Z pasją o podróżach, wycieczkach i wyjazdach

Wędrówki po Rzymie. Zatybrze pachnie kawą

  • Pin It
Tomasz Słomczyński
19.10.2009 , aktualizacja: 16.10.2009 13:17
A A A Drukuj
Fot. Tomasz Słomczyński
W tej dzielnicy proporcje między turystami i miejscowymi są do zniesienia
Rzeźba św. Cecylii w kościele pod jej wezwaniem
Fot. Tomasz Słomczyński
Rzeźba św. Cecylii w kościele pod jej wezwaniem
Rzym, Wieczne Miasto, do którego podobno prowadzą wszystkie drogi. Dziś stolica Italii jest ikoną kultury europejskiej do tego stopnia, że ze słowem "Rzymianin" kojarzy się postać starszego pana z wydatnym nosem ubranego w białe prześcieradło lub legionisty w hełmie zakrywającym policzki. A przecież rzymianie żyją i dziś. Tworzą egzotyczny krajobraz miasta, w którym tradycja spotyka się ze specyficzną włoską nowoczesnością.

***

Zwiedzanie Rzymu, tak jak każdej metropolii, zaczynam jeszcze w domu od studiowania planu miasta i lektury przewodnika. Zazwyczaj zaznaczam na planie teren ścisłego centrum turystycznego, którym nie będę szczególnie zainteresowany, i szukam labiryntów, wąskich uliczek, zaułków. Jeśli miasto leży nad rzeką, moją uwagę przykuwa przeciwległy brzeg. Szukam informacji o tym, gdzie w XIX w. mieszkał plebs albo mniejszości narodowe. Tak natrafiam na najciekawsze części historycznych miast, które zachowują własny, specyficzny zapach i smak. Palec wędrujący po planie Rzymu od razu trafia na zachodni brzeg Tybru, do dzielnicy, którą w czasach starożytnych zamieszkiwali Żydzi i Syryjczycy, później biedota. Czytając określenia: "dzielnica rewolucjonistów", "kolebka dialektu Rzymian, tak zwanego romanesco", już wiem, że zwiedzanie Rzymu ograniczę do Trastevere, czyli Zatybrza. Po przyjeździe od razu znajduję to, czego szukałem - obraz życia współczesnych rzymian. Wyjątkowo malowniczy obraz.

Od Polki mieszkającej od 11 lat w Rzymie dowiaduję się, że na Trastevere mieszkania nie mają ceny (w centrum metr kw. kosztuje nawet 7 tys. euro) - kiedy się pojawią, natychmiast znikają. Znajdują się tacy, którzy zapłacą każdą cenę, by zamieszkać w dawnej dzielnicy biedoty spalonej niegdyś przez Nerona. Rzym nie różni się od wielu miast, w których modne stają się miejsca dotychczas zapomniane, funkcjonujące jakby w cieniu swoich znanych sąsiadów. Urbaniści nazywają to zjawisko rewitalizacją. Nasi specjaliści powinni przyjeżdżać na wycieczki do Rzymu, by zobaczyć, jak powinno funkcjonować drugie, mniej formalne centrum historycznego miasta. Ciekawe, czy Trastevere podzieli los innych, podobnych dzielnic w europejskich miastach, stając się - w miejsce żywego organizmu - skansenem? Takie głosy można tu usłyszeć. Wraz z napływem bogatych mieszkańców, często artystów, czasem zwykłych snobów, nadchodzi nowe, a po starym pozostanie tylko nostalgia.

***

O poranku Trastevere pachnie przede wszystkim kawą. Niektóre cafeterie otwierają się wcześnie rano. Włosi przeciągle ziewają przed pierwszym espresso, przed oczami gazeta. Chwila spokoju trwa bardzo krótko. Na rogu Via Garibaldi i Via della Lungara przed ósmą już tłok. Wygląda na to, że porannej kawy przed pracą nie pija się w domu. W zasadzie nie ma gdzie usiąść, zresztą po co siadać, nie ma na to czasu. Szybkie espresso, dwa słowa zamienione z barmanem albo z kolegą (wszyscy się tu znają), i do pracy.

Cafeteria jest instytucją. To nie tylko miejsce spożywania mocnego i orzeźwiającego napoju w miniaturowych jak na polskie standardy filiżankach. To wpisany w kulturę miasta żywy symbol stylu życia, które toczy się, a w zasadzie gna, poza czterema ścianami mieszkań.

Największe wrażenie robi mężczyzna stojący za barem. Ogromny ekspres do kawy ma kilka wajch i pokręteł. Jego ręce bezbłędnie trafiają do właściwych uchwytów. Psss... Lewa ręka przesunięciem wajchy wypuszcza z sykiem sprężone powietrze, prawa podsuwa filiżankę. Usta bez przerwy pracują, oczy bacznie obserwują, co dzieje się na niewielkiej, wypełnionej po brzegi sali.

