Wyprawa nie dla każdego. Brazylia z nurtem Xingu
28.09.2009
, aktualizacja: 25.09.2009 13:55
Jako pierwsi samodzielni wioślarze w historii Brazylii pokonaliśmy 1092 km Xingu
ZOBACZ TAKŻE
- Książka "Wyprawa Kon-Tiki" i DVD "Kon-Tiki. Tratwą przez Pacyfik" - premierowo 23 kwietnia (15-04-10, 09:41)
- Najlepsze kierunki na każdy miesiąc, czyli kalendarz turysty 2010 (03-02-10, 15:58)
- Brazylia. Opowieści Don Alvara (08-12-08, 06:00)
- Brazylia: Madeirą do Amazonii (01-05-07, 00:00)
- Podróże Marzeń: Brazylia (01-05-07, 00:00)
SERWISY
Sao Paulo opuszczamy 5 lipca 2008 r. Po dwóch dniach podróży autobusem Transbrasiliany docieramy do prowincjonalnego miasteczka Sao Felix do Xingu. Spędzimy tu zaledwie kilkanaście godzin. Atmosfera typowa dla Amazonii brazylijskiej: mnóstwo baraków i małych przystani nad rzeką, ulice z parterową zabudową i chmary skuterów mknących w tumanach kurzu.
Wraz z moją żoną Iwoną zaczniemy spływ od dolnego Xingu, bo wciąż nie mamy pozwolenia na górną część rzeki. Niemal cały ten odcinek leży bowiem na terenie rozmaitych terras indigenas (autonomiczne obszary indiańskie). By tamtędy płynąć, trzeba mieć pozwolenia wioskowych wodzów oraz organizacji Funai, która sprawuje opiekę nad Indianami. Zresztą tę część trasy zamierzam pokonać z Michałem Kochańczykiem, znanym podróżnikiem z Trójmiasta (jako pierwsi w historii Brazylii samodzielni wioślarze chcemy spłynąć Xingu od Canarana do Altamiry).
***
Rankiem 8 lipca rozkładamy naszą palavę (dwuosobowe nadmuchiwane canoe) i ruszamy. By dostać się na Xingu, musimy pokonać najpierw kilkaset metrów Rio Fresco, jej prawego dopływu.
Już kilkadziesiąt kilometrów za Sao Felix znikają ślady cywilizacji - nie widać fazend ani pasącego się bydła, zaś miejsce pastwisk zajmuje tropikalny las deszczowy. Szeroka na kilka kilometrów Xingu o tej porze roku niesie jeszcze dużo wody. Mijamy setki pięknych wysp różnej wielkości, z żółtymi, piaszczystymi plażami. Nie brak i sterczących skał; niektóre wznoszą się wysoko ponad poziom wody, inne zdradliwie kryją się parę centymetrów pod jej powierzchnią. Co jakiś czas wpadamy na katarakty zwane tu cachueras. Kiedy wielkie masy wody przepływają przez kilka wąskich gardzieli, czujemy się tak, jakbyśmy płynęli górską rzeką. Napotykani Indianie i ribeirinhos (ludzie rzeki, którzy nad nią mieszkają) ostrzegają nas przed nimi. Rzeczywiście, ich pirogi nie mają tu żadnych szans, my jednak ufamy naszej palavie i własnym umiejętnościom. Fale wznoszą się wysoko ponad naszymi głowami, podskakujemy to w górę, to w dół. Po chwili nasze canoe po krawędzie burt wypełnia się wodą...
Nagle wypływamy zza zakrętu na niebezpieczny próg. - Uważaj! Nie puszczaj palavy! - tyle zdążyłem krzyknąć, kiedy rzeka uraczyła nas potężnym kopniakiem. Canoe wywraca się i obydwoje lądujemy w wodzie. Na szczęście przećwiczyliśmy takie sytuacje. W kilka sekund odwracamy naszą "łódź" i wskakujemy "na pokład". Na pierwszej piaszczystej plaży zatrzymujemy się na nocleg.
