Terenówką po Polsce. Świętokrzyskie - kominy nad Kamienną
05.10.2009
, aktualizacja: 22.09.2010 14:49
Na naszym szlaku cukrownia, huty i fajansarnie, a nawet walcownie i fabryka tektury. Piękne pałace i kościoły zeszły na drugi plan
Neolit. Wyżyna Kielecka stoi kopalniami. Wyciosane z krzemienia siekiery krążą po Europie. III w. p.n.e. - odkrycie rud metali. Przez setki lat żelazo pozyskuje się w glinianych dymarkach. Pierwsze manufaktury powstają w średniowieczu. Wiek XVII - wielkie piece do wytopu surówki, głębinowe kopalnie. Jeszcze przed rozbiorami działa tu 27 z 34 polskich hut. XIX stulecie to duże inwestycje, a potem powolny upadek zagłębia. W okresie międzywojennym ożywienie w postaci fabryk zbrojeniowych, a w PRL-u - zakładów samochodowych (Starachowice) czy hut (Ostrowiec). Oto telegraficzny skrót dziejów najstarszego okręgu przemysłowego w kraju - Zagłębia Staropolskiego. Postanowiliśmy sprawdzić, co może tu znaleźć turysta.
Nasza trasa biegnie przez północno-wschodnią część województwa świętokrzyskiego. Obszar spory, drogi nie zawsze asfaltowe, a czasu niewiele. Na szczęście mamy terenowe suzuki SX4 z napędem na cztery koła. W środku trzyosobowa rodzina - z przodu mama i tata, z tyłu dwuletni Stefan ze stertą zabawek, przewodników i map.
Pierwszy przystanek z Warszawy to Iłża, jeszcze na granicy Mazowsza. Pięciotysięczne miasteczko powstało we wczesnym średniowieczu. Na stromym wzgórzu wnoszą się ruiny zamku biskupów krakowskich (ok. 1340 r.). W dole ciasna, jednopiętrowa zabudowa wokół zaniedbanego rynku. W sklepikach farby, narzędzia i gwoździe, niestety, ani jednej kawiarni. Obok kościół farny. Portale zdobią kartusze herbowe biskupów. W ciemnym wnętrzu barokowe ołtarze i stiukowe dekoracje sklepienia. Podwórze zamykają parterowa parafia oraz masywna dzwonnica - wszystko z XVII w.
***
Zagłębie Staropolskie, zgodnie z koncepcją Staszica, skupiło się nad rzeką Kamienną. Woda napędzała maszyny, chłodziła piece, spławiano nią też towary do Wisły. Rzekę przecinamy w drodze do Ostrowca, kilkanaście kilometrów za Iłżą. Wypatrujemy białej strzałki, bo Nietulisko, choć przy samej szosie, łatwo przegapić. Na początku XIX w. stała tu największa w Królestwie Polskim walcownia. Zatrudniała 150 robotników, rocznie produkowała 5 tys. ton blachy. Dziś niemal cały kompleks z wyjątkiem budynku zarządu (szkoła) i portierni (mikroskopijne przedszkole) to ruina. Przechadzamy się między kamiennymi murami. Arkadowe przejścia i olbrzymie, okrągłe okna mogłyby stanowić resztki klasycystycznego pałacu. O tym, co się tu działo, przypominają zarośnięte kanały w podziemiach dawnych hal. Wokół kilka starych drzew, stoły pingpongowe, kort, a przez środek ścieżka, po której czasem przemknie motorynka. Z nostalgiczną atmosferą współgrają porozrzucane tu i tam współczesne rzeźby.
Parę kilometrów dalej na południe - Doły Biskupie. Nad brzegiem Świśliny, ukryta za ścianą drzew stoi dawna fabryka tektury. Przez wysoki parkan widać tylko kominy i dachy. Majątek należał do rodziców Gombrowicza. Miał stanowić zabezpieczenie finansowe dla najmłodszego syna i na jego cześć otrzymał nazwę Witulin. Przyszły pisarz (ur. w 1904 r. w pobliskich Małoszycach) spędzał tu wakacje. Kamienny krzyż nad rzeką przypomina, że pewnego razu omal się nie utopił. Parę lat temu fabrykę kupiła fundacja zbierająca pamiątki po autorze "Ferdydurke". W przyszłości ma tu być małe muzeum i hotel, ale remont jeszcze się nie zaczął. Do auta odprowadzają nas spojrzenia rybaków leniwie moczących wędki.