Po nerwowym i pospiesznym poranku następuje leniwe południe. Czerwony, lśniący kubraczek okrywa futerko, spod którego spogląda miniaturowy pyszczek pudelka. Właścicielka pieska rozmawia ze starszym panem, zapewne właścicielem przybytku. Wygląda na to, że znają się od lat. Spogląda na nich podejrzliwie żona właściciela, nazwijmy ją cafeteriamama. Oprócz ich trojga jest jeszcze nieogolony obcokrajowiec, który nie zna włoskiego. Szefowa cafeterii wolno i wyraźnie powtarza cenę za piwo, tak jakby mogło to choć odrobinę zmienić zakłopotany wyraz twarzy przybysza z obcego kraju. Właśnie. To on ma zakłopotany wyraz twarzy, bo nie zna włoskiego, a cafeteriamama mówi przecież wolno i wyraźnie. W końcu się dogadują: five and fifty, cinque e cinquanta.

W tym czasie pani z pudelkiem zdaje się załatwiać jakieś swoje sprawy. Leją się potoki zdań, czasem mówią dwie osoby naraz - pani z pudelkiem, właściciel cafeterii, czasem dołączy jego żona, gwar, jakby siedział tu szwadron pijanych szwoleżerów. Przez szybę z ulicy dojrzała pudelka inna pani, z dwoma jamniczkami (bez ubranek). Po chwili, wciąż rozmawiając z właścicielem, pani z pudelkiem wychodzi do pani z jamniczkami, zaraz potem ich eleganckie jesionki ze stukotem butów na wysokich obcasach znikają pośród zaułków i suszącego się na sznurach prania.

Po południu poznaję smak nad wyraz sytego spaghetti carbonara serwowanego w lokalu, w którym obcokrajowcy to rzadkie okazy. Kucharz zwykł wychodzić do spożywających i pytać każdego z osobna, czy smakuje. Ponad dwa metry wzrostu, pewnie ponad sto kilo sadła i mięśni ukrytych pod fartuchem. Więc nawet gdyby nie smakowało (a smakowało!), to pewnie nie ośmieliłbym się do tego przyznać. Po przeprowadzeniu prawie socjologicznego wywiadu ze wszystkimi gośćmi, wielkolud stanął na rogu przed lokalem, by podyskutować z 20 lat młodszym kolegą i drugim, 20 lat starszym. Nie znam włoskiego, wychwytuję pojedyncze słowa: "AS Roma", "Lazio", "Berlusconi".

Nietrudno się domyślić, jak wygląda wieczór: gwar zapełnionych kafejek, w niektórych muzyka na żywo. W nocy jest znacznie więcej turystów niż za dnia. Najwyraźniej przewodniki skutecznie przekonują, że warto tu wydać kilka euro na nocne rozrywki. Nad ranem mocno rozluźnieni przybysze ze świata przyznają, że rzeczywiście było warto, i wracają do swoich hosteli. Za chwilę Włosi otworzą pierwsze cafeterie. Trastevere funkcjonuje jak dobrze naoliwiony mechanizm.

***

To nie jest tak, że na Trastevere w ciągu dnia nie ma turystów. Owszem, są - odwiedzają kilka zabytków i atrakcji turystycznych. Jednak w tej dzielnicy proporcje między turystami i miejscowymi są dla mnie do zniesienia. Na dziesięciu rzymian przypada, dajmy na to, trzech turystów. Po drugiej stronie Tybru jest odwrotnie.

Wsłuchawszy się w rytm życia mojej rzymskiej dzielnicy, postanowiłem odwiedzić którąś z opisywanych w przewodnikach zatybrzańskich atrakcji turystycznych. Wybrałem kościół św. Cecylii. Według legendy spisanej w V w., ok. 200 lat po jej śmierci, była piękną, zamożną Rzymianką z dobrego domu. Ślubowała czystość swojemu oblubieńcowi - Chrystusowi. Dzięki niej do grona chrześcijan dołączali poganie: jej mąż Walerian, jego brat Tybercjusz, rzymscy żołnierze wysyłani przeciwko niej. W końcu jednak podzieliła nieszczęsny los wielu ówczesnych chrześcijan. W 1599 r., po 1200 latach, otwarto jej trumnę. Uczyniono to dla artysty Stefano Maderno, który usłyszawszy legendę, że ciało w trumnie jest ułożone w takiej pozycji, w jakiej uszedł z niego duch, chciał wykonać rzeźbę oddającą całą grozę męczeńskiej śmierci. Musiał być przejęty i wzruszony, kiedy zobaczył w trumnie nietknięte przez czas ciało świętej wygięte w nienaturalnej pozycji.