Bardzo lubimy te noclegi nad Xingu. Co wieczór plaża jest inna, można obserwować życie nadrzecznej dżungli. Siedząc cicho w namiocie, często widzimy jej mieszkańców wychodzących wieczorem na brzeg rzeki. Pewnej nocy do naszego namiotu zbliża się tapir, i to na odległość 3-4 m! Nigdy nie zapomnimy spotkania oko w oko z tak płochliwym zwierzęciem... Po 16 dniach docieramy do Altamiry - licznik GPS wskazuje 539 km.
***
Wracamy lądem do S o Paulo. Iwona leci stąd do Polski, a ja spotykam się z konsulem, by dowiedzieć się, co z wyczekiwaną zgodą na przepłynięcie przez tereny Parque Indigena do Xingu. Niestety, zgody wioskowych kacyków wciąż nie ma, a sytuacja w parku jest bardzo napięta.
Tymczasem zjawia się Michał. Postanawiamy zrealizować plan awaryjny: dostaniemy się na Xingu środkowe (poniżej Parque Indigena) jego prawym dopływem Rio Comandante Fontuera, gdzie nie ma punktów kontrolnych. To również będzie spore osiągnięcie.
I znowu długa podróż przez brazylijski interior. Jedziemy z Sao Paulo do Canarana, potem do Sao Jose do Xingu i wreszcie do Santa Cruz do Xingu. Dalej nie dociera transport publiczny, ale pewien mieszkaniec Santa Cruz poleca nas przyjacielowi, który mieszka nad Fontuerą...
Pikapem trzęsie niemiłosiernie. Wyboista droga wiedzie przez tereny przypominające afrykańską sawannę. Wtem jakieś 50 m od naszego pikapa przebiega jaguar.
Późnym wieczorem jesteśmy nad rzeką. Jak okiem sięgnąć - prawdziwa dzicz, tylko trawy i rzadkie krzewy. Kierowca proponuje nocleg na swojej fazendzie, ale my rozkładamy palavę i koło północy jesteśmy na wodzie. Nad ranem, pokonawszy ok. 60 km, wypływamy na Xingu. Po płytkiej i wąskiej Fontuerze jej bezmiar przywodzi na myśl morze. Jesteśmy na ziemi Indian Kayapo ("Oni są naprawdę niebezpieczni, strzelają do białych!" - ostrzegał nasz kierowca).
Niestety, od początku lipca "upłynęło dużo wody" i poziom Xingu znacznie opadł (o jakieś dwa metry, to już druga połowa pory suchej). Szkoda, bo spadek rzeki i układ skał w korycie wskazują, że przy większej wodzie występują tu ciekawe dla doświadczonych kajakarzy bystrza.
Michała urzeka dzicz. Przez sześć dni (do 243. km wyprawy) nie widzimy ani nie słyszymy ludzi, natomiast mamy mnóstwo ciekawych spotkań z fauną...
Jest wczesny poranek, płyniemy pomiędzy dwoma wyspami; wtem zauważamy tapira próbującego dostać się z jednej na drugą. Wartki w tym miejscu prąd niesie palavę wprost na niego. Tapir nas widzi, ale nie ma zamiaru zmieniać kursu. Przestajemy wiosłować i ze zdumieniem patrzymy, jak przepływa nam przed nosem, 5-6 m od dziobu palavy!
***
Warkot silnika, a potem generatora prądotwórczego obwieszcza nam pierwsze spotkanie z ludźmi. Mały stateczek-baza plus trzy łodzie z nowoczesnymi silnikami to wyprawa wędkarska. Funkcję przewodnika i opiekuna pełni w niej Indianin Kayapo. Dzięki niemu uzyskujemy dokładne informacje o dwóch wioskach Kayapo w okolicy. Mieszkańcy pierwszej, Pykararanke, są raczej pokojowo nastawieni do obcych. Nagrywam na dyktafon rekomendacje Pi Xi, członka załogi, którego tam dobrze znają. Mieszkańcy drugiej wioski, Kokrajmoro, uchodzą za niebezpiecznych. W dodatku dobrze widzą stamtąd rzekę na całą szerokość; to brama do Terra Indigena Kayapo od strony S o Felix. Według wędkarzy nie uda nam się tamtędy przepłynąć niezauważenie...