Pora na Ostrowiec. Stutysięczne miasto to najważniejszy ośrodek przemysłowy województwa. Nas interesuje najstarsza polska cukrownia w dzielnicy Częstocice. Założył ją w 1826 r. hrabia Henryk Łubieński (1793-1883, ziemianin, poseł, dyrektor Banku Polskiego). Początkowo urządzenia napędzały konie w kieratach, ale już w połowie XIX w. działały maszyny parowe. Zaczęła się też rozrastać przyfabryczna osada. W kilkunastu dobrze zachowanych budynkach z czerwonej cegły mieszkali robotnicy, była szkoła i pomieszczenia gospodarcze. Nieopodal stawy i grobla z nieczynną śluzą. W parku naprzeciwko fabryki wznosi się piętrowy dom administratora cukrowni. A na pagórku - eklektyczny pałac Wielopolskich z dekoracyjnym portykiem podjazdowym, obecnie muzeum archeologiczne i historyczne (fajanse, portrety królów i książąt).
Centrum Ostrowca wyznacza spory rynek. Ponad dachy kamienic wyrasta kolegiata św. Michała Archanioła. Zniszczony przez Szwedów kościół odbudowano w 1672 r., ale ostateczny kształt otrzymał dopiero w latach 20. XX w. - powstały wtedy neobarokowe nawy boczne, wieża i zakrystia. Inny ciekawy zabytek to zaprojektowany w stylu zakopiańskim modrzewiowy kościół przy wyjeździe w stronę Sandomierza. Jedyny bar, który znajdujemy, zamknięty. Na obiad będą więc ciastka w godnej polecenia cukierni przy ul. Sienkiewicza.
Główną atrakcją okolic jest Bałtów, gdzie 30 lat temu odnaleziono tropy prehistorycznych gadów. Turyści ciągną do Parku Jurajskiego pełnego makiet dinozaurów. Nas pociągają inne, równie stare znaleziska. Jadąc w stronę Bałtowa, odbijamy 8 km za Ostrowcem w prawo, do Krzemionek - neolitycznej kopalni, najstarszej na ziemiach polskich, jednej z największych (80 ha) i najlepiej zachowanych w Europie. W 4 tys. wyrobisk wydobywano unikatowy krzemień pasiasty (nie występuje nigdzie indziej na świecie). W neolicie miał znaczenie magiczne, odkryty dla jubilerstwa w latach 70. XX w., zwany bywa polskim diamentem. Krążąc po udostępnionych do zwiedzania, głębokich nawet na 10 m podziemiach, przyglądamy się manekinom górników, którzy wykuwali kamień, klęcząc lub leżąc. Mamy też szansę zobaczyć zrekonstruowaną pracownię obróbki kruszcu.
Kręta szosa prowadzi teraz przez malutkie Stoki, malowniczo położone wśród bujnej zieleni nad Kamienną. Nieco dalej wieś Ruda z drewnianym kościółkiem na wzgórzu w otoczeniu lip. Naprzeciwko parterowy dwór i stara gorzelnia - dawniej własność Druckich-Lubeckich, dziś także w rękach prywatnych. Przy bramie ujadają psy, ale gdy tylko wysiadam z auta, by sfotografować otynkowany na biało zakład z wysokimi kominami (w przyszłości zajazd), zaczynają wesoło machać ogonami.
Za lasem jest Ćmielów. Wpadamy prosto na ruiny zamku Szydłowieckich. Z właściwej części na wyspie uchował się tylko fragment wieży. Zanim wstąpimy do słynnej fabryki porcelany, krążymy po miasteczku położonym wzdłuż kilku równoległych ulic: przylegające do siebie parterowe domy, wąskie chodniki i stara pompa wodna.