Św. Cecylię próbowano zgładzić dwukrotnie. Najpierw zamknięto ją w łaźni i powieszono nad ogniem - męki miały spowodować wyparcie się wiary lub uduszenie. Prefekt Rzymu Almachiusz chciał ją ukarać za to, że była chrześcijanką i rozdała majątek ubogim. Nie udusiła się - uratowała ją ingerencja sił boskich, w postaci wiatru, który rozwiewał zabójcze opary.

Oglądając rzeźbę w kościele, dokładnie widzimy efekt drugiej próby zabójstwa - ranę na szyi po ciosach mieczem, które zadał wysłany przez prefekta liktor. Uderzał trzy razy, ręka mu drżała, nie mógł, a może nie chciał uśmiercać kobiety, od której biła święta moc. Zwyczaj i prawo rzymskie zabraniało wykonywania egzekucji poprzez więcej niż trzy cięcia mieczem. W efekcie Cecylia umierała przez trzy dni, zanim nawiedził ją Anioł. Z celi, do której ją wtrącono, dał się słyszeć poruszający głos - śmiertelnie raniona Cecylia, cudem pozostająca przy życiu, śpiewała Chrystusowi. Taką też widzimy ją dzisiaj. Smukła, drobna, skulona i trochę nienaturalnie wykrzywiona biała postać roztacza aurę spokoju i spełnienia, jakby wykuta w białym marmurze kobieta pogrążona była w głębokim śnie. Przerażająca rana na szyi kontrastuje z tym wizerunkiem, przykuwa wzrok. Rzeźba sprawia, że powielana w przewodnikach legenda staje się jedną z prawd wiary - oto tutaj, niemalże na wyciągnięcie ręki, leży umęczona. Pobyt tym w kościele skłania do postawienia samemu sobie trudnych i niewygodnych pytań.

Umierając, Cecylia zażyczyła sobie, by na miejscu jej domu wybudowano świątynię. Oznacza to, że tu właśnie stał jej dom. Z boku kościoła zakonnica sprzedaje bilety do krypty. Po zejściu po schodkach znajduję się wewnątrz domu z III w. Jestem gościem świętej, spóźnionym o jakieś 1700 lat. Stąpając po kamiennej posadzce, wyobrażam sobie wystrój wnętrz. Czy tu właśnie była łaźnia, miejsce pierwszej, nieudanej próby zabójstwa?

Na końcu piwnicy (całość przypomina dziś piwnicę) znajduje się krypta. Od zwiedzającego oddzielają ją kraty. Mimo to dokładnie widać wnętrze bogato zdobionej romańskiej kaplicy. Tu podobno przechowuje się relikwie św. Cecylii i jej męża, św. Waleriana.

Nie ma sensu porównywać tych zabytków do innych w Rzymie. Robią inne wrażenie, może większe niż tamte po drugiej stronie Tybru, masowo odwiedzane i fotografowane. Przy odrobinie szczęścia można poza sezonem znaleźć w krypcie samotność i spokój. Wówczas znajdzie się czas na poszukiwanie odpowiedzi na te trudne pytania, które, zadane przed poruszającym wizerunkiem umęczonej Cecylii, nie dają mi spokoju.

***

Na koniec, w myśl zasady: "skoro już tu jestem, to zobaczę", postanowiłem odnaleźć zachwalany w przewodniku fresk "Sąd ostateczny" Pietra Cavalliniego z końca XIII w. Pomyślałem, że skoro "wywarł ogromny wpływ na mistrzów renesansu", to może wywrze wrażenie i na mnie. Aby go zobaczyć, musiałem wejść do znajdującego się obok budynku klasztornego, przyrzec że nie będę robił zdjęć, zapłacić, przejechać windą dwa piętra, wyjść na korytarz i przywitać się z przewodnikiem pakistańskiej urody. Słuchając wykładu w języku angielskim (z charakterystycznym akcentem), chciałem zapytać przewodnika, czy jest chrześcijaninem. Pomyślałem: "Głupio jakoś, żeby Pakistańczyk opowiadał mi historie z mojego kulturowego podwórka". Ale zaraz się zreflektowałem - wcale nie głupio, to rzecz normalna, tylko ja, prowincjusz z kraju nad Wisłą, mam jakieś uprzedzenia. Dlaczego włoski Pasztun nie miałby być znawcą renesansu? To chyba Cecylia w porę dała mi prztyczka w zadarty, europejski nos.

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

  • hotele
  • loty
  • Oferty Booking.com
  • Oferty FRU.PL

Podróże.gazeta.pl na Facebooku

Aktualna oferta