Do Pykararanke docieramy nazajutrz. W wiosce nie ma mężczyzn - łowią ryby i polują. Pertraktujemy z wodzem-seniorem o imieniu Kadanion: za równowartość ok. stu złotych możemy przyglądać się życiu wsi i robić zdjęcia. Kobiety zbierają drzewo do domowych palenisk, potem pieką maniokowe placki. Dzieciaki spędzają cały dzień nad wodą. Pod wieczór opuszczamy przyjazne Pykararanke.
Wraz z moją żoną Iwoną zaczniemy spływ od dolnego Xingu, bo wciąż nie mamy pozwolenia na górną część rzeki. Niemal cały ten odcinek leży bowiem na terenie rozmaitych terras indigenas (autonomiczne obszary indiańskie). By tamtędy płynąć, trzeba mieć pozwolenia wioskowych wodzów oraz organizacji Funai, która sprawuje opiekę nad Indianami. Zresztą tę część trasy zamierzam pokonać z Michałem Kochańczykiem, znanym podróżnikiem z Trójmiasta (jako pierwsi w historii Brazylii samodzielni wioślarze chcemy spłynąć Xingu od Canarana do Altamiry).
***
Rankiem 8 lipca rozkładamy naszą palavę (dwuosobowe nadmuchiwane canoe) i ruszamy. By dostać się na Xingu, musimy pokonać najpierw kilkaset metrów Rio Fresco, jej prawego dopływu.
Już kilkadziesiąt kilometrów za Sao Felix znikają ślady cywilizacji - nie widać fazend ani pasącego się bydła, zaś miejsce pastwisk zajmuje tropikalny las deszczowy. Szeroka na kilka kilometrów Xingu o tej porze roku niesie jeszcze dużo wody. Mijamy setki pięknych wysp różnej wielkości, z żółtymi, piaszczystymi plażami. Nie brak i sterczących skał; niektóre wznoszą się wysoko ponad poziom wody, inne zdradliwie kryją się parę centymetrów pod jej powierzchnią. Co jakiś czas wpadamy na katarakty zwane tu cachueras. Kiedy wielkie masy wody przepływają przez kilka wąskich gardzieli, czujemy się tak, jakbyśmy płynęli górską rzeką. Napotykani Indianie i ribeirinhos (ludzie rzeki, którzy nad nią mieszkają) ostrzegają nas przed nimi. Rzeczywiście, ich pirogi nie mają tu żadnych szans, my jednak ufamy naszej palavie i własnym umiejętnościom. Fale wznoszą się wysoko ponad naszymi głowami, podskakujemy to w górę, to w dół. Po chwili nasze canoe po krawędzie burt wypełnia się wodą...
Nagle wypływamy zza zakrętu na niebezpieczny próg. - Uważaj! Nie puszczaj palavy! - tyle zdążyłem krzyknąć, kiedy rzeka uraczyła nas potężnym kopniakiem. Canoe wywraca się i obydwoje lądujemy w wodzie. Na szczęście przećwiczyliśmy takie sytuacje. W kilka sekund odwracamy naszą "łódź" i wskakujemy "na pokład". Na pierwszej piaszczystej plaży zatrzymujemy się na nocleg.
Bardzo lubimy te noclegi nad Xingu. Co wieczór plaża jest inna, można obserwować życie nadrzecznej dżungli. Siedząc cicho w namiocie, często widzimy jej mieszkańców wychodzących wieczorem na brzeg rzeki. Pewnej nocy do naszego namiotu zbliża się tapir, i to na odległość 3-4 m! Nigdy nie zapomnimy spotkania oko w oko z tak płochliwym zwierzęciem... Po 16 dniach docieramy do Altamiry - licznik GPS wskazuje 539 km.
***
Wracamy lądem do S o Paulo. Iwona leci stąd do Polski, a ja spotykam się z konsulem, by dowiedzieć się, co z wyczekiwaną zgodą na przepłynięcie przez tereny Parque Indigena do Xingu. Niestety, zgody wioskowych kacyków wciąż nie ma, a sytuacja w parku jest bardzo napięta.
Tymczasem zjawia się Michał. Postanawiamy zrealizować plan awaryjny: dostaniemy się na Xingu środkowe (poniżej Parque Indigena) jego prawym dopływem Rio Comandante Fontuera, gdzie nie ma punktów kontrolnych. To również będzie spore osiągnięcie.