Pierwsza manufaktura fajansu powstała na początku XIX w. Jej założyciel, hrabia Jacek Małachowski (1737-1821), kanclerz wielki koronny, wykorzystał doświadczenie miejscowych garncarzy. Po wizycie tutaj (gwoździem programu jest film wyświetlany wewnątrz ceglanego pieca o średnicy 10 m) zaczynam rozumieć, dlaczego ręcznie wyrabiane zastawy i figurki osiągają tak zawrotne ceny. Przewodniczka tłumaczy, jak odróżnić porcelanę od ceramiki, z czego i ile razy trzeba ją wypalać, do czego przydaje się w tym procesie sok z buraków... I dodaje, że w Ćmielowie w porcelanowych naczyniach jadają nawet psy.
O zmierzchu docieramy do Sandomierza. Położone na wiślanej skarpie królewskie miasto zasługuje na pełen dzień zwiedzania (i osobny tekst) - tyle czasu nie mamy. Musi nam wystarczyć spacer po rynku z renesansowym ratuszem skąpanym w żółtym świetle latarni. Wracając do hotelu wzdłuż murów obronnych, przemykamy pod synagogą.
***
Rankiem ruszamy pagórkowatą drogą z powrotem na zachód, przez dojrzewające sady (jest początek września). W Klimontowie zatrzymuje nas targ - soczyste pomidory i brzoskwinie za grosze. Na tyłach rynku zabita dechami neoklasycystyczna bożnica, po przeciwległej stronie barokowa kolegiata św. Józefa. Do świątyni prowadzą monumentalne schody. Fasadę podzieloną czterema kolumnami wieńczą dwie symetryczne wieże. Eliptyczną nawę przykrywa kopuła z latarnią i polichromiami, wokół arkadowe obejścia, a nad nimi empory. Wystrój rokokowy - złocony ołtarz z obrazem patrona z Dzieciątkiem, organy z rzeźbą Dawida i aniołów, ambona. Przewodnik opisuje ją jako jedną z najwybitniejszych XVII-wiecznych budowli w Polsce.
Dzień jest pochmurny, w koronach drzew skrzeczą wrony. Idziemy pod opuszczony klasztor dominikanów. Brama wygląda na zamkniętą. Na murze dostrzegam tablicę upamiętniającą Brunona Jasieńskiego, który urodził się w Klimontowie w 1901 r. w zasymilowanej rodzinie żydowskiej. Tego lata głośno było o próbie pozbawienia jednej z ulic imienia poety. Pomysł szczęśliwie upadł, ale wciąż jest zagrożony organizowany od ośmiu lat festiwal Brunonalia.
Trzykilometrowa kasztanowa aleja prowadzi do Górek Klimontowskich z pałacem Ossolińskich, którzy - obok Szydłowieckich - zostawili najwięcej śladów na tych terenach. Przez ogrodzenie podglądamy dwuskrzydłową, barokową fasadę odnowioną przez prywatnego inwestora.
Kolejny przystanek robimy w Ujazdowie. W szczerym polu stoi zamek Krzyżtopór. Mury, choć nagie, przetrwały niemal w całości, co robi piorunujące wrażenie. Przed powstaniem Wersalu było to największe założenie pałacowe w Europie. Główna brama, udekorowana krzyżem (symbol wiary) i toporem (herb Ossolińskich), prowadzi na obszerny dziedziniec. Na wprost - czteropiętrowa fasada z dodatkowym eliptycznym podwórzem, w głębi - sala balowa i jadalnia, a na końcu tej osi - ośmioboczna sala, w której suficie było akwarium z egzotycznymi rybami. Zamek miał tyle okien, ile dni w roku, komnat - ile tygodni, wielkich sal - ile miesięcy, a baszt - ile pór roku. Konie w stajniach jadały z marmurowych żłobów, przeglądając się w kryształowych lustrach. Fundator Krzysztof Ossoliński, wojewoda sandomierski, niedługo cieszył się z tych niezwykłości. Zmarł w 1645 r., wkrótce po ukończeniu budowy. Dziesięć lat później zamek doszczętnie ograbili Szwedzi, a dzieło zniszczenia dokończyły wojska carskie w 1770 r.
***
Szosa do Starachowic w remoncie, wybieramy więc ryzykowny skrót przez łąki. Nagle drogę przecina strumień. Włączam napęd na cztery koła i suzuki gładko pokonuje bród. Po chwili gnamy już asfaltem. Mijamy kopalnię dolomitu w Piskrzynie, stajemy tylko w Opatowie, by choć przez chwilę nacieszyć oko romańską kolegiatą św. Marcina. Wślizgujemy się do środka tuż po mszy, gdy gasną światła. Sklepienie ma charakter gotycki, a wyposażenie i polichromie przedstawiające alegorie - barokowy. W prezbiterium mamy sceny batalistyczne. W mroku próbujemy doliczyć się 41 postaci na renesansowym nagrobku Krzysztofa Szydłowieckiego, właściciela Opatowa.
