podzielona nimi na fragmenty Puszcza jest mniej odporna na wdzieranie się obcych gatunków roślin. Trwa niekontrolowana zabudowa puszczańskich polan, a to na nich coraz częściej żywią się żubry i to one są głównym terenem łowów orlika krzykliwego, którego Puszcza jest jedną z głównych ostoi w Europie. Prymitywne wysypisko śmieci znajdujące się tuż przy granicy z rezerwatem ścisłym poza śmieciami z gminy Białowieża od niedawna przyjmuje również miesięcznie 150 ton odpadów z 20-tysięcznej Hajnówki. Do tego trzeba doliczyć całą masę nielegalnych wysypisk. Tuż przy Teremiskach, czyli mojej wsi, znam dwa, na których prócz "zwykłych" śmieci ląduje eternit z dachów i odpady po remontach, np. puszki po farbach. Zanieczyszczenia z przeciekających szamb dostają się do gleby i rzek. Wiele wsi nie jest skanalizowanych, choć plany takich inwestycji od lat leżą w szufladach urzędników.

Plan dla Puszczy

Minister Nowicki ma plan, który rozwiązałby wiele z problemów dręczących Puszczę i mieszkających tu ludzi. Proponuje, by park narodowy objął połowę Puszczy. Na pozostałej połowie znajdującej się pod zarządem Lasów Państwowych wprowadzono by niezwykle rygorystyczne zasady ochrony. Z pozyskanego tu drewna mogłaby korzystać miejscowa ludność (podobnie jak już dziś na terenach znajdujących się w parku i nieobjętych ścisłą ochroną).

Jest też część, która ma pomóc gminom w rozwoju. Samorządy mają otrzymać ponad 100 mln zł, z czego większość pochodzi ze środków Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. Realizacja programu przewidziana jest na lata 2010-14. Te 100 milionów złotych ma pokrywać 85 procent kosztów projektów złożonych przez poszczególne gminy. Z tych pieniędzy mają być finansowane oczyszczalnie ścieków, termoizolacja budynków, odnawialne źródła energii. Do tego należy jeszcze doliczyć 8 mln zł z EkoFunduszu na stację segregacji odpadów w Hajnówce. Dla gmin, których budżety roczne często nie przekraczają 5 mln zł, propozycja ministerstwa jest niepowtarzalną szansą.

Stosując analogie historyczne, można napisać, że Białowieski Program Rozwoju to szansa dla tutejszych społeczności, jakiej nie miały one od czasów, gdy do Puszczy przyjeżdżał Mikołaj II, ostatni car Rosji. To wtedy powstała droga, z której wszyscy korzystamy, jeżdżąc na zakupy do Hajnówki, oraz niefunkcjonująca już kolej. Za czasów carskich zbudowano szkołę, w której do niedawna uczyły się białowieskie dzieci.

Dziś rozwój polega na nieco czym innym. Bez oczyszczalni ścieków, nowoczesnej gospodarki odpadami, bez energii odnawialnej i energooszczędnych technologii nie ma mowy o skoku cywilizacyjnym. Przemysł turystyczny, który jest jedyną nadzieją regionu, bez ochrony Puszczy i bez tych inwestycji nie będzie mógł się rozwijać. Kto będzie chciał przyjechać do wycinanego, zaśmieconego lasu, który z dawną Puszczą będzie łączyła tylko nazwa? Propozycja ministra Nowickiego nie oznacza wzrostu bezrobocia, ale przeciwnie - wzrost zatrudnienia. Zresztą, czy tutejsi ludzie nie zasługują na coś lepszego niż kariera drwala zakończona chorobą wibracyjną? Warto powrócić do sprawdzonej przez wieki zasady: mieszkańcom Puszczy żyło się dostatnio, gdy była ona chroniona. Na zachowanej Puszczy Polska skorzysta na pewno. Wreszcie będziemy mogli przestać się wstydzić tego, co robimy z ostatnim naturalnym nizinnym lasem Europy.

[autor fot./rys] JANUSZ KORBEL

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

  • hotele
  • loty
  • noclegi
  • Oferty Booking.com
  • Oferty FRU.PL
  • Oferty Meteor

Podróże.gazeta.pl na Facebooku