I znowu długa podróż przez brazylijski interior. Jedziemy z Sao Paulo do Canarana, potem do Sao Jose do Xingu i wreszcie do Santa Cruz do Xingu. Dalej nie dociera transport publiczny, ale pewien mieszkaniec Santa Cruz poleca nas przyjacielowi, który mieszka nad Fontuerą...
Pikapem trzęsie niemiłosiernie. Wyboista droga wiedzie przez tereny przypominające afrykańską sawannę. Wtem jakieś 50 m od naszego pikapa przebiega jaguar.
Późnym wieczorem jesteśmy nad rzeką. Jak okiem sięgnąć - prawdziwa dzicz, tylko trawy i rzadkie krzewy. Kierowca proponuje nocleg na swojej fazendzie, ale my rozkładamy palavę i koło północy jesteśmy na wodzie. Nad ranem, pokonawszy ok. 60 km, wypływamy na Xingu. Po płytkiej i wąskiej Fontuerze jej bezmiar przywodzi na myśl morze. Jesteśmy na ziemi Indian Kayapo ("Oni są naprawdę niebezpieczni, strzelają do białych!" - ostrzegał nasz kierowca).
Niestety, od początku lipca "upłynęło dużo wody" i poziom Xingu znacznie opadł (o jakieś dwa metry, to już druga połowa pory suchej). Szkoda, bo spadek rzeki i układ skał w korycie wskazują, że przy większej wodzie występują tu ciekawe dla doświadczonych kajakarzy bystrza.
Michała urzeka dzicz. Przez sześć dni (do 243. km wyprawy) nie widzimy ani nie słyszymy ludzi, natomiast mamy mnóstwo ciekawych spotkań z fauną...
Jest wczesny poranek, płyniemy pomiędzy dwoma wyspami; wtem zauważamy tapira próbującego dostać się z jednej na drugą. Wartki w tym miejscu prąd niesie palavę wprost na niego. Tapir nas widzi, ale nie ma zamiaru zmieniać kursu. Przestajemy wiosłować i ze zdumieniem patrzymy, jak przepływa nam przed nosem, 5-6 m od dziobu palavy!
***
Warkot silnika, a potem generatora prądotwórczego obwieszcza nam pierwsze spotkanie z ludźmi. Mały stateczek-baza plus trzy łodzie z nowoczesnymi silnikami to wyprawa wędkarska. Funkcję przewodnika i opiekuna pełni w niej Indianin Kayapo. Dzięki niemu uzyskujemy dokładne informacje o dwóch wioskach Kayapo w okolicy. Mieszkańcy pierwszej, Pykararanke, są raczej pokojowo nastawieni do obcych. Nagrywam na dyktafon rekomendacje Pi Xi, członka załogi, którego tam dobrze znają. Mieszkańcy drugiej wioski, Kokrajmoro, uchodzą za niebezpiecznych. W dodatku dobrze widzą stamtąd rzekę na całą szerokość; to brama do Terra Indigena Kayapo od strony S o Felix. Według wędkarzy nie uda nam się tamtędy przepłynąć niezauważenie...
Do Pykararanke docieramy nazajutrz. W wiosce nie ma mężczyzn - łowią ryby i polują. Pertraktujemy z wodzem-seniorem o imieniu Kadanion: za równowartość ok. stu złotych możemy przyglądać się życiu wsi i robić zdjęcia. Kobiety zbierają drzewo do domowych palenisk, potem pieką maniokowe placki. Dzieciaki spędzają cały dzień nad wodą. Pod wieczór opuszczamy przyjazne Pykararanke.
1
2
następne »
-
Wyprawa nie dla każdego. Brazylia z nurtem Xingu
nierzucekamieniem
05.10.09, 12:21
nie rozumiem takiego wchodzenia na siłę do czyjegoś domu, nie powinniścieprzepływać przez tereny indian bez ich zgody...»
- hotele
- loty
- Oferty Booking.com
- Oferty FRU.PL
Podróże.gazeta.pl na Facebooku
Aktualna oferta

Podróżuj z nami co tydzień.
Przykładowy newsletterZaplanuj wakacje
Polska na weekend
Kontakt z redakcją
- ul. Czerska 8/10
- 00-732 Warszawa
- redakcja.podroze@gazeta.pl

