Nasza trasa biegnie przez północno-wschodnią część województwa świętokrzyskiego. Obszar spory, drogi nie zawsze asfaltowe, a czasu niewiele. Na szczęście mamy terenowe suzuki SX4 z napędem na cztery koła. W środku trzyosobowa rodzina - z przodu mama i tata, z tyłu dwuletni Stefan ze stertą zabawek, przewodników i map.
Pierwszy przystanek z Warszawy to Iłża, jeszcze na granicy Mazowsza. Pięciotysięczne miasteczko powstało we wczesnym średniowieczu. Na stromym wzgórzu wnoszą się ruiny zamku biskupów krakowskich (ok. 1340 r.). W dole ciasna, jednopiętrowa zabudowa wokół zaniedbanego rynku. W sklepikach farby, narzędzia i gwoździe, niestety, ani jednej kawiarni. Obok kościół farny. Portale zdobią kartusze herbowe biskupów. W ciemnym wnętrzu barokowe ołtarze i stiukowe dekoracje sklepienia. Podwórze zamykają parterowa parafia oraz masywna dzwonnica - wszystko z XVII w.
***
Zagłębie Staropolskie, zgodnie z koncepcją Staszica, skupiło się nad rzeką Kamienną. Woda napędzała maszyny, chłodziła piece, spławiano nią też towary do Wisły. Rzekę przecinamy w drodze do Ostrowca, kilkanaście kilometrów za Iłżą. Wypatrujemy białej strzałki, bo Nietulisko, choć przy samej szosie, łatwo przegapić. Na początku XIX w. stała tu największa w Królestwie Polskim walcownia. Zatrudniała 150 robotników, rocznie produkowała 5 tys. ton blachy. Dziś niemal cały kompleks z wyjątkiem budynku zarządu (szkoła) i portierni (mikroskopijne przedszkole) to ruina. Przechadzamy się między kamiennymi murami. Arkadowe przejścia i olbrzymie, okrągłe okna mogłyby stanowić resztki klasycystycznego pałacu. O tym, co się tu działo, przypominają zarośnięte kanały w podziemiach dawnych hal. Wokół kilka starych drzew, stoły pingpongowe, kort, a przez środek ścieżka, po której czasem przemknie motorynka. Z nostalgiczną atmosferą współgrają porozrzucane tu i tam współczesne rzeźby.
Parę kilometrów dalej na południe - Doły Biskupie. Nad brzegiem Świśliny, ukryta za ścianą drzew stoi dawna fabryka tektury. Przez wysoki parkan widać tylko kominy i dachy. Majątek należał do rodziców Gombrowicza. Miał stanowić zabezpieczenie finansowe dla najmłodszego syna i na jego cześć otrzymał nazwę Witulin. Przyszły pisarz (ur. w 1904 r. w pobliskich Małoszycach) spędzał tu wakacje. Kamienny krzyż nad rzeką przypomina, że pewnego razu omal się nie utopił. Parę lat temu fabrykę kupiła fundacja zbierająca pamiątki po autorze "Ferdydurke". W przyszłości ma tu być małe muzeum i hotel, ale remont jeszcze się nie zaczął. Do auta odprowadzają nas spojrzenia rybaków leniwie moczących wędki.
Pora na Ostrowiec. Stutysięczne miasto to najważniejszy ośrodek przemysłowy województwa. Nas interesuje najstarsza polska cukrownia w dzielnicy Częstocice. Założył ją w 1826 r. hrabia Henryk Łubieński (1793-1883, ziemianin, poseł, dyrektor Banku Polskiego). Początkowo urządzenia napędzały konie w kieratach, ale już w połowie XIX w. działały maszyny parowe. Zaczęła się też rozrastać przyfabryczna osada. W kilkunastu dobrze zachowanych budynkach z czerwonej cegły mieszkali robotnicy, była szkoła i pomieszczenia gospodarcze. Nieopodal stawy i grobla z nieczynną śluzą. W parku naprzeciwko fabryki wznosi się piętrowy dom administratora cukrowni. A na pagórku - eklektyczny pałac Wielopolskich z dekoracyjnym portykiem podjazdowym, obecnie muzeum archeologiczne i historyczne (fajanse, portrety królów i książąt).
Centrum Ostrowca wyznacza spory rynek. Ponad dachy kamienic wyrasta kolegiata św. Michała Archanioła. Zniszczony przez Szwedów kościół odbudowano w 1672 r., ale ostateczny kształt otrzymał dopiero w latach 20. XX w. - powstały wtedy neobarokowe nawy boczne, wieża i zakrystia. Inny ciekawy zabytek to zaprojektowany w stylu zakopiańskim modrzewiowy kościół przy wyjeździe w stronę Sandomierza. Jedyny bar, który znajdujemy, zamknięty. Na obiad będą więc ciastka w godnej polecenia cukierni przy ul. Sienkiewicza.
Główną atrakcją okolic jest Bałtów, gdzie 30 lat temu odnaleziono tropy prehistorycznych gadów. Turyści ciągną do Parku Jurajskiego pełnego makiet dinozaurów. Nas pociągają inne, równie stare znaleziska. Jadąc w stronę Bałtowa, odbijamy 8 km za Ostrowcem w prawo, do Krzemionek - neolitycznej kopalni, najstarszej na ziemiach polskich, jednej z największych (80 ha) i najlepiej zachowanych w Europie. W 4 tys. wyrobisk wydobywano unikatowy krzemień pasiasty (nie występuje nigdzie indziej na świecie). W neolicie miał znaczenie magiczne, odkryty dla jubilerstwa w latach 70. XX w., zwany bywa polskim diamentem. Krążąc po udostępnionych do zwiedzania, głębokich nawet na 10 m podziemiach, przyglądamy się manekinom górników, którzy wykuwali kamień, klęcząc lub leżąc. Mamy też szansę zobaczyć zrekonstruowaną pracownię obróbki kruszcu.
Kręta szosa prowadzi teraz przez malutkie Stoki, malowniczo położone wśród bujnej zieleni nad Kamienną. Nieco dalej wieś Ruda z drewnianym kościółkiem na wzgórzu w otoczeniu lip. Naprzeciwko parterowy dwór i stara gorzelnia - dawniej własność Druckich-Lubeckich, dziś także w rękach prywatnych. Przy bramie ujadają psy, ale gdy tylko wysiadam z auta, by sfotografować otynkowany na biało zakład z wysokimi kominami (w przyszłości zajazd), zaczynają wesoło machać ogonami.
Za lasem jest Ćmielów. Wpadamy prosto na ruiny zamku Szydłowieckich. Z właściwej części na wyspie uchował się tylko fragment wieży. Zanim wstąpimy do słynnej fabryki porcelany, krążymy po miasteczku położonym wzdłuż kilku równoległych ulic: przylegające do siebie parterowe domy, wąskie chodniki i stara pompa wodna.
Pierwsza manufaktura fajansu powstała na początku XIX w. Jej założyciel, hrabia Jacek Małachowski (1737-1821), kanclerz wielki koronny, wykorzystał doświadczenie miejscowych garncarzy. Po wizycie tutaj (gwoździem programu jest film wyświetlany wewnątrz ceglanego pieca o średnicy 10 m) zaczynam rozumieć, dlaczego ręcznie wyrabiane zastawy i figurki osiągają tak zawrotne ceny. Przewodniczka tłumaczy, jak odróżnić porcelanę od ceramiki, z czego i ile razy trzeba ją wypalać, do czego przydaje się w tym procesie sok z buraków... I dodaje, że w Ćmielowie w porcelanowych naczyniach jadają nawet psy.
O zmierzchu docieramy do Sandomierza. Położone na wiślanej skarpie królewskie miasto zasługuje na pełen dzień zwiedzania (i osobny tekst) - tyle czasu nie mamy. Musi nam wystarczyć spacer po rynku z renesansowym ratuszem skąpanym w żółtym świetle latarni. Wracając do hotelu wzdłuż murów obronnych, przemykamy pod synagogą.
***
Rankiem ruszamy pagórkowatą drogą z powrotem na zachód, przez dojrzewające sady (jest początek września). W Klimontowie zatrzymuje nas targ - soczyste pomidory i brzoskwinie za grosze. Na tyłach rynku zabita dechami neoklasycystyczna bożnica, po przeciwległej stronie barokowa kolegiata św. Józefa. Do świątyni prowadzą monumentalne schody. Fasadę podzieloną czterema kolumnami wieńczą dwie symetryczne wieże. Eliptyczną nawę przykrywa kopuła z latarnią i polichromiami, wokół arkadowe obejścia, a nad nimi empory. Wystrój rokokowy - złocony ołtarz z obrazem patrona z Dzieciątkiem, organy z rzeźbą Dawida i aniołów, ambona. Przewodnik opisuje ją jako jedną z najwybitniejszych XVII-wiecznych budowli w Polsce.
Dzień jest pochmurny, w koronach drzew skrzeczą wrony. Idziemy pod opuszczony klasztor dominikanów. Brama wygląda na zamkniętą. Na murze dostrzegam tablicę upamiętniającą Brunona Jasieńskiego, który urodził się w Klimontowie w 1901 r. w zasymilowanej rodzinie żydowskiej. Tego lata głośno było o próbie pozbawienia jednej z ulic imienia poety. Pomysł szczęśliwie upadł, ale wciąż jest zagrożony organizowany od ośmiu lat festiwal Brunonalia.
Trzykilometrowa kasztanowa aleja prowadzi do Górek Klimontowskich z pałacem Ossolińskich, którzy - obok Szydłowieckich - zostawili najwięcej śladów na tych terenach. Przez ogrodzenie podglądamy dwuskrzydłową, barokową fasadę odnowioną przez prywatnego inwestora.
Kolejny przystanek robimy w Ujazdowie. W szczerym polu stoi zamek Krzyżtopór. Mury, choć nagie, przetrwały niemal w całości, co robi piorunujące wrażenie. Przed powstaniem Wersalu było to największe założenie pałacowe w Europie. Główna brama, udekorowana krzyżem (symbol wiary) i toporem (herb Ossolińskich), prowadzi na obszerny dziedziniec. Na wprost - czteropiętrowa fasada z dodatkowym eliptycznym podwórzem, w głębi - sala balowa i jadalnia, a na końcu tej osi - ośmioboczna sala, w której suficie było akwarium z egzotycznymi rybami. Zamek miał tyle okien, ile dni w roku, komnat - ile tygodni, wielkich sal - ile miesięcy, a baszt - ile pór roku. Konie w stajniach jadały z marmurowych żłobów, przeglądając się w kryształowych lustrach. Fundator Krzysztof Ossoliński, wojewoda sandomierski, niedługo cieszył się z tych niezwykłości. Zmarł w 1645 r., wkrótce po ukończeniu budowy. Dziesięć lat później zamek doszczętnie ograbili Szwedzi, a dzieło zniszczenia dokończyły wojska carskie w 1770 r.
***
Szosa do Starachowic w remoncie, wybieramy więc ryzykowny skrót przez łąki. Nagle drogę przecina strumień. Włączam napęd na cztery koła i suzuki gładko pokonuje bród. Po chwili gnamy już asfaltem. Mijamy kopalnię dolomitu w Piskrzynie, stajemy tylko w Opatowie, by choć przez chwilę nacieszyć oko romańską kolegiatą św. Marcina. Wślizgujemy się do środka tuż po mszy, gdy gasną światła. Sklepienie ma charakter gotycki, a wyposażenie i polichromie przedstawiające alegorie - barokowy. W prezbiterium mamy sceny batalistyczne. W mroku próbujemy doliczyć się 41 postaci na renesansowym nagrobku Krzysztofa Szydłowieckiego, właściciela Opatowa.
1
2
następne »
- hotele
- loty
- Oferty Booking.com
- Oferty FRU.PL
Podróże.gazeta.pl na Facebooku
Aktualna oferta

Podróżuj z nami co tydzień.
Przykładowy newsletterZaplanuj wakacje
Polska na weekend
Kontakt z redakcją
- ul. Czerska 8/10
- 00-732 Warszawa
- redakcja.podroze@gazeta.pl

















